Do Manali przez Tso Moriri

Po niezbyt długich deliberacjach doszliśmy do wniosku, że jednak nie chce nam się iść na treking w Ladakhu. Grzech to być może straszny, ale nic na siłę. Robienie rzeczy wbrew sobie nigdy nam dobrze nie robiło, więc i tym razem odpuściliśmy sobie. W zamian wybraliśmy się nad jezioro Tso Moriri, 230km na południowy wschód od Leh, całkiem niedaleko granicy ze stanem Himachala Pradesh. Szukając ludzi, z którymi moglibyśmy pojechać nad jezioro i przy okazji podzielić koszt wynajmu samochodu, trafiliśmy na rodzinę z San Francisco, która prosto znad jeziora chciała pojechać do Manali. Było nam w zasadzie na rękę, żeby już nie wracać do Leh, bo – nie licząc trekingu – zobaczyliśmy w Ladakh już wszystko co chcieliśmy.

Czekały nas trzy dni, w czasie których mieliśmy sporo czasu spędzić w samochodzie. Pech chciał, że pierwszego dnia żołądki dzieciaków (9 i 12 lat) najnormalniej w świecie się rozstroiły. Całe szczęście w obu przypadkach zdążyliśmy zatrzymać samochód i ewakuować młodzież zanim opróżniła ona swoje żołądki z ich zawartości. Drugi pech polegał na marnej pogodzie. Gdyby tylko było pochmurnie! Poza chmurami trafił się najpierw deszcz, a potem najprawdziwszy śnieg. Śnieg w środku lata. Ok, ok, jezioro jest na 4500m npm, więc pogodowo wszystko może się tam zdarzyć, tylko czemu akurat wtedy, kiedy my się tam wybieramy?

Karzok, wiocha nad jeziorem, okazała się ladakhijską dziurą z prawdziwego zdarzenia, i mimo że oferowała bardzo kiepskie możliwości zakwaterowania, to bardzo nam się podobała. Bardzo autentyczni i mili ludzie, tylko dlaczego tak koszmarnie zimno?

Dzień drugi. Mieliśmy w planie dojechać tak daleko jak się da, najlepiej aż do Keylong, 120km przed Manali. To oznaczało jakieś 11h w samochodzie. Z przerwami oczywiście. Pierwszą z nich zrobiliśmy sobie przy obozie nomadów, niedaleko jeziora. Fascynujące miejsce. Zobaczyliśmy strzyżenie owiec, wyczesywanie kozy (na paszminę), zaproszono nas do jednego z namiotów, który w środku okazał się niezwykle przytulny, a lokalne dzieciaki zatańczyły dla nas w rytm ladakhijskiego przeboju.

Dalej było niewielkie słone jezioro Tso Kar. Okolica księżycowa, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niestety znów pochmurnie. Kawałek za Tso Kar dojechaliśmy do słynnej drogi łączącej Leh i Manali. Z powodu jakiś zawiłych przepisów dotyczących samochodowych pozwoleń na przejazd do innego stanu, musieliśmy w tym miejscu zmienić samochód. Koleś z agencji, która zorganizowała nam samochód i kierowcę, już czekał na nas z nowym wozem. Niestety niespodzianka. Do bagażnika załadowany został nieszczelny kanister z benzyną. Że kanister nieszczelny to w czasie drogi z Leh spora część benzyny się rozlała, co – jak można się domyśleć – dosyć poważnie wpłynęło na aromat unoszący się w powietrzu w środku samochodu. Fakt, że znajdowaliśmy się 5 godzin jazdy od Leh nie pomagał. Opcja powrotu do miasta i zamiany samochodu nie wchodziła w grę. Ruszyliśmy więc w kierunku Keylong drogę, która okazała się być najgorszą drogę jaką było nam w życiu jechać. Kręta, stroma, wąska, dziurawa, zapylona i dodatkowo pełna wolnych ciężarówek. Odurzenie benzyną na tyle jednak otępiło nasz zmysły, że drogę przetrwaliśmy w miarę dobrze. Jednak otępienie otępieniem, więc zdjęć z trasy mało. A szkoda, bo była piękna.

Dzień trzeci miał być króki i przyjemny. Jedyne 120km do Manali, na trasie jedna przełęcz, więc zapowiadało się jakieś 5h jazdy. Do przełęczy jechało się ok, a potem najnormalniej w świecie opadły nam szczęki. To co zobaczyliśmy jest trudno oddać w słowach i w zdjęciach, ale spróbujemy. Oczom naszym ukazał się następujący widok: przełęcz pokryta gdzieniegdzie resztkami śniegu, a na tych resztach setki Indusów na nartach i sankach. Wyciągu brak, więc zawodnicy wwożeni są na niewielkie pagórki na koniach tudzież na jakach. Wszyscy w kombinezonach narciarskich, których świetność przypadała na późne lata 80-te. Z kolorów dominował róż, turkus i fiolet. W kierunku przełęczy od strony Manali sznur samochodów z nową dostawą żądnych śniegu i narciarstwa Indusów, którzy prawdopodobnie owego śniegu i narciarstwa mają doświadczyć po raz pierwszy w życiu. Ci, którzy już dotarli na miejsce wyraźnie podekscytowani. Nie mogliśmy się napatrzeć na tą przedziwną scenę, ale że wystrojeni w kombinezony indyjscy turyści pozastawiali samochodami drogę w obu kierunkach, nie można było przystanąć nawet na chwilę, żeby się bliżej przypatrzyć. Pojechaliśmy więc dalej w kierunku Manali, gdzie w końcu poznaliśmy tajemnicę pochodzenia owych dosyć podstarzałych kombinezonów narciarskich – na dobre 20km przed miastem zaczęły wyrastać dziesiątki wypożyczalni sprzętu we wszystkich kolorach tęczy, z datą produkcji z pewnością z poprzedniego millenium.

Więc jeśli ktoś wybiera się do Manali i widzi w lokalnym biurze podróży ofertę jednodniowej wycieczki narciarskiej, to niech będzie ostrzeżony.

IMG_0152

IMG_0150

IMG_0126

IMG_0139

Advertisements

komentarze 2

  1. super fotki

  2. Niesamowite są wasze zdjęcia i co najważniejsze bez photoshopa, tego brakuje w czasopismach podróżniczych wszystkie widoki są sztuczne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: