Cordillera Blanca

Dwie pod rząd noce spędzone w autobusie odespaliśmy w noc jedną w Caraz. A następnego ranka, uzbrojeni w namiot, karimaty, śpiwory i żarcie na 4 dni, ruszyliśmy na szlak Santa Cruz. Szlak miał być łatwy, więc  zdecydowaliśmy, że nie skorzystamy z usług żadnej agencji, która za pośrednictwem osłów będzie nam niosła przez te cztery dni wszystkie graty, tylko poniesiemy te graty na własnych plecach. Ci, którzy czytają ten blog w miarę regularnie, zauważyli pewnie, że nie należymy do ludzi jakoś bardzo w podróży aktywnych, i generalnie intensywnie się obijamy i mało wysilamy (taki był zamysł). Jeśli to z lektury bloga nie wynika, to znaczy, że nieźle sprawiamy wrażenie zapracowanych w tej naszej vojaży hehe… W każdym razie rzecz w tym, że kiedy takie lenie jak my wybierają się na cztery dni w góry, i w dodatku taszczą wszystko sami na plecach, to szlak, który ma być łatwy, wcale niekoniecznie takim  jest. Obiektywnie rzecz biorąc trasa serio była lajtowa. Przez jakieś 70% dystansu płasko lub z górki, tylko 30% w górę. Subiektywnie jednak było ciut trudniej niż się spodziewaliśmy, głównie za sprawą naszego dotychczasowego lenistwa i braku tzw. formy.

Pierwszego dnia z zazdrością patrzyliśmy na osły niosące bagaż mijanych wycieczek. Ale, że było już za późno, to na zazdrości trzeba było poprzestać.  Drugiego dnia było już lepiej. Dystans krótki, prawie ciągle płasko, widoki dużo lepsze niż dzień wcześniej, a i plecak jakoś mniej ciągnął ku ziemi. W nocy za to dużo chłodniej, czego efektem był zaszroniony namiot i podmarznięty gaz w butli.

Trzeci dzień to był dla naszych zwiotczałych i zasiedziałych mięśni killer. W zasadzie powinnam pisać w liczbie pojedynczej, bo zanim nastał dzień trzeci, Przemek był już w pełnej formie i zasuwał z plecakiem pod górę, jakby się z nim urodził. Mi przychodzenie do formy zajmuje więcej czasu, więc dreptałam do góry sporo w tyle za Przemem. Wspiąć się trzeba było na 4850 m npm, a potem zejść na 3850 m npm. I jeśli ktoś myśli, że wchodzenie jest gorsze niż schodzenie to stanowczo się myli. Nie ma gorszej rzeczy dla kolan i palców stóp niż złażenie przez 3h dół.

Ostatni dzień minął nie wiadomo kiedy, i zanim się zorientowaliśmy było po wszystkim. Zostały tylko trochę obolałe mięśnie, niezbyt przyjemna woń unosząca się z  naszych ciał, no i satysfakcja.

Co do widoków to było mniej więcej tak:

Advertisements

komentarzy 5

  1. Jak mawiaja Czesi: Parada!!! Dech zapiera. :)

    ps. Dlaczego nie chodzicie z kijami? O wiele latwiej. Nawet w gorach; przy ostrej wspinaczce zawsze mozna je niesc na plecach; przy schodzeniu niezastapione.

    • Nie bralismy kijow bo my jestesmy twardziele, hehe ;)
      A tak serio to nie bralismy ich, bo nie myslelismy, ze sie przydadza. Opis trasy nie wskazywal na to, ze schodzenie az tak nas wykonczy :)

  2. Nie wiem czy sie ze mna zgodzisz, ale gdybym miala oceniac tylko i wylacznie na podstawie zdjec, to zdecydowanie Cordillera Blanca jest najbardziej warta zobaczenia w calym Peru.

    Niestety watpie by udalo sie nam tam dotrzec w czasie naszej najblizszej wyprawy do Peru, bo bedziemy miec tylko 3-tygodnie i lecimy bezposrednio do Cuzco. Wiec chyba lepiej by bylo gdybysmy sie skupili tylko na zwiedzaniu poludniowej czesci kraju.

  3. w jakim miesiacu tam byliscie? Nie padalo????

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: