Prosimy o cierpliwosc

Trzy kolejne wpisy z Galapagos plus kupa fotek czekaja na publikacje, ale poki co nic z tego. Internet na wyspie San Cristobal jest tylko minimalnie lepszy niz ten w Birmie, wiec musimy czekac na powrot do Quito. Wracamy we wtorek wieczorem. Na bloga zapraszamy znow w srode rano. Wtedy powinno byc juz cos nowego.  W miedzyczasie powiemy tylko, ze jest zajefajnie :)

Puerto Ayora

Strasznie to wszystko ekscytujące. Już nawet lot był trochę inny, no bo jak często lata się liniami o nazwie Aerolineas Galapagos. Do tego lotnisko na wyspie Baltra bardziej z zewnątrz przypomina zajazd typu „kuchnia polska” na trasie Katowice-Warszawa niż port lotniczy. No i ta pustka wszędzie dookoła kiedy się ląduje. Tylko trochę lądu, a wszędzie dookoła woda. Nie byliśmy nigdy wcześniej na tak odludnym lotnisku. Krótko mówiąc jest wyjątkowo i ekscytująco.

Pierwszego zwierza zobaczyliśmy 10 minut po opuszczeniu lotniska. Płynęliśmy z wyspy Baltra na wyspę Santa Cruz, gdy na mijanej boi wylegiwała się śliczna foczka. Potem zwierzaki były już co chwila. I to nawet w mieście. Choć w zasadzie „miasto” to może zbyt wielkie słowo na określenie Puerto Ayora, największego skupiska ludzi na Galapagos. W Puerto Ayora mieszka jakieś 18tys ludzi. W sumie całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że pewnie dla wielu osób, także dla nas, Galapagos jawiło się zawsze jako kraina zwierzaków, a nie koniecznie homo sapiens.

Trudno powiedzieć co Puerto Ayora ma w sobie, ale od razu to miejsce nas oczarowało. To chyba kombinacja niesamowitej lokalizacji i fantastycznej atmosfery. Po Quito tutaj czuliśmy się rewelacyjnie. Quito to jednak bardzo średnie miasto (na 2-3 dni jest ok, ale na 3 tyg czy dłużej już nie), więc ta odmiana była nam bardzo potrzebna.

Ale wróćmy do zwierzaków. Te w samym Puerto Ayora nie są już tak zupełnie dzikie, bo w końcu swój żywot prowadzą wśród ludzi. Tu dominują pelikany i foki. Są one tutaj tak powszechne jak w Polsce gołębie i psy. Pelikany i foki w sporych ilościach można zobaczyć przy niewielkim targu z owocami morza. Zwierzaki upodobały sobie to miejsce jako darmową jadłodajnię, i trzeba przyznać, że nieźle wychodzi im żebranina. Widok jest niesamowity.

Poza Puerto Ayora miało być jeszcze lepiej w kwestii zwierzaków.

CDN…

La playa perfecta

Playa Tortuga, Wyspa  Santa Cruz, Galapagos. Jedna z najbardziej niesamowitych plaż pod słońcem.

Tortuga, Santa Cruz

Tortuga, Santa Cruz

Tortuga, Santa Cruz

Tortuga, Santa Cruz

Tortuga, Santa Cruz

Tortuga, Santa Cruz

Mitad del Mundo, czyli środek świata

Zanim będzie relacja z Galapagos, coś z innej beczki.

Ekwador, jak sama nazwa wskazuje, leży na równiku (ecuador po hiszpańsku znaczy równik). Równik jest oczywiście bardzo długi, ale jakoś tam się złożyło, że akurat tutaj stawia się mu pomniki i robi z niego atrakcję turystyczną.

Pomnik postawiono prawie 30 lat tamu, ale jakieś 18 lat później okazało się, że tak na prawdę powinien on stać mniej więcej 240m dalej. Tak więc na chwilę obecną turyści mogą przebierać pomiędzy tym równikiem symbolicznym, a tym prawdziwny.

My – w celach porównawczych – wybraliśmy się na oba. Na pierwszy rzut oka oba równiki wyglądają tak samo. To po prostu gruba czerwona krecha namalowana na ziemi. Jednak okazuje się, że na tym prawdziwym można się fajnie zabawić. Można np. przekonać się na własne oczy, że woda spływająca z kranu kręci się w inną stronę na północy, a w inną na południu (na równiku nie kręci się wcale tylko spływa prosto w dół). Można też postawić na gwoździu jajko. I doświadczyć jeszcze kilku innych rzeczy. Króko mówiąc ciekawa lekcja fizyki.

Mitad Del Mundo

Mitad Del Mundo

Raz się żyje, czyli jedziemy na Galapagos :)

No więc postanowiliśmy iść na całość. Jedziemy na Galapagos!!!

Dosyć długo trwało podjęcie decyzji, ale w końcu przyjęliśmy logikę, że skoro już jesteśmy w Ekwadorze to musimy na Galapagos pojechać. Bo może już nigdy nie przyjedziemy w te strony. Bo jak nie pojedziemy będąc tak blisko, to już nigdy nie będziemy sobie mogli tego wybaczyć.  Bo raz się żyje!

Udaliśmy się więc do biura podróży w celu zakupienia biletów na samolot. Potem pojawiło się pytanie “co dalej”. Opcje były w zasadzie dwie. Pierwszą z nich było zwiedzanie Galapagos statkiem. Tę opcję wybiera jakieś 99% odwiedzających wyspy. Opcja wydawaje się być logicznym wyborem do momentu, kiedy człowiek zapozna się z cenami takiego rejsu. Nie będę tu rzucać konkretnych kwot, ale przyjmijmy, że 8-dniowy rejs na średnim poziomie po Galapagos sfinansuje nawet i 2 miesiące podróży po takiej np. Bolowii.

Zwróciliśmy się więc do opcji drugiej, którą wybiera jakiś 1% odwiedzających Galapagos. To opcja zwiedzania wysp na własną rekę. Plusem tej opcji jest to, że przy odpowienim zaplanowaniu kosztuje dużo mniej niż rejs i daje możliwość zobaczenia i zrobienia tego czego na rejsie się nie da (np. wejść na wulkan albo pojeździć konno). Minusem jest to, że uniemożliwia ona zobaczenie wysp bardziej oddalonych od centralnej Santa Cruz, a co za tym idzie – pewnych gatunków zwierząt. Postawiliśmy sobie wtedy pytanie – czy na serio musimy zobaczyć 10 rodzajów iguan i 6 typów lwów morskich, czy też zadowolą nas po 2 czy 3 rodzaje z każdego? Ktoś powie, że skoro już tam jedziemy to trzeba zobaczyć wszystko, ale my sobie myślimy, że wcale nie jest nam to niezbędne do dalszej egzystencji.

Później jeszcze okazało się, że przy odrobinie szczęścia można – już będąc na Galapagos – załapać się na wolne miejsca na którymś ze statków. Oczywiście po cenie zdecydowanie niższej niż ta oferowana przez biura podróży w Quito. Więc w końcu doszliśmy do wniosku, że jeśli uda nam się na miejscu znaleźć tani rejs to się na niego zabierzemy. Jeśli się nie uda, to zwiedzimy główne wyspy na własną rękę. Tak czy siak na pewno będziemy zachwyceni. Nie ma chyba innej opcji. W końcu nie co roku spędza człowiek 10 dni na Galapagos.

Jedziemy pojutrze (10 październik). Relacje już niedługo…

Quito wieczorową porą

Quito

El Panecillo, Quito

Quito

Mindo

Po kolejnym tygodniu wytężonej nauki pojechaliśmy na weekend do Mindo. Mindo to taka dziura jakieś 2h za Quito. Taka dziura jak Mindo ma ten plus, że – w przeciwieństwie do stolicy – nie trzeba wiecznie się stresować, że ktoś nas zaraz obrobi. W ponad 2 tygodnie pobytu w Quito nasłuchaliśmy się tylu historii na ten temat, że głowa mała.

Tak więc pojechaliśmy sobie na weekend do spokojnego Mindo. Pojechaliśmy z angolem i austriaczką ze szkoły. Wiadomo – w grupie zawsze raźniej. Umówiliśmy się na 6.15 rano pod szkołą. To znaczy nam się wydawało, że mieliśmy się spotkać o tej godzinie. Austriaczce się wydawało, że o 6.45, a anglikowi, że o 7.00. W każdym razie znaleźliśmy się potem wszyscy na dworcu autobusowym.

Samo Mindo jest bardzo bezpieczne i przyjemnie. Ale niestety w autobusie do Mindo pewien miły pan, który tak na prawdę nie był miły tylko był złodziej, udając biletera, obrobił austriaczkę z boskiej kurtki za 200 euro, a pewną niemkę ze $180, karty do bankomatu i aparatu fotograficznego. I to wszystko jakby na życzenie ofiar. “Miły” pan oszust – w trosce o wygodę pasażerów -  sugerował bowiem wszystkim gringos na pokładzie położenie plecaków na półce nad głową. My – nauczeni tym co wyczytaliśmy na różnych forach i blogach – nie daliśmy się przekonać i wybraliśmy opcję trzymania plecaków na kolanach. Ci, którzy skorzystali z propozycji “miłego biletera”, do Mindo dotrali z lżejszym bagażem. “Biletera” oczywiście w Mindo już nie było. Wysiadł gdzieś na trasie, czego nikt nie zauważył.

Tak więc lekko poddenerwowani zakwaterowaliśmy się w jednym z hosteli. Od właścicielki dowiedzieliśmy się, że kradzierze na tej trasie to normalka, i że tydzień wcześniej pewien gringo – fotograf – który zabrał do Mindo cały arsenał aparatów i obiektywów (Mindo słynie z ptaków) dotarł na miejsce bez sprzętu. Oczywiście także dzięki poradzie miłego biletera-oszusta.

Złość postanowiliśmy odreagować jeżdżąc na linach rozwieszonych nad dżunglą. Ale zabawa!!! Wkładają człowieka w uprząż, wieszają na linie i śmigu! W sumie 13 lin o łącznej długości 3km. Te najdłuższe mają po 400m. I to wszystko wysoko nad dżunglą. Co za jazda!

IMG_9624

IMG_9633

IMG_9636

IMG_9642

A wieczorem przeżyliśmy swoją pierwszą południowo amerykańską fiestę uliczną. Na ulicę wyjechały wielkie głośniki, które ustawiono dokładnie na przeciw lokalnego kościoła, ulicę zamknięto, puszczono świetną latynoską muzę, a lokalsi i gringos ruszyli w tam. Ale była zabawa.

Fajna wiocha to Mindo.

Mindo

Mindo

Mindo

Mindo

Mindo

Rutyniarze

W Polsce początek roku akademickiego, a u nas mija właśnie drugi tydzień rutyny. Dawno nie mieliśmy tak uregulowanego życia. Pobudka, śniadanie, trochę nauki, lancz, potem 4 godziny w szkole, kolacja, zadanie domowe, obijanie się, spanie, i znów pobudka. I tak codziennie. W sumie podoba nam się to, ale już powoli zaczyna nas ciągnąć w drogę. Jeszcze tylko tydzień budy i ruszamy dalej. To znaczy jeszcze tydzień budy dla mnie, bo Przemek stwierdził, że jemu 2 tygodnie nauki w zupełności wystarczą. Więc Przemek będzie prowadził dom i gotował (hehe), a ja będę dalej wpychać do umysłu czasy, tryby, słówka i odmiany. Ilość materiału przyprawia trochę o zawrót głowy. Dwa podręczniki w dwa tygodnie. Za to do przodu. Najważniejsze, że się dogadujemy, mimo, że nie zawsze poprawnie. W zasadzie to chyba mało kiedy poprawnie, no ale praktyka czyni mistrzem. Dajcie nam te kilka miesięcy na kontynencie i będziemy wymiatać po hiszpańsku, że hej :)

Tak więc w weekend jedziemy do Mindo śmigać na kablach rozwieszonych w lesie, potem jeszcze tydzień rutyny i jedziemy dalej. A jedziemy moi drodzy w przyszły weekend w miejsce ponoć cudne. Narazie nic więcej nie powiemy :) Stay tuned, jak to się mówi w języku Szekspira (jak się to mówi po hiszpańsku narazie nie wiemy :).

En el Centro Historico de Quito

Quito's Old Town

Quito's Old Town

Quito's Old Town

Quito's Old Town

Quito's Old Town

Otavalo

Internet kłamie. Przynajmniej w kwestii prognozy pogody. Codziennie ją sprawdzamy w necie i codziennie jest napisane, że kolejnego dnia będzie burza, albo co najmniej deszcz. Minęło 10 dni odkąd jesteśmy w Ekwadorze, a mimo prognozy pogody, nie spadła w tym czasie ani kropla deszczu. Tak było też dzisiaj. Net stwierdził, że w Otavalo będzie 18 stopni i deszcz, a było bezchmurne niebo i z 23 stopnie. Przy takiej pogodzie zakupy na otwartym powietrzu to prawie jak uprawianie sportu. Dawno nie byliśmy tak zmęczeni szopingiem. Bo w Otavalo odbywa się co sobotę jeden z najsłynniejszych targów na kontynencie. Oczywiście na dzień dzisiejszy targ jest głównie pod turystów. Nic nie poradzimy, ale tego typu szoping lubimy bardzo. Mamy słabość do tzw. pamiątek. Kupujemy je namiętnie. Moja mama śmieje się, że po powrocie z podróży będziemy mogli otworzyć muzeum etnograficzne – tyle żeśmy tego w Azji nakupowali (3 duże paczki poszły pocztą z Azji). Teraz kompletujemy eksponaty południowo amerykańskie :)

A na obiad w Otavalo chcieliśmy zjeść ekwadoriański przysmak, czyli pieczoną świnkę morską. No ale nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Niby ten targ to najlepsze miejsce na spróbowanie świnki, ale co z tego skoro jej nie było :( Może gdzie indziej się uda…

IMG_9492

Otavalo

Otavalo

Otavalo

Otavalo

Otavalo

Otavalo

Otavalo

IMG_95Otavalo