Wokół Annapurny – pierwsze dni

Miejsce, w którym rozpoczyna się trasa trekingu wokół Annapurny leży jakieś 4h jazdy autobusem od Pokhary. Autobus, zwany turystycznym, zabiera po drodze tylu lokalsów ilu da się upchać do środka i kasuje ich za to połowę tego co płacą turyści. Taki urok Nepalu (i nie tylko) i niewiele da się z tym zrobić.
Do Besisahar, czyli na miejsce, docieramy po niecałych 5h, w tym przerwa na podrasowanie resorów rozpadającego się autobusu. Szybka rejestracja w pierwszym punkcie kontrolnym i sru na koniec wsi na autobus do Bhulbhule. Do przejechania jakieś 16km. Można by iść, ale nie za bardzo ma to sens, bo to w końcu 16km po zakurzonej drodze z w sumie żadnymi widokami. Droga między Besisahar i Bhulbhule na długo pozostanie nam w pamięci. Czegoś tak dziurawego, nierównego i wyboistego chyba wcześniej nie widzieliśmy. Autobus podskakiwał non stop, a my razem z nim. Na jednym z siedzeń usiadła kobieta z małą dziewczynką w chuście na plecach. Usiadła, ale nie zaprzątała sobie głowy faktem, że może mała, wciśnięta między plecy mamy i siedzenie, jest przy każdym podskoku autobusu, czyli stale, zgniatana.
W Bhulbhule wysiadka i w drogę. Do pierwszej wsi, Ngadi, dochodzimy w 50 minut. Jest koszmarnie gorąco, 30 stopni, albo i lepiej, i w tą niecałą godzinę wypijamy cały zapas wody. Zamiar mieliśmy taki, aby w Ngadi tylko chwilę odsapnąć i iść dalej do oddalonej o niecałe 2h wioski Bahundanda. Niestety nic z tego, bo niebo w ciągu kilku chwil robi się czarne od ciężkich, burzowych chmur, i chwilę potem zaczyna padać. Najpierw tylko kropi, ale z każdą chwilą deszcz jest coraz silniejszy. W pewnym momencie ulewa jest tak mocna, że ma się wrażenie, że woda spływa z nieba jednym wielkim strumieniem. Do tego zaczyna padać grad. Najpierw niewielki, ale w końcu z nieba zaczynają z siłą spadać na ziemię lodowe kulki o średnicy jakiś 2cm.
Zapada zmrok i mimo, że nie ma jeszcze 20.00, idziemy spać. Ulewa jest tak mocna, że deszcz padający na blaszany dach kompletnie zagłusza wszystko inne. Żeby usłyszeć się nawzajem trzeba krzyczeć.

Następnego dnia wyruszamy o 7.00, żeby uniknąć słońca. Ta taktyka sprawdza się tylko do 10.00. Potem jest przeraźliwie gorąco. Zero cienia, zero wiatru. I do tego oczywiście po górkę. Widoki na razie niespecjalne, ale za to ludzie w mijanych wioskach (szczególnie dzieciaki) chętnie pozują do zdjęć.

Tego dnia dochodzimy do Chamche (1385m npm). Pożywiamy się lokalną formą pizzy robionej na chlebie chapati, na pizzy kapusta, marchewka, tuńczyk. Straszne dziwactwo, ale po kilkugodzinnym wysiłku smakuje wyśmienicie.

Zmieniami strategię i następnego dnia wychodzimy o 6.00. Mimo wczesnej pory jest ciepło i parno, ale przynajmniej nie ma jeszcze słońca. Pierwsze 2h to mozolna wspinaczka pod górę po kamiennych stopniach. Potem trafiamy na długą karawanę mułów i dobre 30min zabiera nam, żeby je wszystkie wyprzedzić na wąskiej ścieżce. A potem kończy się droga, a zaczyna ogromne obsuwisko ziemi i kamieni, które trzeba przejść. Obsuwiko musi tu być już trochę czsu, bo wydeptano przez nie ścieżkę. Miejscami trzeba się wspiąć na stromy głaz, ale dajemy radę przejść. Nocujemy w Danaqyu (2200m npm). Wieczorem znów chmury i deszcz.

Następnego ranka cudowna pogoda. Idealnie czyste niebo, w końcu widać pierwsze szczyty. Zaczynamy czuć, że jesteśmy w górach. Wyszliśmy bez śniadania, bo o 6.00 jakoś nie chce się jeść. Planujemy zjeść w następnej wiosce, ale nie przypada nam ona do gustu, więc idziemy i idziemy, aż dopiero po4h znajdujemy jako takie miejsce na posiłek w Chame. Chame to ciekawe miejsce. 2710m npm, daleko od najbliżej drogi dojazdowej, ale są dwie kafejki internetowe, nie ma bankomatu, ale za to można w kilku sklepach z artykułami różnymi (od mydła poprzez skarpety i makaron, a na żarówkach i podrabianych North Face skończywszy) wyciąnąć kasę z karty kredytowej.

Dziś na szczęście nie jest już tak gorąco i idzie się o wiele lepiej. W pewnym momencie robi się dosyć zimno i na jakieś 30min przed dotarciem do dzisiejszego celu – Pisang (3250m npm) – zaczyna lać deszcz. Pada niedługo, ale po deszczu jest tak koszmarnie zimno, że cały wieczór spędzamy przy kominku w jadalni. Do łóżka jak zwykle z kurami, czyli o zmroku. Pokoje są oddzielone ściankami z desek, więc słychać każde pierdnięcie i kaszlnięcie u sąsiadów. Średnio to komfortowe, ale pokój mamy za darmo (za obietnicę stołowania się w owym przybytku), więc nie ma co narzekać.

Rano strasznie zimno. W ruch idą rękawiczki, czapka, wiatrówka. Widok z guesthousu piękny. Kawałek za wioską widać szczyt Annapurny Południowej. Dziś już w 100% czujemy, że jesteśmy w Himalajach.

W pewnym momencie dochodzimy do miejsce z którego roztacza się widok na przepiękną dolinę. Cudo. Trzeba przez nią przejść, żeby dojść do Manang, ostatniej prawdziwej wioski przed punktem kulimacyjnym treku, czyli przed przejściem przez przełęcz Thorung Pass. Ale o tym w następnym odcinku.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: