O tym jak podróż nauczyła nas cierpliwości, a Haridwar chwilowo nas jej pozbawił

Wiecie jak się to mówi, że podróże kształcą. Że niby tyle można się nauczyć jeżdżąc po świecie. Ludzie piszą na swoich blogach, że nauczyli się zarządzania budżetem, organizacji, odpowiedzialności i innych bajerów w tym klimacie. Coś w tym jest, ale dużo zależy chyba od tego jaką się miało pozycję wyjściową. W sensie, ile się umiało przed wyjazdem. Nie że jacyś z nas geniusze, ale my te rzeczy umieliśmy już wcześniej. Więc nigdy nie fantazjowaliśmy, że po powrocie będziemy mogli sobie zapełnić CV nowymi umiejętnościami. Ale czegoś jednak nas ta podróż nauczyła.

Dwie rzeczy przychodzą nam do głowy. Pierwsza to język hiszpański. Nasz hiszpański daleki jest od perfekcji, ale w Ameryce Południowej nauczyliśmy się go na tyle, żeby swobodnie podróżować i rozmawiać na różne tematy. Umiejętność jak najbardziej przydatna, tym bardziej, że marzy nam się pomieszkać w Hiszpanii, a do Ameryki Południowej na pewno jeszcze wrócimy, bo bez dwóch zdań kontynent ten daje rade. I to bardzo.

Druga rzecz to cierpliwość. I chodzi nam o taką zwykłą, codzienną cierpliwość – czekanie na spóźniony pociąg, przepychający się ludzie, koszmarne korki, milion osób przed jedynym bankomatem we wsi itp. itd. Tak się składa, że na co dzien żyjemy w świecie, w którym lubimy, gdy wszystko dzieje się od razu, bez czekania i według zasad przestrzeganych przez większość. No i rusza człowiek w podróży po Azji i Ameryce Południowej i okazuje się, że większość świata funcjonuje ciut inaczej. Szybko jednak potrafiliśmy się dostosować do nowej rzeczywistości. Z miesiąca na miesiąc byliśmy bardziej wyluzowani. Mało co potrafiło wyprowadzić nas z równowagi – 30 osób przed bankomatem w Argentynie (co zdarzało się bardzo często), zepsuty autobus w Boliwii i 4h czekania na mechanika z wiochy oddalonej o raptem 15km, łódź w Kambodży, w którą władowano tylu ludzi, że woda prawie wlewała się do środka, próby przejścia przez ulicę w Sajgonie. Setki takich sytuacji. Naprawdę dawaliśmy radę w temacie cierpliwości. Aż do momentu przyjazdu do Haridwar.

Ale zanim o Haridwar to najpierw kilka słów o Indiach, w ramach wprowadzenia. Info dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji do Indii dotrzeć – jeśli planujecie przyjechać do Indii, bo widzieliście na kablówce reklamę Incredible India to chcieliśmy Was uprzedzić, że jak w przypadku każdej zresztą reklamy, rzeczywistość jest trochę inna. Bo zarówno reklama Incredible India, jak i zdjęciach z tego wielkiego kraju (nasze też) nie pokazują pełnej prawdy. Nie widać na nich, że na co drugim skrzyżowaniu i przy prawie każdym murz śmierdzi sikami. Nie widać też panów (a czasem i pań), którzy reguralnie dbają o utrwalanie owej woni. Nie widać wielkich kup na każdym kroku. Nie widać krów, które owe kupy walą, po tym jak nażarły się kartonów, plakatów z murów tudzież plastikowych reklamówek z resztkami jedzenie. Nie widać nieopisanych ilości śmieci w miastach, które niby każdego ranka są wywożone, ale miliardowi Indusów nie potrzeba wiele czasu, żeby dostarczyć nowej porcji odpadków. Nie widać nieopisanego chaosu na ulicach. Nie słychać miliona klaksonów, których dźwięk nigdy nie ucicha. Indusi trąbią z zapałem jakiego jeszcze nigdy nie spotkaliśmy. Nie widać tłumu, który za żadne skarby nie jest w stanie uformować kolejki. Nie widać jeszcze wielu innych rzeczy.

Ok, tylko prosimy bez krzyku i bez oskarżeń pod tytułem „pojechały buraki do Indii i narzekają”. Informujemy tylko o różnicach pomiędzy rzeczywistością, a tym co widać na zdjęciach i w telewizji. Przyjeżdżając do Indii przyjęliśmy do wiadomości, że tak tutaj po prostu jest i nie mieliśmy w planach przeprowadzania w Indiach rewolucji. I szło nam w sumie całkiem dobrze. Dotychczasowy, wielomiesięczny trening podróżniczy w kategorii „cierpliwość” przyniósł efekty. Aż do momentu przyjazdu do Haridwar.

W zasadzie winę ponosi Ladakh. Bo Ladakh jest tak inny od reszty Indii, że na dobrą sprawę jest jak osobny kraj. Nie chodzi tylko o różnice kulturowe. Ladakh jest czysty i pusty. Dlatego spędzony tam czas wyostrza zmysły. Z Ladakhu jednak trzeba nam było wrócić do tych drugich Indii. Tych indyjskich Indii. W Manali zaszyliśmy się na kilka dni w pokoju, więc tysiące mega głośnych induskich turystów nam nie przeszkadzało. Potem był Chandighar. Ale to nie jest typowe indyjskie miasto, więc jeden dzień minął nam tam spokojnie. Za to z Chandighar pojechaliśmy do Haridwar. I tam trafił nas szlag.

Haridwar to jedno z siedmiu świętych miejsc dla Hinsusów. Niedaleko stąd ma źródło Ganges. Spodziewaliśmy się więc czegoś w klimacie Varanasi (które strasznie nam się podobało). A tu dupa. Nie dosłownie, ale mimo wszystko dupa. W sumie nie wiemy czy mamy rację obwiniając Haridwar. Może po prostu dopadło nas w końcu zmęczenie po 18 miesiącach na walizkach? Trudno powiedzieć. W każdym razie Haridwar zaszedł nam za skórę. Najpierw był wstrętny dworzec autobusowy, który po niedawnym deszczu zamienił się w bagno, więc nie łatwo było się z niego wydostać. Potem każdy z tryliona mijających nasz riksiarzy za wszelką cenę chciał nas przewieźć. Następnie okazało się, że odległość do centrum, która według mapy miała wynieść 600m była jakieś dwa razy dłuższa, co nie jest bez znaczenia, gdy temperatura wynosi 45 stopni, a na plecach ma się cały swój dobytek. Następna w kolejności była główna ulica, która według naszego przewodnika miała być „zaskakująco czysta”, a w rzeczywistości była zasyfiona i śmierdziała na wielu odcinkach sikami oraz – dla odmiany- końską kupą. Gdy już znaleźliśmy hostel to okazało się, że jedyna restauracja, w której można było zjeść bez ryzykowania weekendu w kiblu, a przy okazji w której nie trzeba było płacić haraczów w postaci jakiś podejrzanych dodatkowych podatków, znajduje się kilometr dalej. Niby niewiele, ale przypominamy o woniach na głównej ulicy. Posileni udaliśmy się do jedynej we wsi kafejki internetowej, w której powiedziano nam, że nie możemy korzystać z internetu, bo jesteśmy obcokrajowcami (??????). Gdy w końcu udało przekonać nam się właścicielkę (która z pewnością nigdy nie słyszała o czymś takim jak customer service), żebyśmy jednak mogli skorzystać, to próbowała nas owa paniusia skasować za 10 minut na kompie jak za pełną godzinę. Wybraliśmy się również na dworzec kolejowy, w celu zakupu biletów na pociąg do Delhi. Stanęliśmy w kolejce. Przed nami było jakieś osiem innych osób. To, że zanim kupiliśmy bilet minęła godzina, zupełnie nie zrobiło na nas wrażenia. Wrażenie zrobiła na nas za to zawziętość z jaką Indusi próbowali wcisnąć się nam do kolejki. Przemek przybrał groźną minę i stanowczym głosem odsyłał niecierpliwych na koniec. Chyba tylko dzięki naszej upartości kombinatorzy musieli iść się wciskać do innych kolejek. Gdy w końcu wybrałam się nad Ganges, żeby pooglądać co też w trawie piszczy, to okazało się, że bardzo niewiele. Poza armią sadu’s, którzy z przyjemnością pozowali by do fotek, pod warunkiem oczywiście, że w zamian dostali by co najmniej 10 rupii. Bo za mniej sadu nie opłaca się ruszać tyłka.

Nie wiemy jak te powyższe opisy brzmią dla stron trzecich, ale faktem jest, że trzy dni w Haridwar były beznadziejne, i że cała cierpliwość, którą tyle praktykowaliśmy kompletnie z nas wyparowała.

Advertisements

komentarze 4

  1. Trzymajcie się!!
    Doskonale wam rozumiem, podróze kształcą, uczą itp frazesy, ale Indie to Indie :)
    Mi też strasznie działaja na nerwy, jakos nie moge sie przemóc to tamtejszego syfu, smrodu, a nade wszystko do tamtejszego wypitego z mlekiem matki systemu kastowego który wychodzi z hindusów na każdym kroku: to traktowanie jak powietrze kogos nizszego od siebie, do nadużywania władzy przez urzędników, policjantów,konduktorów – kazdego kto mysi o sobie ze stoi „wyżej”.
    Że o wrodzonych umiejentnosciach do kantowania nie wspomne :)
    NO wiec ja tez tak jak wy: nie to ze nie lubie HIndusów. Po prostu nie lubię typu ludxzi opisanego powyzej, a tak sie składa ze sporo ich mieszka w Indiach :)
    pozdrawiam i zycze by kryzys szybko przeszedł (to i tak na pewno przez upał :)
    pozdr!!
    A.

  2. No, ale jak ci pisalem, ze nie wytrzymasz w Indiach od smrodu i qrvicy hinduskiej, zwlaszcza po podrozy po innych pieknych krajach, to twierdzilas, ze juz tam bylas i „doskonale” wiesz jak tam jest i sobie poradzisz! hahaha!
    a pomysl ze widzials raptem 1/4 Indii – tych „czystych” i spokojnych w Himalajach i Rajasthanie ;)-
    Odradzam Bombaj, Kalkute albo srodek Indii – mnie doprowadzily do szalu!

  3. Zaczne z innej beczki (choc informacje z Indii sa wazne, bo za 3 miesiace tam wyladuje). Ja o zdjeciach bo taki jestem monotematyczny w tej kwestii a warto pochwalic Magde bo zdjecia z miejsca na miejsce sa coraz lepsze, swietna glebia, ostrosc tam gdzie trzeba, kadry przemyslane – gratulacje, progress na 1000%! Z przyjemnoscia sie to wszystko (z tekstem) komponuje. Pozdrawiam i do zobaczenia w Sz-nie, gdzie czekam na dobre rady dot. Indii :)

  4. A ja kocham Indie :))) Może dlatego, że zanim tam pojechałam, to przeczytałam różne relacje, więc nie czułam żadnego rozczarowania. Wręcz przeciwnie, na miejscu okazało się lepiej niż w niejednej relacji… zaskoczenie było wiec nawet pozytywne. No i może dlatego, że wylądowaliśmy w Bombaju, gdzie pierwsza zobaczona w Indiach dzielnica – Colaba, jest jednak inna niż Paharganj i w ogóle Bombaj jest dosc kosmopolityczny. No i na południu, gdzie byliśmy przez pierwszy miesiąc, Hindusi są jakby inni, bardziej przyjaźni i bezinteresowni, nie ma się wrażenia, że chcą Cię naciągnąć na każdym kroku. Poza tym nasza podróż to 2 miesiące po samych Indiach i nic więcej, więc mieliśmy inny punkt odniesienia.
    W każdym razie polubiliśmy Indie na tyle, że wracamy tam jeszcze raz, tym razem bardziej na północ :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: