Szlag człowieka czasem trafia. No bo planuje się coś, ba – ma się jakieś tam marzenie, a potem się okazuje, że nici z niego. Tak było z tarasami ryżowymi w Yuanyang, na południu chińskiej prowincji Yunnan. Tłukliśmy się tam spod granicy z Wietnamem nie aż tak długo – raptem 7 godzin, ale co z tego skoro za kierowcę autobusu mieliśmy idiotę, który po koszmarnie dziurawej i wąskiej drodze mknął jakby to była niemiecka autostrada. Trochę się uspokoił po tym, jak uderzając w autobus przed nami rozbił przednią szybę (nikomu nic się nie stało, bo akurat był korek i jechaliśmy bardzo wolno).
Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem i od razu popełniliśmy błąd taktyczny – oglądanie tarasów odłożyliśmy na następny dzień. A następnego dnia obudziliśmy się z głową w chmurach. Dosłownie. Było bialutko. Widoczność nie większa niż 20m. Co się na moment rozjaśniało to za chwilę przychodziła kolejna chmura. I tak cały dzień. Z tarasów ryżowych nici. Może następnym razem.


Zamieszczony w: Chiny

