Jedziemy do Udaipur, czyli podróżowanie Indian style

Koleś w guest house’u poradził nam, żeby do Udaipur nie jechać bezpośrednim autobusem, bo ten jedzie tam nawet 9 godzin, tylko żeby pojechać pociągiem do miasta w połowie drogi między Bundi i Udaipur, a dalej autobusem. Koleś wyliczył, że dojazd nie powinien nam w ten sposób zabrać więcej niż 6 godzin – 3h w pociągu i 2,5-3h w autobusie.

Wybraliśmy się więc rano na dworzec kolejowy. Kupiliśmy bilety i zabraliśmy się do czekania na przyjazd pociągu, co miało nastąpić za pół godziny. Indyjskie koleje mogą się poszczycić wieloma rzeczami. Na przykład tym, że są największym pracodawcą na świecie – zatrudniają ponoć prawie 1,5 mln osób. Albo tym, że mają na swoim posiadaniu najdłuższy peron na świecie – 1075.5m w Kharagpur. Nie mogą się natomiast poszczycić punktualnością. Nasz pociąg zaczynał bieg w oddalonym o raptem 37km miasteczku Kota, ale mimo to nie zjawił się punktualnie. Lokalsi chyba przyzwyczajeni to umowności rozkładu jazdy schodzili się na dworzec jeszcze pół godziny po planowanej godzinie odjazdu, kupowali bilety i czekali. W końcu po jakiś 50 minutach kierownik stacji wyszedł ze swojej kanciapy i zadzwonił w wielki dzwonek. Pewnien młody Indus, który od pewnego czasu z nami pogadywał wyjaśnił, że ten tajemniczy sygnał oznacza, że pociąg wyjechał z poprzedniej stacji. Jak daleko jest poprzednia stacja? Czy to Kota? Bo jak tak to jeszcze trochę poczekamy. Chłopak zapewnił nas jednak, że pociąg wjedzie na peron najpóźniej w 10 minut. 15 minut później, kiedy od 5 minut mieliśmy już być w pociągu, dzwon zadzwonił jeszcze raz. Tym razem, wyjaśnił chłopak, to symbol, że pociąg wjedzie na peron w ciągu 2 minut. Biorąc pod uwagę kompletny brak reakcji na bicie dzwona ze strony pasażerów, założyliśmy, że 2 minuty są mało realistyczne. I mieliśmy rację. Pociąg pojawił się dopiero po 10 kolejnych minutach.

Teraz trzeba było do pociągu wsiąść. A to niekoniecznie jest zadaniem prostym. Przynajmniej nie w Indiach. Najlepiej trafić z miejscem na peronie tak, żeby właśnie w tym miejscu trafiło się wejście do pociągu po jego zatrzymaniu. Ponieważ nie jest to jednak pekińskie metro, w którym te miejsca są zaznaczone, trzeba zgadywać. Ci, którzy trafią, zaczynają wchodzić do pociągu jeszcze zanim ten na dobre się zatrzyma. To, że ktoś być może zamierza wysiąść nie ma żadnego znaczenia. Mieliśmy to szczęście znaleźć się blisko drzwi, więc dosyć sprawnie udało nam się wejść. Zajęliśmy pierwsze wolne miejsca przy wejściu. Zanim jeszcze zdążyliśmy usiąść zjawiła się kobieta, która usiłowała przekonać mnie, że miejsce które zajęłam ona wypatrzyła sobie jeszcze z peronu, więc jej się ono należy. Nie dałam się jednak i się nie poddałam.

W końcu ruszyliśmy w drogę. Z 75 minutowym spóźnieniem. Pociąg lokalny, tylko jedna klasa – coś na kształt naszego osobowego. Ludzi pełno, podłoga gęsto pokryta łupinami z orzeszków ziemnych i innej maści śmieciami. W oknach kraty. Szyb brak dzięki czemu da się oddychać w tym upale. Chłopak, który rozmawiał z nami na peronie ulokował się tuż obok Przemka, wyraźnie zainteresowany dalszym męczeniem go pytaniami i szkoleniem swojego angielskiego. Angielski na dosyć niskim poziomie, a chłopak bardzo ciekawy, więc konwersacja była bolesna. Pytań milion. Od standardowych typu skąd jesteś i gdzie pracujesz, po takie jak dlaczego nie masz włosów na głowie (czy to taka europejska moda?), dlaczego masz na palcu w stopie przyklejony plaster, jaka jest twoja ulubiona polska potrawa i dlaczego słowo ‚bigos’ wymawia się akurat tak a nie inaczej (np. bajgos). I tak przez cztery i pół godziny. Bo tyle czasu potrzebował pociąg na przejechanie 134km. Po drodze zatrzymywał się na każdej możliwej stacji, na niektórych stał Bóg wie po co po 15 minut. Ale dojechaliśmy. Teraz trzeba było z pociągu wysiąść, co okazało się sprawą o wiele bardziej skomplikowaną niż wsiadanie. Bo kwestie wsiadania do i wysiadania z środków transportu publicznego w Indiach to kwestia życia i śmierci. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, jak się na to patrzy i bierze w tym udział. Problem nie istnieje w przypadku stacji początkowej, bo tam wszyscy wsiadają, ani końcowej, bo tam wszyscy wysiadają. Stacje pośrednie to jednak prawdziwa walka. Założenie wsiadających jest takie, że do środka pojazdu trzeba dostać się za wszelką cenę jak najszybciej żeby zająć miejsce siedzące, i to bez względu na to jakie przeszkody stoją na drodze. Te przeszkody to najczęściej ludzie, którzy usiłują wysiąść. Tłum prze więc na siebie z dwóch stron, obie grupy równie zdeterminowane i zacięcie walczące o swój cel. Że prawie każdy pasażer podróżuje z jakimś tam bagażem to walka jest jeszcze bardziej zawzięta, a czasem bolesna, bo tobołki, walizki i plecaki trzeba przeciskać między ściśniętymi ciałami. Dodatkowo wszyscy na siebie krzyczą – ci wysiadający, żeby ich przepuścić, ci wsiadający żeby im zrobić miejsce. Gdy próbowaliśmy wysiąść z pociągu pewien facet podróżujący z kilku letnim chłopcem nawrzeszczał na nas, że nie dajemy mu pierwszeństwa, przecież on jest z dzieckiem! To, że my i nasze plecaki całkowicie blokowały wąskie przejście, i że nasze wyjście z pociągu otwarłoby mu drogę do środka, nie miało dla niego żadnego znaczenia. Wsiąść musiał w tym właśnie momencie. Trzeba więc było naprzeć z plecakami na tłum, rozłożyć na bok łokcie i ciągnąć do przodu. Udało się!

Podróż autobusem na dalszej części trasy też obfitowała w ścisk i walkę, ale przynajmniej było punktualnie.

A Udaipur? Fajny, tylko, że woda w jeziorze, które sprawia, że miasteczko jest ponoć takie śliczne, opadła całkowicie. Takie są uroki podróżowania po Radżastanie o tej porze roku.

Advertisements

komentarzy 5

  1. Niesamowite obrazki…

    Zaniepokoiliście mnie nieco, bo wybieram się do Indii na dwa miesiące między lipcem a wrześniem i wiem, że będę musiał korzystać z transportu publicznego.
    No ale jakoś to będzie ;)

    Dzięki za post.

    btw. Świetny blog!

  2. Bardzo ciekawe doświadczenie ;)
    Uwielbiam Wasz blog za takie właśnie notki ;)

  3. Hmm, pociagiem w Indiach jechalam co prawda tylko cztery razy, ale ani razu nie mialam problemu z wsiadamiem lub wysiadaniem z pociagu, ponadto moje pociagi na pewno nie byly opoznione wiecej niz 15 minut. Moze po prostu mielscie pecha (albo ja fuksa).

    Niemniej za najwiekszy plus transprtu pociagiem jest to, ze jedzie on po szynach, a nie po drodze, ktora musi dzielic z rzesza nieobliczalnych kierowcow… Tak wiec majac wybor pomiedzy wybraniem sie gdzies w Indiach autobusem, samochodem lub pociagiem, zawsze bym wybrala pociag (albo samolot, jesli bedzie taka mozliwosc).

  4. jak się nazywało to miasto pomiędzy Bundi i Udajpurem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: