Hsipaw

Z Pyin U Lwin do Hsipaw postanowiliśmy pojechać pociągiem. Wyłącznie dla sportu, bo autobusem dojechalibyśmy w 4godziny, a pociągowi przejechanie tej samej trasy zabrało godzin aż 7. Pociąg – wbrew wielu relacjom z podróży po Birmie jakie wcześniej czytaliśmy – podjechał na peron spóźniony jedynie o 15 minut. Cała reszta podróży była dokładnie taka jak w opisach innych ludzi – pociąg jechał przeraźliwie wolno, był maksymalnie zapchany, ludzie siedzieli na ziemi, w przedsionkach, przy ubikacji, wszędzie walały się różne pakunki, ludzie rzucali śmieci na ziemię i za okno (absolutna norma w Birmie, coś z czym nie za bardzo potrafiliśmy się pogodzić), no i oczywiście wszyscy się na nas dosyć intensywnie gapili, co po pewnym czasie było trochę męczące.  Do celu dotarliśmy cali, choć dosyć zmęczeni. Na peronie szybko wyłapał nas z tłumu facet z Mr Charle’s Gueshouse – jedynego we wsi miejsca, w którym można się przespać w jako takich warunkach. W guesthousie okazało się, że poza nami jest jeszcze tylko jeden gość. Wiadomość tą wykorzystaliśmy oczywiście przy negocjowaniu ceny za pokój (wiadomo, że im mniej gości tym właściciel bardziej zdesperowany żeby wynająć pokój).
Hsipaw to niewielka górska wioska jakieś 180km na wschód od Mandalay. Górskie położenie oznacza oczywiście, że wieczory, noce i poranki są przyjemnie chłodnawe, a dni zupełnie znośne. Czyli super. Do Hsipaw przyjechaliśmy głównie, żeby pojechać na treking motocyklowy do położonego 80km na północ Namsan, co polecili nam chłopaki z NeverendingTrip (spotkaliśmy się z nimi na Ko Tao, a później w Bangkoku). Jednak po dotarciu do Hsipaw treking postanowiliśmy sobie jednak odpuścić. Marzec to okres wypalania ziemi pod uprawy, plus pora sucha, a ta mieszanka oznacza straszne ilości pyłu i kurzu w powietrzu, co bardzo ogranicza widoczność. Więc zamiast pięknych widoków była tylko wiecznie wisząca w powietrzu pomarańczowa chmura. Szkoda nam było strasznie tego trekingu, ale serio nie było sensu się na niego pchać. Dlatego Hsipaw postanowiliśmy wykorzystać do celów wypoczynkowych. Poza leniwym wysiadywaniem na werandzie i wielogodzinnych dyskusjach z jedynym poza nami gościem w guesthousie pierwszego dnia działo się niewiele. Drugiego dnia zjawiła się para z Niemiec, która narzekała, że w Hsipaw jest dla nich za zimno (coś musiało być z nimi zdecydowanie nie tak ;) ), i wielogodzinne dyskusje i wymiany doświadczeń z podróży odbywały się już w większym kręgu. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że nie można tyle czasu spędzać nic nie robiąc, więc wynajęliśmy rowery i ruszyliśmy na rekonesans okolicy.
Uzbrojeni w mapę z gueshousu ruszyliśmy w drogę. Szybko okazało się, że mapa jest średnio przydatna, bo rysowana od ręki jest kompletnie niewyskalowana, a przez to dosyć myląca. Na początek postanowiliśmy pojechać nad lokalny wodospad. Początek był interesujący, bo po zjechaniu z głównej drogi trasa wiodła przez stary buddyjski cmentarz. Jednak po przejechaniu przez niego, wzdłuż drogi pojawiła się wielka sterta śmieci, która z każdym przejechanym metrem robiła się coraz większa. Pomyśleliśmy, że to jakieś mini-wysypisko śmieci, ale kiedy 500m dalej śmieci było jeszcze więcej, zrozumieliśmy, że to całkiem spore wysypisko. Postanowiliśmy odpuścić sobie wodospad. Widoczność z powodu pyłu w powietrzu nie była najlepsza, ale wystarczająco dobra, żeby zobaczyć, że góra śmieci ciągnie się wzdłuż drogi aż po horyzont.
Wróciliśmy się więc kawałek i wjechaliśmy w jakąś boczną drogę. Bardzo szybko droga zmieniła się w wąziutką ścieżkę, na której ledwo mieścił się rower. Byliśmy otoczeni polami i ciszą. W końcu dotarliśmy do małej wioski, gdzie wywołaliśmy niemałą sensację wśród dzieciaków. Wszystkie machały do nas jak szalone i nie wiedzieć czemu wołały „bye bye” zamiast „hello”. Tak zresztą było w całym Hsipaw (może mają tam niedouczonego nauczyciela angielskiego? ). Dorośli witali nas szerokim uśmiechem, który robił się jeszcze szerszy, gdy wołaliśmy do nich „minagalaba” (witaj po birmańsku). I tak jeździliśmy po polach i łąkach przeprowadzając rowery kilkanaście razy przez strumyki i niewielkie rzeczki, aż znów znaleźliśmy się w naszym guesthousie.
A wieczorem okazało się, że jest nas już 17 osób. W ciągu jednego popołudnia nastąpił przyrost osobowy o prawie 350%! Na werandzie zrobiło się ciasno, ale za to bardzo wesoło. My jednak postanowiliśmy następnego dnia opuścić Hsipaw. Cel był bardzo ekscytujący – Bagan.

Hsipaw

Hsipaw

Hsipaw

Hsipaw

Hsipaw

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: