Bundi

Pobyt w Bundi nie za bardzo nam się udał. Z powodu upału oczywiście, ale też dlatego, że nigdzie nie mogliśmy znaleźć przyzwoitej knajpy serwującej kurczaka. Bo na kurczaka mieliśmy akurat ochotę. Z konieczności żywiliśmy się więc daniami wegetariańskimi w hotelowej restauracji, która z powodu braku turystów (niski sezon) była w stanie przygotować tylko kilka dań z menu (brak składników). Oczywiście nie tych, na które mieliśmy akurat największą ochotę.

W ramach oglądania tzw. atrakcji wybraliśmy się do lokalnego pałacu. Wyszliśmy o 9.00 rano, czyli dosyć wcześnie, ale temperatura i tak zdążyła osiągnąć okolice 40-kilku stopni. Leniwie ruszyliśmy w kierunku wejścia do pałacu, które oczywiście musiało być pod górkę. Grzecznie zapłaciliśmy za bilet wstępu i bilet dla aparatu fotograficznego. Bilet dla aparatu fotograficznego??? Oczywiście! W Indiach za wstęp do wielu miejsc płacą nie tylko ludzie, ale też aparaty i kamery. Nie pytajcie dlaczego – taki to indyjski zwyczaj. Albo może sposób na dodatkowy zarobek. Bo wiadomo przecież, że jak ktoś przyjechał do Indii z dalekiego kraju i decyduje się zobaczyć taki np. pałac w Bundi, to chciałby przy okazji zrobić kilka fotek. Więc bilet dla aparatu kupi. Żeby było ciekawiej wstęp dla aparatu kosztuje zazwyczaj więcej niż bilet wstępu dla człowieka (nawet 4x więcej). Przy czym pisząc „dla człowieka” mamy na myśli „ dla zagranicznego turysty”. Bo dla lokalsów stawki są inne. My płacimy 200 rupii, a Indusi płacą 10. Szczytem jest oczywiście Taj Mahal, gdzie my płacimy za wstęp 750 rupii, a lokalsi 37,5 raza mniej, czyli 20 rupii. Nic z tym zrobić się nie da. Taki kraj, takie obyczaje.

Wracając do Bundi. Zaopatrzeni w bilety ruszyliśmy do wejścia. Przy bramie zatrzymał nas pan z kijem. Kijem na małpy. To znaczy do odganiania małp, które szwendają się po pałacu. Małpy bywają agresywne, więc kij ma być formą odstraszacza, a w najbardziej ekstremalnych sytuacjach – bronią. Pan od kija gorliwie namawiał nas do wypożyczenia go od niego za jedyne 10 rupii. Turystów w Bundi jak na lekarstwo, więc biznes kijowy pewnie kuleje. Daliśmy więc kolesiowi zarobić dychę, bo podobała nam się jego inicjatywa biznesowa.

Pałac mocno zapuszczony, ale przyjemny. Spotykamy tylko kilku lokalnych turystów i jedną małpę, więc kij okazuje się nietrafioną inwestycją. Po godzinie szwendania się po pałacu ledwo żywi wracamy do hotelu. Klimatyzowane wnętrze uzależnia. Trudno się z niego wyrwać. Kilka razy zmuszamy się, żeby wyjść i pokręcić się po uliczkach Bundi, ale to niesamowicie wykańcza. Strasznie nas to wkurza – to, że przez upał nie mamy siły na to, żeby więcej uwagi poświęcić na to co się wokół nas dzieje. Więc po dwóch mało udanych dniach w Bundi ruszamy dalej, by spróbować szczęścia gdzie indziej – w Udaipur.

Advertisements

Jedna odpowiedź

  1. Wyrazy podziwu za wytrwałość (bo pewnie oprócz przyjemności związanych z poznawaniem Naszej Cudownej Planety pojawia się wiele trudności). Waszego bloga poznałam jakieś 3 dni temu, ale już wszystko nadrobiłam: przeczytałam od A do Z. Dzięki Wam już wiem dokąd chciałabym pojechać w przyszłości: do Boliwii! (tylko najpierw muszę sobie zarobić no i skończyć studia, bo w maju napisałam dopiero maturę; Boliwia musi na mnie torchę poczekać xD) Pewnie mnóstwo ludzi Wam to już mówiło, a każdy z nich po 100 razy, ale nie mogę się powstrzymać i nie mogę być wyjatkiem: PRZEPIĘKNE ZDJĘCIA!!! xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: