Kambodża – informacje praktyczne

Wiza

Wiza jest dostępna w ambasadach, na lotniskach i na przejściach lądowych. Potrzebne są dwa kolorowe zdjęcia. Koszt wizy na pobyt do trzech miesięcy to $20. My załatwialiśmy wizę w ambasadzie w Vietniane, odbiór był tego samego dnia.

Transport

Zasadniczo funkcjonuje bardzo sprawnie. Jeśli chodzi o autobusy to istnieją trzy czy cztery ogólnokrajowe firmy przewozowe. W Phnom Penh każda ma swój własny dworzec autobusowy. Bilety można kupić na dworcu lub przez hotel. Hotele czasem kasują $1 więcej, ale cena zawiera transfer na dworzec, więc i tak się opłaca, bo odpada koszt dojazdu na dworzec. Autobusy są nie najgorsze, wszystkie z klimatyzacją.

Istnieją też firmy, które przewożą tylko turystów, ale u nich płaci się jakieś 2 razy więcej niż w zwykłym autobusie. Serwis jest co prawda lepszy (toaleta na pokładzie, przekąski itp), ale biorąc pod uwagę, że większość tras w Kambodży nie jest dłuższa niż 6-7h to da się wytrzymać bez takich luksusów.

Trzy popularne trasy rzeczne to Phnom Penh – Siem Reap, Phnom Penh – Cau Doc (Wietnam), Siem Reap – Battambang. O ceny biletów warto popytać w kilku różnych agencjach, bo mogą się sporo różnić.

Phnom Penh – Sieam Reap autokarem – $5
Phnom Penh – Sieam Reap łodzią – około $25
Sieam Reap – Battambang autobusem – $4
Sieam Reap – Battambang łodzią – $18
Phnom Penh – Kampot autobusem – $6
Phnom Penh – Chau Doc łodzią – około $21
Phnom Penh – Ho Chi Minh City autobusem – około $13

Pieniądze i ceny

W obiegu są dwie waluty – amerykański dolar oraz lokalny riel. Za wszystko można płacić każdą z tych walut, stosowane są całkowicie zamiennie. Często resztę dostaje się trochę w $, a trochę w rielach. Dla ułatwienia rozliczeń zakłada się, że $1 to 4000 rieli. Jednak wymieniając $ w kantorze można dostać za niego około 4120 rieli.

Bankomatów jest całkiem sporo w Sieam Reap i Phnom Penh.

Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły $42 (na dwie osoby).

Przykładowe ceny:
$1 – bagietka z pasztetem, szynką i warzywami
$1 – 1kg prania
$1 – obiad na straganie
$2-3 – obiad w restauracji
$0.75 – piwo Angkor
$0.75 – woda 1.5l
700 riel – woda 0.8l (nie wszędzie dostępna)
1500 do 4000 riel – internet w zależności od miejsca

Phnom Penh

Tu wypróbowaliśmy kilka różnych hoteli. Zdecydowanie najtaniej jest przy jeziorze, ale według nas nieciekawie. W okolicy dosyć intensywnie śmierdzi, bo tutejsze hotele odprowadzają ścieki wprost do jeziora. Klaustrofobicznie mała dwójka z łazienką i wiatrakiem od $5. Z klimą za $10. Hotelików o podobnym standardzie kilkanaście, jeden obok drugiego.
Dużo ciekawiej choć ciut drożej jest w okolicach rzeki. Tu a $12,5 można mieć bardzo duży pokój z klimą, lodówką, kablówką, ciepłą wodą i wifi (Royal Highness Hotel). Do tego dobra lokalizacja, blisko Pałacu, kupa przyjemnych restauracji.
Jeszcze inna opcja to guesthousy w okolicach Russian Market. Tam polecamy Spring Guesthouse. Dwójka z łazienką, wiatrakiem, kablówką i lodówką za $8. Pokój z klimą za $10.
Wynajęcie tuk-tuka na całodniową wycieczkę po Phnom Penh i okolicy – $10-15 w zależności od tego ile miejsc się odwiedza.
Wstępy:
Pałac – $6 (nie można wejść w spodniach/spódnicy przed kolana i z odkrytymi ramionami)
Genocide Museum – $2
Killing Fields – $2

Sieam Reap
Spaliśmy w Sieam Reap River View hotel. Dwójka z klimą, ciepłą wodą, lodówką, kablówką, wifi za $12. Są w Siem Reap tańsze miejsca, ale nie chciało nam się łazić z plecakami.
Około 17.00 w centrum rozkłada się kilkadziesiąt ulicznych restauracji, gdzie można zjeść za $1.
Bilet do Angkoru kosztuje $20 na dzień, $40 na trzy dni i $60 na tydzień. Bilet jest ważny od 5.30 rano, więc można wieczorem dzień przed rozpoczęciem zwiedzania na darmo, bez biletu, zobaczyć zachód słońca.
Tuk-tuk do którego zmieszczą się cztery osoby na cały dzień zwiedzania kosztuje jakieś $10-12 (w zależności od umiejętności negocjyjnych). Na trzy dni można mieć tuk-tuk za jakieś $25.

Battambang
Bilet na łódź do kupienia w każdej agencji turystycznej w Sieam Reap, ale warto najpierw popytać w kilku miejscach. Podawano nam ceny od $18 do $25 za tą samą łódź. Łódź odpływa o 7 rano. Cena biletu zawiera transport z hotelu do przystani. Podróż trwa od 6 do 8 godzin w zależności od poziomu wody.
Royal Guesthouse – ogromny, bardzo dużo różnych pokoi. Ceny od $5 za dwójkę.
Wynajęcie motoru z kierowcą-przewodnikiem na cały dzień – $8
Bambusowy pociąg – $8 (zmieszczą się dwa motory i jakieś 6-8 osób)

Kampot & Kep
River View Hotel – przy samej rzece, niedaleko nowego mostu. Dwójki za $6 i $8.
Wynajęcie motoru na mieście cały dzień – $5 (w hotelu drożej)
1kg krewetek na targu w Kep – około $4
1 kg krabów – około $5
ugotowanie tego wszystkiego – około 2000 kip
Przejście graniczne z Wietnamem jest 50km od Kampot. Tuk tuk kosztuje akieś $13. Można też pojechać motorem za $5.

Reklamy

Kampot & Kep

Najświeższe w życiu owoce morza jedliśmy w Kambodży na targowisku w Kep. No bo nie da się chyba bardziej świeżo niż kraby i krewetki dopiero co wyciągnięte z wody i jeszcze całkiem żywe. Wszystko jest dobrze pomyślane na targowisku – zakupione kraby i krewetki od razu trafiają do wielkiego gara z wrzątkiem, gdzie powolutku się gotują. A potem siada się na ławeczce nad brzegiem morza i zjada te pyszności. Żyć nie umierać.

Kep, around Crab Market

Kep, Crab Market

Kep odwiedziliśmy przy okazji pobytu w Kampot, niewielkiej miejscowości na południu kraju, kiedyś miasta-resortu, dziś dosyć mocno podupadniętego. Wzięliśmy motor i objechaliśmy okolice. Po raz kolejny okazało się, że kambodżańska prowincja to atrakcja numer 1 w tym kraju. Więc jeśli wybierasz się do Kambodży to nie ograniczaj się do Angkoru. Kambodża ma dużo więcej do zaoferowania.

Kampot

Kampot

Kampot

Battambang

Mamy nowego lidera na liście najbardziej niewygodnych podróży. To podróż łodzią z Sieam Reap do Battambang. Łódź, na którą nas wsadzono zupełnie nie przypominała tej, która widniała na plakatach w wielu agencjach turystycznych w Sieam Reap. Do tego łódź była dosyć mocno przeładowana, więc przez osiem godzin (miało ich być sześć) siedzieliśmy wszyscy praktycznie nieruchomo na niziutkich i bardzo wąskich ławeczkach. Kilku szczęśliwców załapało się na kamizelki ratunkowe, które po podłożeniu ich pod tyłek minimalnie poprawiały komfort podróży. Reszta męczyła swoje cztery litery na twardych siedzeniach.
Całe szczęście trasa była bardzo malownicza – pływające wioski na jeziorze i przy rzece, wąskie kanały, a wokół niesamowita zieleń. To oczywiście nie zmienia faktu, że do Battambang przyjechaliśmy wykończeni i dosyć zdrętwiali.

Urok Kambodży to według nas przede wszystkim prowincja i okolice Battambang są na to świetnym dowodem. Początkowo planowaliśmy wynająć motor i samodzielnie pojeździć po okolicy, ale w końcu zdecydowaliśmy się na dwa motory z kierowcami-przewodnikami. I to był strzał w dziesiątkę. Obwieźli nas wąskimi drogami po różnych wioskach, do których sami za żadne skarby byśmy nie trafili. Pokazali nam zabytki z czasów przedangkorskich. Opowiedzieli nam bardzo dużo o Kambodży, jej mieszkańcach, historii, polityce i nadużyciach rządzących. Włos się jeży na głównie. Jeden z naszych przewodników to magister geologii, płynnie mówiący po angielsku i rosyjsku. Z dwójką dorastających dzieci i żoną chorą na raka piersi, jest jedynym żywicielem rodziny. Oczywiście pracy dla geologa nie ma, więc pieniądze zarabia wożąc turystów…

In Battambang

In Battambang

In Battambang

Kulminacyjnym punktem programu – i przy okazji hitem pobytu w Battambang – była przejażdżka bambusowym pociągiem. To wymyślony przez lokalsów środek transportu, służący głównie do przewozu towarów. Bambusowy pociąg to dwie osie, cztery koła i drewniano-bambusowa platforma. Bambusowa, bo pociąg musi być lekki. Mając tylko jeden tor i „pociągi” jeżdżące w dwóch kierunkach trzeba często ściągać je z torów, tak aby mogły się minąć. Takie spotkania dwóch bambusowych pociągów jadących w przeciwnych kierunkach powodują podobno często dosyć mocne spięcia – platformy są zazwyczaj bardzo załadowane i nikt nie chce, żeby to jego pociąg trzeba było demontować.
Super jazda!

Bamboo train, Battambang

Angkor

Może tylko mi się wydaje, ale mam wrażenie, że świątynie Angkor – przynajmniej niektóre – starzeją się w przyspieszonym tempie. Sześć lat temu, gdy byłam tu pierwszy raz, wszystko wyglądało jakoś inaczej. Nie było tych wszystkich rusztowań i zawalonych ścian i budynków. Ta Prohm, zwana także Jungle Temple, tworząca jakby jedną całość z ogromnymi drzewami, jest w strasznym stanie. Poza stertami kamieni niewiele z niej zostało. Prowadzone są prace konserwatorskie, ale trudno nie odnieść wrażenia, że trochę za późno je rozpoczęto. Przepięknego Bayonu też jakby mniej niż 6 lat temu, ale to nadal najbardziej imponująca – według mnie – świątynia kompleksu. Nawet wieże nieśmiertelnego Angkor Wat obstawione rusztowaniami, a wejście na nie zamknięte – będąc tu poprzednim razem spokojnie można było na nie wejść.

Szkoda. Bo Angkor jest piękny. Ale co zrobić skoro tylko 1o% pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży biletów przeznaczanych jest na konserwację. Co się dzieje z resztą? Resztą dzieli się ministerstwo finansów i firma-administrator kompleksu.

Więc jeśli jeszcze nie widzieliście świątyń Angkoru jeździe je zobaczyć jak najszybciej. Kto wie jak długo jeszcze postoją…

Bayon

Bayon

Neak Pean

Ta Prohm

Lekcja historii, Phnom Penh

Lekcja historii

Killing Fields, near Phnom Penh

Genocide Museum, PHnom Penh

Genocide Museum, PHnom Penh

Genocide Museum, PHnom Penh

Na granicy (absurdu)

Granicę z Laosu do Kambodży przekraczaliśmy na małym przejściu Veun Kham/ Dom Kralor. Przejście jest w lesie, infrastruktura ogranicza się do dwóch szlabanów i niewielkim budynku po każdej stronie. Ustawiliśmy się najpierw w kolejce, żeby dostać pieczątkę wyjazdową z Laosu. Każda osoba przed nami była proszona o $1, nie wiadomo oczywiście za co. W końcu przyszła nasza kolej. Pan w okienku wbił nam w paszporty pieczątki i poprosił o $1 za osobę. Pytamy za co. On, że za nadgodziny. Jakie nadgodziny?? Jest dopiero 10.00 rano, granica otwarta od 8.00, więc argument nadgodzin jest absurdalny. Pytamy więc czy da nam potwierdzenie zapłaty. On na to, że się skończyły. My na to w śmiech. Pan w okienku po chwili macha nam przed nosem jakimś potwierdzeniem zapłaty, ale ono jest za przejechanie mostu na przejściu między Vietniane a Tajlandią. Mówimy, że jak nie ma potwierdzenia zapłaty to my nie dajemy kasy. On mówi, że nie odda nam w takim razie paszportów. Więc my na to, że możemy zapłacić i czy akceptują karty kredytowe lub czeki podróżne. Pan w okienku traci cierpliwość. Przez chwile jeszcze grzebie w naszych paszportach, po czym oddaje je nam nie pytając już więcej o $1. Przechodzimy kilkaset metrów do kambodżańskich urzędników.  Wizę załatwiliśmy wcześniej w Vientiane. Panowie oglądają nasze paszporty przez kilka minut po czym oddają  je nam, mówiąc, że mamy się wrócić do Laosu po pieczątkę wyjazdową. My na to, że pieczątka przecież jest w paszporcie. Okazuje się, że pieczątka jest, ale co z tego skoro na niej widnieje wielki napis CANCELED. Wkurzeni na maksa wracamy do Laosu, płacimy po $1 i w końcu dostajemy pieczątkę. Znów idziemy do Kambodży, tam pieczątka wjazdowa ląduje w paszporcie szybciutko, ale zaraz zaraz, nie tak szybko, one dollar sir, one dollar madam, zanim wam oddamy paszporty. Oczywiście nie ma potwierdzeń zapłaty.

Kiedy już nam się wydaje, że w końcu jesteśmy w Kambodży, pojawia się kolejny człowieczek, który każe nam wypełnić jakieś kwestionariusze z pytaniami o choroby itp. Wypełniamy i je oddajemy, a człowieczek każe pokazać książeczki szczepień. Straszny bezsens, bo posiadanie książeczki szczepień nie jest wymogiem wjazdu do Kambodży. Przemek ma swoją książeczkę w plecaku podręcznym, więc pokazuje ją kolesiowi, który nawet do niej nie zagląda. Moja książeczka jest gdzieś w dużym plecaku, nie ma szans, żebym ją teraz znalazła. Nie ma problemu. One dollar załatwia sprawę. Książeczka nagle staje się niepotrzebna.

Niby wiadomo, że w Azji trzeba być gotowym na tego typu sytuacje, ale kiedy się w końcu człowiek z nimi spotyka to szlag trafia. Przez tą granicę codziennie przewija się kilkaset osób. Każdy zostawia po każdej stronie po $1, a ta kasa trafia oczywiście do kieszeni pracujących tam urzędasów. I nic z tym nie można zrobić.