PN Torres del Paine, czyli o tym jak przegraliśmy z pogodą

Miało być tak pięknie. Sześć lub siedem dni wśród cudownych gór i lodowców. Obcowanie z naturą na najwyższym poziomie. W rzeczywistości było tak:

Dzień pierwszy

Dziś zaczynamy trek w Parku Narodowym Torres del Paine. Wybraliśmy trasę Circuite, w sumie jakieś 100km. Sześć lub siedem dni w trasie, zależy jak szybko będziemy szli. Autobus do parku odjeżdża z Puerto Natales przed 8 rano. Na dworze deszcz, wieje, zimno jak cholera, chmury wiszą nisko. Generalnie do bani. Trzeba mieć tylko nadzieję, że w parku będzie lepiej.

Całe dwie godziny w drodze do parku leje. Gór, które podobno widać w drodze, dziś nie ma. Siedzą ukryte za gęstymi chmurami. Dojeżdżamy do punktu startowego treku. Plecaki na plecy i w drogę. Plecaki ciężkie. Namiot, śpiwory, ciuchy na zmianę, jedzenie. To wszystko waży. Cały czas pada.

Po godzinie marszu trochę się przejaśnia, ale tylko na chwilę. Zanim się człowiek zdąży rozebrać z kurtki przeciwdeszczowej deszczu znów zaczyna padać. Ścieżka bardzo błotnista. Trzeba nieźle manewrować. Ktoś ułożył z kamieni na ścieżce wymowny napis Fuck U. Pewnie chodzi o to cholerne błoto.

Trafiamy na pierwszą przeszkodę – rzeczka bez mostku. Po oględzinach stwierdzamy, że jedyna opcja to ściągnąć buty i przez rzeczkę przejść. Tak też robimy.

Po jakiś 3 godzinach marszu w końcu wychodzi słońce, niebo robi się niebieskie. Kolejna rzeczka bez mostku. Próbujemy zbudować prowizoryczny, ale wytrzymuje tylko jedną osobę. Więc znów buty z nóg i na drugą stronę. Za nami idzie para, która postanawia rzeczkę przejść w butach. Dziwimy się strasznie, że tak z premedytacją moczą buty. Niewiele później okazuje się, że tutaj butów w suchości i tak nie da się długo utrzymać.

Dochodzimy do kempingu. Do następnego jest 6 godzin marszu, nie damy rady dziś tam dojść, ale tutaj nie chcemy nocować. Mamy jeszcze jakieś 4 godziny do zmierzchu, a kemping kosztuje $8 za osobę. Nie mamy ochoty tyle płacić, więc idziemy dalej. Rozłożymy się gdzieś na dziko.

Zaczyna padać. Ścieżka robi się koszmarnie błotnista. Błoto do kostek, w wielu miejscach nie ma go jak ominąć. Trzeba też przejść przed mokradła z wodą prawie do pół łydki. Był tu kiedyś podest, który nad nimi prowadził, ale zostały z niego tylko porozrzucane deski. Dalej ścieżka robi się bardzo wąska i biegnie wśród wysokich do biodra mokrych traw. Więc spodnie całe mokre. Szukamy kawałka płaskiego terenu na rozbicie namiotu, ale nie mamy szczęścia. A deszcz pada i pada. W końcu, po 3 godzinach od wyjścia z poprzedniego kempingu, znajdujmy kawałek płaskiego terenu, bez wysokiej trawy, w dodatku otoczony drzewami. Chyba nic lepszego nie znajdziemy. Rozbijamy się. Plecaki mokre, ale trzeba z nimi spać. Swoją drogą zastanawiamy się dlaczego jeszcze nikt nie wymyślił pokrowców przeciwdeszczowych na plecaki, które rzeczywiście chronią przed deszczem, a nie tylko chwilową mżawką. Może to jest pomysł na biznes??

Leje przez pół nocy. Gdy przestaje padać zaczynają się słynne patagońskie wichury. Nie da się spać. Co chwile słychać jak zbliża się kolejny podmuch. Na szczęście nie zrywa nam namiotu, pewnie dzięki drzewom wokół.

Dzień drugi

Wstajemy o 8.00. Znów pada. Mocno. Szybko się zbieramy i w trasę. Dziś postanawiamy zrobić pożytek z przeciwdeszczowych spodni wypożyczonych w Puerto Natales (swoją drogą te spodnie to była świetna inwestycja). Na nogi wkładamy wczorajsze mokre skarpety i mokre buty. Leje jak z cebra, więc szkoda suchych skarpet. Patent z workiem w butach ma krótkotrwały żywot.

Po trzech godzinach dochodzimy do kolejnego kempingu. Robimy sobie przerwę śniadaniową-obiadową, bo dziś jeszcze nic nie jedliśmy. Chowamy się pod drzewem i wcinamy parówki z sucharami. Deszcz cały czas pada.

Kolejne cztery godziny to permanentne błoto i deszcz. Widoki żadne. Wszystkie góry są za nisko wiszącymi chmurami.

Namiot rozbijamy w deszczu. Szybka kolacja i do spania.

Dzień trzeci

Dziś rano nie ma deszczu. Jest za to śnieg. I to jaki gęsty! Szybko zwijamy namiot, ubieramy się ciepło (poza mokrymi butami) i w drogę. Niektórzy „twardziele” idą w trasę w krótkich spodenkach…

Mamy dziś do przejścia przełęcz na wysokości 1200m npm. Niby nisko, ale to jest Patagonia. Na przełęczy zamieć śnieżna, straszny wiatr. Brodzimy w śniegu po kolana. Czegoś takiego nie spodziewaliśmy się w środku lokalnego lata.

Za przełęczą nieziemska wichura. Zaczynamy schodzić w dół. Na kilka sekund trochę rozchodzi się chmura i po raz pierwszy widzimy niewyraźnie ogromny lodowiec Szary.

Zejście w dół jest koszmarne. Bardzo stromo, a po kilku dniach prawie ciągłego deszczu, kompletnie pokryte błotem. Do tego strasznie śliskie. Trzeba iść jak po lodzie. Na wielu fragmentach ścieżki płyną strumyki, więc znów brodzimy w wodzie.

Całe szczęście trochę się przejaśnia i możemy przez kilka chwil podziwiać lodowiec.

Pierwszy kemping na trasie omijamy i idziemy do kolejnego. Spotykamy na nim Polaków z Łodzi. Wspólnie pichcimy i wymieniamy się opowieściami z „pola bitwy”. Jutro planowali iść w kierunku przełęczy, ale gdy zobaczyli w jakim stanie są nasze buty i spodnie, zmienili plany.

Gdy kładziemy się spać znów zaczyna padać.


Dzień czwarty

Jakiś cud nastąpił, bo dziś rano nie ma ani deszczu, ani śniegu. Za to wieje.

Nasze stopy, po trzech dniach przebywania praktycznie permanentnie w mokrych skarpetkach i butach, są w koszmarnym stanie. Bąble, spuchnięte palce i strasznie obolałe i nabrzmiałe od wilgoci paznokcie. Nie damy chyba rady skończyć trasy. Gdyby nam spadły z nieba suche buty – najlepiej chyba gumowce – to by nie było problemu. Ale na buty z nieba nie ma chyba co liczyć. Więc podejmujemy decyzję, że kończymy trek. Musimy tylko dostać się przed południem do punktu, z którego odpływa katamaran, bo to na tym etapie jedyna opcja wydostania się z parku inaczej niż na własnych nogach. Na miejsce udaje się dojść na czas. Łapiemy katamaran.

Udało nam się przejść dokładnie 75%.

Reklamy

Komentarzy 7

  1. Doszlibyscie do konca trasy sucha noga gdybyscie na suche nogi nalozyli suche skarpetki, na to zwykle woreczki plastykowe, a dopiero na to mokre buty. Chodzac w zimie po gorach zawsze mam w plecaku ten cud jakim sa woreczki sniadaniowe (na mala stope).
    Gratuluje wyczynu i tego, ze pomimo paskudnej pogody zrobiliscie doskonale fotki.

  2. walonki i nieprzemakalne spodnie rowniez zapewniaja suche stopy. wiem jak sie walonki kojarza :) ale teraz robia takie nawet calkiem modne i fachowe. gorna czesc filcu przykrywa sie wodoodpornymi portkami, ktore maja na dole gumke i dodatkowo zaczep do sznurowki. oczywiscie w wyniku brodzenia po strumeniu pewnie by przemokly, ale kaluze, bloto, snieg i mokre trawy – daja rade.

  3. My ruszamy na szlak jutro. Zobaczymy ile uda nam sie zdzialac. Na razie nie pada. Pozdrawiamy serdecznie.

  4. Ale Wy wszyscy jestescie madrale :) Jak pada non stop, jak bloto do kostki, jak sie brodzi w wodzie po lydke, to zadne woreczki i inne cuda niewiele daja. Przynajmniej nam niewiele daly. W kazdym razie nie udalo sie. Trudno. Przynajmniej mamy pretekst, zeby wrocic :)

  5. Magda i Przemek:
    mhm… w takim wypadku dzialaja tylko buty rybackie – gumowce siegajace do konca uda :)
    Tylko, chodzac z plecakiem, kto by je nosil?

  6. Za 2 miesiace wyjezdzam na z Intrepidem 2 miesiace do Ameryki poludniowej, i wlasnie w ” naszej” australijsiej firmie Black Wolf kupilam mysle ze niezly plecak ktory ma „built in rain cover ” czyli wodoszczelni material szczelnie przykrywajacy caly plecak. Mam nadzieje ze sie sprawdzi.
    Pozdrawiam
    Ewa

  7. Jakbym czytala nasze doswiadczenia :)… tylko my ponieslismy chyba jeszcze wieksza porazke, bo prawie utopilismy plecak :) Podobno w Chile mowi sie o Patagonii „Putagonia” od hiszp. puta :)

    … tez mieszkalismy dlugo poza Polska, tez przeszlo nam przez mysl zeby po powrocie zainstalowac sie w Hiszpanii…
    …jak juz wydobrzejecie po chilijskich wstrzasach, to dajcie znac gdzie jestescie, to moze sie spotkamy gdzies w Ameryce Pd. Jak dalej biegnie Wasza trasa?

    Pozdrawiamy BiG

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: