Yangon

Do Yangon przylecieliśmy już o 8.00 rano. Odprawa na lotnisku trochę trwała, a każdy paszport musiał przejść przez ręce aż dwójki strażników granicznych. Pierwszy zajmował się kartą przylotową, a drugi jakimiś adnotacjami na stronie z wizą. Od razu poczuliśmy się jak w socjalistycznym kraju.

Zanim wybiła 9.30 byliśmy już ulokowani w hostelu, gdzie przez kilka chwil walczyliśmy mocno z wielką chęcią na pokój z klimą. Upał w Bangkoku strasznie nas wymęczyły, i klima wydawała się szczytem rozpusty. Jednak nie daliśmy wygrać pokusie i wzięliśmy najtańszy pokój z łazienką na korytarzu. Po kilku godzinach nabierania sił (byliśmy trochę przymuleni po pobudce o 3.20 rano), ruszyliśmy na miasto.

Yangon do pięknych miast z pewnością nie należy. Stan dróg, a przede wszystkim chodników pozostawia bardzo wiele do życzenia, a ilość śmieci walająca się na ulicach trochę zniechęca.

Naszym celem była słynna Shwedagon Paya. Wymyśliliśmy, że przejdziemy się tam piechotą, a ewentualnie wrócimy taxi. Na mapie wszystko zawsze wygląda tak blisko, a w rzeczywistości okazuje się, że upał i wilgoć sprawiają, że nawet krótkie dystanse wydają się niesamowicie długie, a cel jakby w ogóle się nie zbliżał. Przejście 4km zajęło nam dwie godziny. Snuliśmy się, bo tylko na snucie byliśmy w stanie wykrzesać siły. Po drodze zatrzymaliśmy się w jednej z wielu restauracyjek z nadzieją na posilenie się. Menu oczywiście tylko po birmańsku, obsługa po angielsku ni w ząb. I bądź tu człowieku głodny. Jedynym sposobem na zamówienie czegokolwiek było więc pokazywanie paluchem na to co inni mieli przed sobą. Przy płaceniu okazało się, że obsługa całkiem dobrze radzi sobie z liczebnikami po angielsku. Potem zresztą zauważyliśmy wielokrotnie, że znajomość angielskiego większości Birmańczyków ogranicza się właśnie do liczebników (money, money, money). Język lepiej znają praktycznie wyłącznie osoby w jakiś sposób związane z turystyką, i oczywiście cinkciarze.

Tych w Yangon jest na pęczki. Co chwila któryś zaczepiał nas oferując wymianę dolarów.
Same dolary to w Birmie niezwykle ciekawa sprawa. Po pierwsze, jest kwestia kursu wymiany. Oficjalny kurs rządowy to 6 kyatów za dolara amerykańskiego. Kurs czarnorynkowy – około 1000-1100 w zależności od tego gdzie i kiedy. I mimo to cały czas znajdują się turyści, którzy dolary wymieniają na lotnisku według kursu oficjalnego. Po drugie, jest kwestia fizycznego stanu banknotów. Birmańczycy mają absolutną obsesję na punkcie idealnego stanu dolarów. Jakikolwiek ślad zużycia, zgniecenie, plamka – dosłownie cokolwiek – dyskwalifikuje banknot. Widziałam jak w hostelu koleś płacił za bilety lotnicze. Podał recepcjonistce paszporty i pięć banknotów 50-dolarowych. Jak dla mnie wszystkie były w świetnym stanie. Jednak recepcjonistka doszukała się problemu w czterech z nich… Nie bardzo można zrozumieć o co chodzi z tymi dolarami. Dla kontrastu lokalne pieniądze – kyaty – są w takim stanie, że często ciężko rozpoznać nominał. Brudne niesamowicie i do tego strasznie śmierdzące.

Ale wracając do Shwedagon Paya. Po dwóch godzinach szwendania się dotarliśmy na miejsce. Od razu namierzyła nas panna z kasy z biletami dla turystów i skasowała haracz w postaci $5 od głowy. Lokalsi, których był tam cały tłum nie płacą oczywiście ani grosza, za to z gości zagranicznych junta ciągnie jak może.

Shwedagon Paya to wielki kompleks świątynny, z wielką złotą stupą na środku. Tak w ogóle to od złota, a przynajmniej złotego koloru aż bolą oczy. Stupa wznosi się na wysokość 98m i według lokalsów ma 2500 lat. Wokół niej kilkadziesiąt mniejszych świątyń, z których każda ma inne znaczenie. Całość robi dosyć duże wrażenie.

Yangon

Do tego okazało się, że trafiliśmy na ceremonię „inicjacji” mnichów. Akurat w Birmie trwają wakacje szkole, w czasie których wielu chłopców na kilka tygodni przywdziewa czerwone szaty i wiedzie proste życie mnicha. Najpierw więc na plac przed centralną stupą weszła grupa kilkudziesięciu kobiet, każda z miotłą w ręku, które po ustawieniu się w rząd zaczęły zamiatać marmurową podłogę. Po chwili plac zapełnił się grupą mniej więcej 120 młodych mnichów, wszystkich z ogolonymi głowami, zawiniętymi w charakterystyczne szaty.

Yangon

Yangon

Yangon

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: