Szczesliwego Nowego Roku

W Nowym Roku zyczymy Wam wszystkim wielu podrozy! Nie rezygnujcie z marzen. Ich realizacja jest mozliwa! Pamietajcie, ze wszystko jest kwestia priorytetow. Tak wiec wielu bezpiecznych i niezapomnianych podrozy!!!

Magda i Przemek

Tupiza, czyli Wild Wild West

Z Uyuni do Tupizy jest raptem 7 godzin jazdy autobusem. No chyba, że autobus się zepsuje. Wtedy podróż trwa 11 godzin. Nasz autobus zepsuł się na 30 minut przed metą. Kierowca ubrał się od razu w roboczy kombinezon. Kombinezon bardzo brudny, więc pewnie często używany. Pomyśleliśmy, że jak często używany, to zapewne kierowca ma spore doświadczenie. Błąd. Kierowca odkręcił chyba wszystkie możliwe śrubki w autobusie, ale i tak go nie naprawił. W końcu chyba zrozumiał, że tym razem mu się nie uda i posłał po mechanika do Tupizy. Ten zjawił się w 3 i pół godzinie po awarii i rozwiązał problem w 30 minut.
Zanim przyjechał mechanik, czując, że trochę czasu nam zejdzie na czekaniu, próbowaliśmy złapać stopa do Tupizy. Starania jednak spełzły na niczym. W ciągu 3 i pół godziny w kierunku miasteczka przejechały 3 pojazdy, z czego jeden był motocyklem, a drugi załadowaną po brzegi mini ciężarówką. Trzeci był pusty, ale twierdził, że nie jedzie do Tupizy, tylko gdzie indziej. No więc czekaliśmy i czekaliśmy.

Okolica, w której leży Tupiza wygląda jak żywcem wyjęta z westernu. Czerwone skały i kaktusy. Bosko. Postanowiliśmy zobaczyć tę okolicę właśnie w westernowym stylu. Czyli w kapeluszu i na koniu. Oh yeah.

Altiplano, czyli brak słów

Altiplano to miejsce, na którego opisanie brakuje słów. Te wszystkie jeziora w magicznych kolorach, tysiące flamingów, góry, wulkany, pustynie, gejzery i formacje skalne są tak niezwykłe, piękne i powalające, że aby to zrozumieć trzeba to miejsce po prostu zobaczyć. Widokowo to dla nas jak na razie numer jeden w Ameryce Południowej, a może i w całej podróży. Zresztą zobaczcie sami (w rzeczywistości te miejsca wyglądają jakieś 15 razy lepiej niż na zdjęciach).

Salar de Uyuni

Sa takie miejsca, których uroku nie oddają żadne, nawet najlepsze zdjęcia. Jednym z takich miejsc jest Salar de Uyuni. Kiedyś było tu słone jezioro, teraz została po nim skorupa soli o powierzchni 12 tysięcy kilometrów kwadratowych (to ponad 4.5 raza więcej niż powierzchnia Luksemburga!). W środku jeziora warstwa soli sięga do 150 metrów. Trudno to ogarnąć, gdy jedzie się jeepem po idealnie płaskiej powierzchni jeziora, a we wszystkich kierunkach po horyzont widać tylko biel soli i kontrastujący z nią błękit nieba.

Nagle w tej bieli soli wyrasta wyspa. Niesamowity kontrast. Wyspa jest wulkaniczna i całkowicie porośnięta kaktusami, z których najstarszy ma 1203 lata, a najwyższe sięgają 12 metrów w górę. Ze szczytu wyspy we wszystkich kierunkach widać tylko sól. Coś niesamowitego. A po Salar de Uyuni miało być jeszcze lepiej…

Feliz Navidad, czyli rok w drodze za nami

Dokładnie rok temu braliśmy udział w fantastycznej kolacji wigilijnej z moimi rodzicami i naszymi przyjaciółmi w Sydney. Dzień później, czyli 25 grudnia, zaczęła się nasza podróż.

Rok później. Znów Wigilia. Też bardzo ciepło, ale tym razem bez rodziny i przyjaciół. Spędzamy ten czas w Argentynie, gdzie dotarliśmy na dzień przed Świętami. Argentyńczycy, podobnie pewnie jak i Polacy, w amoku ostatnich przedświątecznych zakupów.

Nie udało nam się kupić ryby, więc Wigilia będzie po argentyńsku, czyli mięsna. Nie będzie też choinki, bo w hostelu nie wiedzieć czemu jej nie rozłożyli. Zresztą może choinka nie jest argentyńskim zwyczajem, bo nie widzieliśmy tu ani jednej na ulicach czy w sklepach.

Nie będziemy się w tą”rocznicę” wyjazdu bawić w żadne podsumowania. Poczekamy z nimi na koniec podróży. Za to z przyjemnością złożymy Wam życzenia. Niech to będą dla Was cudowne Święta, ze śniegiem, choinką, karpiem, najbliższymi. Jedzcie i pijcie i cieszcie się z tych cudownych chwil!

Feliz Navidad! Wesołych Świąt!

Piekielne Potosi

Pierwsze kopalnie w Potosi zbudowali Hiszpanie. Oczywiście w celu wywiezienia do Europy jak największej ilości srebra. Dlatego zmuszali do morderczej i niewolniczej pracy lokalnych Indian. W Potosi mówią, że na każdy funt wydobytego srebra życie musiał stracić jeden człowiek. Inna legenda mówi, że srebro zrabowane przez Hiszpanów wystarczyłoby do zbudowania mostu pomiędzy Potosi a Madrytem…

Hiszpanie wyjechali, kopalnie zostały. Najpierw były państwowe, ale gdy okazało się, że interes się nie opłaca, kopalnie zamknięto. Teraz funkcjonują na zasadzie spółdzielni. Jest ich w Potosi 35, w sumie pracuje w nich 12 tysięcy ludzi. Pracują w warunkach prawdziwie średniowiecznych. Kopalnie nie są wentylowane ani oświetlone. Jedyne światło pochodzi z latarek noszonych przez górników. W powietrzu unosi się gęsty pył. Mało który górnik nosi maskę. Mówią, że ciężko się w masce oddycha. Kruszec wypychają z kopalni w wagonikach siłą własnych mięśni. Jeden pełny wagonik to pół tony ciężaru. Żeby dostać się do kruszcu przechodzą setki metrów niskimi korytarzami zalanymi wodą. Często trzeba iść na czworaka. Pracują po 6-7 godzin dziennie. Więcej się nie da. Chyba, że cena kruszca idzie do góry. Wtedy pracują nawet po 12 godzin. W końcu trzeba zarobić na życie. A życie mają nie tylko ciężkie, ale też bardzo krótkie. Typowy górnik nie dożywa więcej niz 45 lat. Pylica, niedotlenienie skóry, problemy ze wzrokiem.

Trud pracy próbują zagłuszyć żując liście koki, paląc fajki i popijając 96-procentowy spirytus. To wszystko pod ziemią w czasie krótkich przerw w pracy. W końcu nie ma w życiu górnika w Potosi wielu przyjemności.

Tarabuco

Podczas wakacji w Sucre tylko raz ruszyliśmy szanowne tyłki poza miasto. Udaliśmy się mianowicie do Tarabuco na niedzielny targ. Wypad nie miał na celu zakupów. Raczej obserwację.