Titicaca przez przypadek

Rano udaliśmy się na dworzec autobusowy w Cuzco z przeświadczeniem, że dalej pojedziemy do Arequipy. Na dworcu jednak surprise, surprise – w jednej z wsi na drodze do Arequipy strajk przez najbliższe dwa dni, więc jedyna opcja to jechać z dwoma przesiadkami w sumie przez prawie 24h. Pierwsza faza to dojazd do Puno. Zamysł mieliśmy taki, że w Puno przesiądziemy się na nocny autobus na kolejny odcinek okrężnej drogi do Arequipy, ale Nicole i Dale próbowali przekonać nas, że może jednak zostaniemy z nimi w Puno i zobaczymy razem wyspy na Titicaca. Cały czas myśleliśmy, że Titicaca zobaczymy od strony Boliwijskiej. Opis wysp na stronie peruwiańskiej jakoś nas nie zainteresował za bardzo. No ale spoko, skoro już w Puno jesteśmy to możemy tu zostać na kilka dni. W końcu Arequipa nie zając – nie ucieknie.

Z dworca w Puno zwinął nas zdesperowany hotelarz, który za niezwykle przystępną cenę dał nam do dyspozycji najbardziej wypasione pokoje w jakich było nam dotąd spać w Ameryce Południowej. Hotelarz równie desperacko próbował sprzedać nam wycieczkę na wyspy na Titicaca. Za każdym razem, gdy go spotykaliśmy cena było niższa o 5 soli. Oferta była finansowo bardzo dobra. Samodzielnie nie dałoby się wysp zobaczyć taniej. Ale postanowiliśmy, że i tak pojedziemy na nie na własną rękę. Przynajmniej kasa wpadnie nie w ręce pośrednika, tylko w ręce lokalsów.

Tak więc rano ruszamy na przystań. Planowaliśmy jechać tylko na wyspę Amantani, ale w przystani okazało się, że za prawie taką samą cenę transportu możemy przy okazji zobaczyć też Uros i Taquile. No więc jedziemy. Łódź lokalno-gringosowa płynie mniej więcej z prędkością pływaka olimpijskiego. Czyli szybko jak na człowieka, ale nie koniecznie szybko jak na łódź.

Najpierw zaliczamy zbudowane ludzką ręką wyspy Uros. Straszna komera. Całe szczęście zatrzymujemy się tu tylko na godzinę. W tym czasie opowiadają nam o życiu na wyspach i przekonują do zakupów. Całkiem spora grupa gringos dała się też namówić na przejażdżkę niby tradycyjną łodzią zbudowaną z sitowia. Dystans przejażdżki to jakieś 300m, cena 5 soli. Potem okazało się, że łódź tylko z zewnątrz była z sitowia, a jej podstawę stanowiły puste plastikowe butelki po napojach. Nie daliśmy się namówić na tą atrakcję. Nie mogliśmy też powstrzymać się od komentarzy, że może całe wyspy unoszą się na pustych butelkach po Inca Koli…

Dalej było już dużo lepiej. Powoli płynęliśmy w stronę Amantani. Było pięknie. Wielkie, błękitne jezioro otoczone górami. Spanie, rozmowy, słuchanie muzyki. W tak pięknych okolicznościach przyrody Sting, Peter Gabriel, Pink Floyd, a nawet Sidney Polak, brzmią jak nigdy.

Na Amantani dotarliśmy po jakiś 4 godzinach. Od razu zgarnęła nas pod swoje skrzydło jedna z mieszkanek wioski. Mieliśmy u niej mieszkać i się stołować. Kobieta jest przemiła. Od pierwszego momentu zauroczyło nas to miejsce. Szczególnie ta cisza i spokój. Ciszę przerywały tylko śpiew ptaków i okazjonalne, rozpaczliwie brzmiące zawodzenie osłów.

Na obiad dostaliśmy pyszną zupę i smażony ser z ziemniakami. Mniam. A po obiedzie na romantyczny spacer we dwójkę hehe. Weszliśmy na najwyższe wzgórze w okolicy, potem poszliśmy do sąsiedniej wioski. Po drodze trafiliśmy na lokalny stadion, gdzie akurat odbywało się spotkanie wyborcze (wybory mają być tydzień później). Na stadionie tłum ludzi i przemawiający lokalni politycy. W charakterze kiełbasy wyborczej rozdawano bułki.

Rano mieliśmy ruszyć na wyspę Taquile. Nicole i Dale postanowili jednak zostać jeszcze jeden dzień na Amantani, więc nasze drogi rozeszły się po 1.5 tygodnia wspólnego podróżowania.

Taquile to zupełnie inna bajka niż Amantani. Jest równie pięknie (a może i piękniej), ale jeśli na Amantani turystyka dzieje się jakby przy okazji, to tutaj jest ona czymś serio dużym. Na rynku gringos cała kupa. Lokalsów w tradycyjnych strojach też. Pozują do zdjęć (ci bardziej cwani proszą o un sol por foto), robią na drutach czapki, albo po prostu siedzą i obserwują.

Cuzco

Machu Picchu

Nie zaczyna się za dobrze. Jest straszna mgła i praktycznie nic nie widać. Te wszystkie fotki, które dotąd widzieliśmy pokazują MC przy pięknej pogodzie, z niebieskim niebem itp. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że może być inaczej. A tu deszcz, mgła, nisko wiszące chmury. Generalnie do bani. Pogoda – constant. Jedyna zauważalna zmiana to zwiększająca się liczba ludzi.

Bilety na Huayna Picchu mamy na 10.00, więc liczymy na to, że może do tego czas się poprawi. W międzyczasie spacerujemy to tu to tam i w końcu dochodzimy do miejsca, gdzie kończy się Inca Trail. Widoki są stąd potencjalnie piękne. Co jakiś czas na kilka sekund w chmurach pojawia się przerwa i co nieco widać. Jednak mimo beznadziejnej pogody podoba nam się. Klimat jest tu niesamowity, pewnie trochę także przez tą mgłę. Wszystko ma dwie strony….

Jest 9.30 i nagle się rozchmurza. Jesteśmy dosyć daleko od wejścia na Huayna Picchu, ale szybko podejmujemy decyzję, że próbujemy dostać się na górę. Może zdążymy. Szybkim krokiem udaje nam się dojść do wejścia na Huayna Picchu na kilka minut przed 10.00. Przy okazji udaje nam się zobaczyć MC z bliska bez chmur.

Zaczynamy wspinaczkę na górę. Jest stromo i ślisko, bo w końcu wcześniej padało. Im jesteśmy wyżej tym pogoda robi się coraz gorsza, i zanim docieramy na szczyt mocno pada, a niebo zasnute jest kompletnie chmurami. Z boskich widoków MC chyba nici. Raz na jakiś czas chmury troszkę się rozpraszają i coś tam widać, ale nie za dużo. Czekamy prawie 2 godziny na lepszą pogodę, ale ta kompletnie nie chce się zmienić. Schodzimy więc na dół. Kręcimy się jeszcze trochę wśród ruin, ale ciągle pada. Po prawie 8 godzinach w MC decydujemy się na powrót do Aquas Calientes. Zanim dochodzimy na miejsce niebo jest błękitne i słońce świeci jak szalone…

W drodze do Machu Picchu

Czas na najpopularniejszą atrakcję turystyczną Ameryki Południowej, czyli Machu Picchu (dalej nazywane dla uproszczenia MC).
Do MC dotrzeć można zasadniczo na trzy sposoby. Sposób pierwszy – najpopularniejszy – to pociąg. Tu do wyboru mamy trzy klasy. Bilet na najniższa, którą ktoś chyba dla jaj nazwał backpackerską, kosztuje jedyne $48 w jedną stronę. Osobiście nie znam żadnego backpackera, dla którego wydatek w sumie $96 na przejazd, który trwa 5h w jedną stronę, był czymś normalnym. Jeśli ktoś jednak nie ma ochoty na podróż z tak zwanymi backpackerami, może pojechać klasą wyższą, w której bilet kosztuje o ile dobrze pamiętam $130 w jedną stronę. Okazuje się jednak, że i to dla niektórych za mało, bo w sezonie kursuje także opcja trzecia, coś a la Orient Express. Tu bilet to wydatek w kwocie $307 w jedną stronę. Kupując bilet w dwie strony szczęśliwiec dostaje upust i płaci jedyne $588 (zamiast $614). Z wiadomych względów opcja pociągu nas nie interesowała.

Opcja druga to trekking. Ten najpopularniejszy, czyli Inca Trail, zrobić można tylko z agencją, która za ową przyjemność skasuje nas jakieś $350-$400. Są też alternatywne trasy, ale, że musielibyśmy wypożyczyć sprzęt biwakowy (namiot, karimaty itp) to całość też nie wychodziła tanio.

Opcja trzecia to opcja autobusowo-piesza. Element pieszy wynika z faktu, że do Acuas Calientes, miasteczka przy MC, nie ma drogi. Prawdopodobnie brak drogi to umyślny zabieg peruwiańskiego rządu. W końcu jeśli nie ma drogi to praktycznie każdy jedzie pociągiem. Choć jakby się nad tym zastanowić to na braku drogi najwięcej zyskuje chilijska firma obsługująca połączenie kolejowe. (Swoją drogą trudno zrozumieć dlaczego peruwiański rząd przekazał tak dochodowy interes firmie z innego kraju).

W każdym razie pojechaliśmy do MC z wykorzystaniem opcji trzeciej. Przy okazji pomyśleliśmy, że zatrzymamy się w Urubambie i zobaczymy znajdujące się niedaleko tarasy solne. Jednak jakoś tak wyszło, że w Urubambie nie zostaliśmy, ale za to pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości Ollantaytambo, jakieś 2.5h od Cuzco. Jedziemy tam collectivo, czyli minibusem. Minibus orginalnie przeznaczony do przewozu 10 pasażerów , tu w Peru, po drobnych przeróbkach wewnątrz, mieści 25 pasażerów, przy czym tylko jedna osoba stoi. Cała reszta siedzi. To się nazywa efektywne transport zbiorowy.

Ollantaytambo okazuje się być niezwykle przyjemne, choć dosyć mocno turystyczne. Spędziliśmy tam popołudnie i noc, a następnego ranka mieliśmy ruszyć w dalszą trasę.

Jest więc ranek, czyli idziemy na rynek czekać na autobus do Santa Maria. Autobus przyjechał, zabieramy się do wsiadania, a kierowca mówi nam, że nie ma miejsc. Możemy oczywiście jechać na stojąco. Santa Maria jest w końcu „jedyne” 4h stąd, więc idziemy na tą opcję, bo następny autobus jest dopiero za 5h. Nie ma więc co czekać, bo przecież też może być pełny. Droga wije się niesamowicie, w zasadzie składa się z samych zakrętów, więc trzeba trochę się wysilić balansując na stojąco. Pewien miły Peruwiańczyk ustępuje mi na godzinę swojego miejsca.

Dojeżdżamy do Santa Maria i od razu przesiadamy się w kolejny pojazd. Tym razem taxi do pobliskiego miasteczka Santa Teresa. Jadą z nami jeszcze dwaj gringo – Nicole z Czech i Dale z Australii. Kierowca nie oszczędza zawieszenia i po górskiej, krętej drodze bez nawierzchni jedzie jak wariat. 50min później w Santa Teresa kolejna przesiadka – jedziemy collectivo do Hydroelectrica, skąd zaczyna się element pieszy, czyli 11km wzdłuż torów. Lenie mogą przejechać ten odcinek pociągiem, ale $8 za 11km wydaje się być ceną trochę na wyrost. Tak więc z buta i w drogę.

Dwie godziny później docieramy do Aquas Calientes. Podejrzewam, że gdyby nie MC, to miasteczko by nie istniało. Aquas Celientes składa się z torów kolejowych, hoteli wszelkiej maści i jeszcze większej ilości restauracji. Konkurencja jest ogromna, co zasadniczo działa na korzyść klientów. Wystarczy minimalne zainteresowanie menu, żeby cena pizzy spadła z 40 na 25 soli, a zestawu obiadowego z 20 na 15. Ceny nadal wyższe niż gdzie indziej, ale można obejść się bez bankructwa.

Wieczorem kupujemy bilety wstępu do MC na następny dzień. Nicole i Dale mają lewe legitymacje studenckie (do wyrobienia za 15s w drukarniach w Cuzco), więc płacą połowę ceny. Szlag nas trafia, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej. Umawiamy się na rano na 4.00.

Poza nami w kierunku MC wczesnym rankiem zmierza jeszcze kilkanaście osób. Zaczynamy wspinaczkę do bramy wejściowej. Jest zaskakująco ciepło jak na tak wczesną porę, i bardzo wilgotno. W ciągu kilku minut jesteśmy przepoceni. Powoli, ciężko oddychając zbliżamy się do celu. Na miejsce docieramy około 5.20. Przed nami dotarło tu jakieś 15 osób. Strażnik rozdaje limitowane bilety na Huayna Picchu, skąd rozpościera się ponoć najlepszy widok na MC. Załapujemy się. Kilka minut przed 6.00 zaczynają podjeżdżać pierwsze autobusy z amerykańskimi wycieczkami. Bramy otwierają się punkt 6.00. Nicole i Dale wpadają ze swoimi lewymi legitymacjami (trzeba je tu jeszcze raz pokazać). Muszą dopłacić różnicę. Czyli czasami nie opłaca się kombinowanie.

Wchodzimy na teren ruin.

CDN…

Pisac

Do Cuzco przyjechaliśmy zmęczenie, głodni i źli. Autobus, który z Nazca miał wyjechać o 20.00 i na miejsce dotrzeć w 14h, wyjechał o 22.00, a do Cuzco przybył 21h później. Bezpośrednia droga do Cuzco okazała się być nieprzejezdna, więc jechaliśmy tam przez Arequipe. Czyli przez jakieś 2/3 trasy oddalaliśmy się do Cuzco zamiast się do niego zbliżać.

Na dworcu autobusowym zostaliśmy z łapanki zabrani do hostelu w centrum, co w zasadzie było nam na rękę, bo transport był za friko, a i hostel ok. Padliśmy w wyra, a cały następny dzień kompletnie przebimbaliśmy, odzyskując siły stracone w przedłużonej podróży autobusowej. A że kolejnego dnia była niedziela, to pomyśleliśmy, że skoczymy do pobliskiego miasteczka Pisac na słynny ponoć niedzielny targ. Według naszego przewodnika miał to być targ, na którym lokalsi handlują między sobą różnymi towarami. Na miejscu okazało się, że 80% powierzchni targu zajmują sprzedawcy pamiątek, w dodatku w cenach przyprawiających o zawrót głowy. Najciekawsze z całego targu było oczywiście te 20%, gdzie odbywał się bardziej autentyczny handel z udziałem lokalnych Indian.

Nasz przewodnik wspomina też o – cytat – „rewelacyjnej” twierdzy inkaskiej na jednej z gór otaczających miasteczko. Wybraliśmy się więc tam, ale, że na oficjalnym wejściu poproszono nasz o wykupienie biletu w prawdziwie europejskiej cenie (60 soli, czyli około $20), to ruszyliśmy do ruin inną ścieżką. Ścieżka używana przez lokalsów, bez budek z biletami. A że przy okazji ścieżka też prowadziła do tych samych ruin, to przecież nie nasza wina. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić… Ruiny takie sobie, ale przynajmniej mieliśmy spacer :)

Nazca

Nie do końca możemy się zdecydować, czy słynne linie w Nazca warte są ceny, którą trzeba zapłacić za ich oglądanie, czy nie. Jest to z pewnością miejsce inne niż wszystkie, unikatowe, owiane tajemnicą, ale to także jedno z tych miejsc, które – według nas – lepiej wygląda w telewizji i na (pewnie nieźle podrasowanych) zdjęciach w albumach o Peru.  W każdym razie linie zobaczyliśmy, bo będąc tak blisko doszliśmy do wniosku, że wypada.

Linie oglądaliśmy z pokładu najmniejszego samolotu, jakim było nam dotąd lecieć – pilot plus trzech pasażerów. Za sterami zasiadł kapitan Mirek Gurecky (tatuś Polak), który nawet kilka słów po polsku znał. Lot był zaskakująco spokojny, zupełnie nie rzucało, choć byliśmy przygotowani na karuzelę w powietrzu. Wzorów na ziemi zobaczyliśmy kilkanaście, niektóre dosyć niewyraźne. Pocykaliśmy fotki, pooglądaliśmy krajobraz i po zabawie. Linie zobaczyliśmy, ale żeby nas powaliły na kolana to nie powiem.

Z górki na pazurki

Huacachina to taka niby-oaza na przedmieściach miasta Ica, otoczona przez wydmy. Centrum oazy stanowi jeziorko, które tak na serio jest po prostu większą kałużą, w dodatku dosyć brudną. Ale to w zasadzie nieistotne. Istotne jest to, że wydmy wokół oazy oferują zabawę jakich mało. Dawno nie mieliśmy takiej frajdy. Część pierwsza to jazda po wydmach. Nie jest to jednak jazda zwykła. To coś co bardziej przypomina wizytę w wesołym miasteczku i jazdę na najstraszniejszej karuzeli, niż jazdę samochodem. Kierowcy są szaleni i robią wszystko, żeby pasażerom dostarczyć jak najwięcej atrakcji i także stresu. Wjeżdżają na wydmy, których zbocza wydają się być prawie pionowe  po to, żeby zjechać z nich z maksymalną prędkością. Stresujące, ale równocześnie bardzo ekscytujące. A potem było zjeżdżanie na deskach z wydm. Najpierw z niskich, a potem z takich całkiem wysokich. Ależ była zabawa!