Sapa

Sapa miała przynieść nam ulgę. Chodzi oczywiście o ulgę w kwestii temperatury. Po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży była szansa na temperaturę poniżej 20 stopni.

Do Sapa dotarliśmy koło 7 rano. Wydawało nam się, że o tej porze będzie w miasteczku cicho i sennie. Jednak, gdy przy wysiadaniu z minibusu dorwała nas grupa około ośmiu dziewczyn w tradycyjnych strojach zadających jedna przez drugą milion pytań, zrozumieliśmy, że w Sapie o spokoju nie ma chyba co mówić. Szybko też okazało się, że temperatura – owszem – jest poniżej 20 stopni, ale poza tym także pada deszcz i jest mgła. Więc nasz pokój z widokiem na góry był tak naprawdę pokojem z widokiem na chmury. I tak zostało do końca naszego pobytu w Sapa.

Bardzo szybko zrozumieliśmy też o co chodzi z tym milionem pytań zadawanych przez dziewczyny  w tradycyjnych strojach szwendających się po mieście, a także na trasach popularnych trekkingów. Dziewczyny te wypracowały niesamowicie skuteczną metodę sprzedaży swoich wyrobów. Metodę tę można nazwać „na litość” lub ewentualnie „na daj mi święty spokój” w zależności o temperamentu osoby kupującej. Zaczyna się niewinnie – na początku trasy trekkingu do grupy turystów dołącza grupa lokalnych dziewczyn. Każda z nich upatruje sobie jedną osobę (najlepiej płci żeńskiej) i zaczyna zadawać różne pytania. Skąd jesteś, ile masz lat, czy masz rodzeństwo, czy masz dzieci, ile dni zostaniesz w Sapa itp., itd. Ta gadka-szmatka trwa ze 20 minut. Po tym czasie turysta zawsze słyszy „maybe later you buy something from me”. Niektórzy odpowiedzą, że może później coś kupią, inni od razu mówią, że zakupy ich nie interesują. Tak naprawdę odpowiedź turysty nie ma żadnego znaczenia, bo sprzedająca nie ma zamiaru tak szybko się poddać. Cały czas za nami idzie. Nagle zaczyna się dużo błota i do tego jest stromo więc także ślisko. Ale nie ma się co przejmować, bo lokalna dziewczyna nadbiega z pomocą, podaje rękę, pomaga zejść ze śliskiej górki. Gdy śliski teren się kończy zaczyna pleść z gałęzi paproci wianki i oczywiście daje je w prezencie swojej ofierze. W międzyczasie oczywiście pozwala się cały czas fotografować i non stop się uśmiecha. Jest bardzo miło. Gdzieś w połowie treku dziewczyna mówi, że teraz już musi zawrócić i czy coś od niej kupimy. Przy czym „nie, dziękuje” jakby zupełnie nie trafiało. Dziewczyna robi smutną minę i ciągle powtarza, żeby coś od niej kupić. To może trwać nawet 15 minut mimo ciągłego „nie, dziękuje”. Na koniec spora część ofiar poddaje się i kupuje coś – albo z litości, albo dla świętego spokoju. My skończyliśmy trekking z haftowaną torbą :)

Metoda sprzedaży czasochłonna, ale skutkująca w większości przypadków, a o skuteczność przecież chodzi. Bo życie w wioskach wokół Sapa wcale nie jest takie proste, mimo obecności turystów i pieniędzy jakie w Sapa wydają. Większość dziewczyn kręcących się po centrum miasteczka usiłując coś sprzedać, mieszka w odległych o jakieś 10-12km wioskach. Każdego dnia pokonują ten dystans piechotą w obie strony – nie ważne czy pada deszcz, czy nie. Wiele z nich ma na plecach malutkie dzieci. W Sapa zjawiają się już koło 7 rano i nadal widać je o 8 wieczór. I tak dzień w dzień.

Sapa

Sapa

Sapa

Sapa

Sapa

Sapa

Sapa

Sapa

Sapa

Reklamy

Komentarze 4

  1. A ja bym chciał, zeby u nas w starym kraju wreszcie pojawiła się szansa na tempereturę powyżej 20 stopni :)
    Czerwiec – a tu zimno i pada.
    A zdjęcia naprawdę niesamowite, tez targu też.

  2. Do nas tez przyplatala sie mala dziewczynka. Przez kilka dni, ktore spedzilismy w Sa Pa, od rana do wieczora slyszelismy „buy from me” . Mala czekala na nas od rana przy wejsciu do hotelu i nie odstepowala nas na krok, az do wieczora, my jednak nic nie kupilismy. Bylismy w Sa Pa w listopadzie wiec gory udalo nam sie zobaczyc, ale bylo chlodno bo palilismy w pokoju w kominku.

  3. masz piękne zdjęcia, opisy też…

  4. …pamietam ekipe z trzeciego zdjecia; mila gromadka, ktora podazala za nami krok-w-krok przed dwa dni. Trzeciego dnia pojawila sie nowa z nowymi pomyslami na sprzedaz. Pamietam, ze te drobne kobietki pomagaly jednej z dziewczyn, z ktorymi podrozowalem; zrewanzowala sie im potem kupnem kilku drobiazgow. Zapytalem przewodnikiem, czy to sprzedaz upominkow turystom to ich jedyna praca. Okazuje sie, ze to jedynie zajecie na czas poza zbiorami. Przez wiekszosc czesc czasu pozostaje uprawa roli i opiekowanie sie gospodarstwem.

    Musze przyznac, ze Sape zaliczam do najprzyjemniejszych etapow mojej podrozy. Doswiadczylem dokladnie tego czego Magdzie sie nie udalo; spadek temperatury i niezapomniane widoki. Nawet „przekupki” nie byly w stanie zepsuc wrazenia jakie wywarla na mnie Sapa. Musze w tym miejscu wspomniec, ze przez cale 3 dni pobytu mielismy piekna, sloneczna pogode. Przewodnik opowiadal mi, ze ludzie przejezdzaja tu 3 razy i nie trafiaja nawet na jeden taki dzien. Chyba mielsmy szczescie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: