Peru – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Walutą w Peru jest sol. $1 to w przybliżeniu 3 sole. Bankomaty są powszechne i większość akceptuje wszystkie popularne karty. Zazwyczaj limit wypłaty w jednej transakcji to 400 lub 700 soli. Raz czy dwa udało nam się trafić na bankomat wypłacający jednorazowo 1500 soli. Banki obsługujące bankomaty pobierają opłatę od wypłat, zazwyczaj około 4-7 soli.
W obiegu jest dużo fałszywych banknotów.
Nie ma problemu z wymianą dolarów i euro.

Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły 170soli, czyli około $56. To oczywiście kwota, którą wydawaliśmy we dwójkę (czyli po $28 na głowę).

Ceny wybranych produktów:
– woda 2.5litra – 2-3s
– piwo duże – 3.5-4s
– bułka sucha – 0.2s
– 1kg mango – 2.4s
– paczka pasztetu – 1.5s
– zestaw obiadowy – 4-6s
– dania z karty – 6-8s w taniej restauracji
– obiad u chińczyka – około 6s (ogromne porcje)
– internet – 1-2s za godzinę
– znaczek na pocztówkę do Polski – 5.5s
– pranie – 3-4s za 1kg

Bezpieczeństwo

W naszym odczuciu Peru jest bezpiecznym krajem. Ani razu nie czuliśmy się zagrożeni, nikt nie chciał nas okraść ani zrobić nam krzywdy. Ludzie są sympatyczni i pomocni.
Na pewno trzeba uważać na bagaż podręczny w autobusach. Lepiej nie kłaść go na półce nas siedzeniem, ani na ziemi pod siedzeniem, bo można co nieco stracić. W niektórych autobusach wisiały ostrzeżenia przed złodziejami, więc problem z pewnością istnieje.

Transport

Korzystaliśmy tylko z transportu autobusowego. Działa on całkiem sprawnie. Jest kilka firm ogólnokrajowych i setki regionalnych. W części miast istnieją dworce autobusowe, z których odjeżdżają wszyscy przewoźnicy. Na takich terminalach pobierana jest opłata przy wyjeździe w wysokości 1-1.5 sola.
W innych miastach (np. Lima, Nazca, Ica) nie ma dworców autobusowych, a każda firma przewozowa ma swój własny mini-terminal. Zazwyczaj większość przewoźników ma swoje terminale na tej samej ulicy lub w bliskim sąsiedztwie.
Na każdej trasie jeżdżą autobusy o różnym standardzie, a co za tym idzie o różniej cenie. Na długich trasach jeżdżą autobusy semi-cama i cama (mocno rozkładane siedzenia z podnóżkami).
Nie ma się co obawiać nocnych autobusów. Większość autobusów jedzie non-stop, nie zabiera po drodze dodatkowych pasażerów, więc nie ma ryzyka, że na pokład dostanie się ktoś niepowołany.
Większość firm daje pasażerom bilet na bagaż wkładany do luków, i bagażu nie odda póki nie przedstawi się biletu (druga część biletu jest przypinana do bagażu).
Firmy transportowe za darmo przechowują bagaż na dworcach.

Na krótkich trasach, np. pomiędzy sąsiednimi miejscowościami, jeżdżą tzw.colletivos, czyli minibusy lub samochody osobę, które odjeżdżają, gdy są pełne.

Cordilliera Blanca

Większość osób traktuje Huaraz jako bazę wypadową w góry. My jednak zatrzymaliśmy się w miejscowości Caraz, godzinę jazdy za Huaraz, a przy okazji godzinę jazdy bliżej startu treku Santa Cruz.
Zatrzymaliśmy się w Hostal La Casona niedaleko Plaza de Armas. Dwójka z łazienką, ciepłą wodą i tv kosztowała 25 soli.
Treking Santa Cruz standardowo robi się w 4 dni i można go zrobić z agencją lub samemu. Z agencją kosztuje to około $70 za osobę. W tym jest transport, jedzenie, osły, które wszystko niosą, sprzęt typu namiot itp., przewodnik. Dodatkowo trzeba zapłacić 63sole za wstęp do parku narodowego.
My zrobiliśmy trek sami. Sprzęt wypożyczyliśmy w agencji w Caraz (Pony’s Expeditions, bardzo pomocni). Ceny wynajmu były następujące:
– namiot – $4/dzień
– śpiwór – $3.5/dzień
– karimata – $1/dzień
– palnik – $1.5 dzień
Trasa treku zaczyna się we wiosce Cashapampa, 1h jazdy z Caraz. Dojechać można collectivo za 7 soli. Trek kończy się w Vaqueria. Tam można złapać autobus za 12 soli do Yungay (3h), a tam przesiąść się na collectivo do Caraz lub Huaraz.
Z Caraz do Limy autobus jedzie około 10h. Jest kilka firm przewozowych, autobusy wyjeżdżają o 7.30 oraz o 20.30. Cena to 35soli.

Lima

Zatrzymaliśmy się na starówce w Hostal Espana. Dwójka, łazienka na korytarzu za 40 soli. Wi-fi za darmo. Warto wcześniej zarezerwować, bo hostel bywa pełny. Lokalizacja jest świetna, bo w samym centrum.
W weekendy spod kościoła Santo Domingo odjeżdżają minibusy na wzgórze San Cristobal, skąd można zobaczyć panoramę miasta. Taka „wycieczka” trwa godzinę i kosztuje 5soli.
Taxi z centrum na ulicę, gdzie ma swoją siedzibę większość firm przewozowych, kosztuje 5 soli.

Pisac i Paracas

Z Limy nie ma bezpośredniego autobusu do Pisac. Najprościej jest wsiąść w autobus firmy Soyuz (odjazd co 15 minut), 13 soli, i wysiąść na Panamericanie na skrzyżowaniu z drogą prowadzącą do Pisac (około 4h od Limy, kierowca będzie krzyczał „cruce”). Na skrzyżowaniu można złapać collectivo za 2s za osobę, lub taxi za 6s. Pisco jest jakieś 8km od Panamericany.
Zatrzymaliśmy się w Hostal San Isidio. Bardzo przyjemny, basen, darmowy net, iw-fi. Dwójka za 40s.
Wycieczka na wyspy Ballestas i do Paracas Reserve kosztowała 60s (rezerwowana w hostelu). Rano płynie się na wyspy, po południu jedzie się do rezerwatu. Trzeba dodatkowo zapłacić 5s za wstęp do rezerwatu. Uczestnicy wycieczki zabierani są na lunch do dosyć drogich restauracji, więc jak ktoś nie ma ochoty wydawać 20s za osobę na jedzie to warto wziąź ze sobą jakiś prowiant.

Ica i Huacachina

Żeby dojechać z Pisac do Ica trzeba wrócić się do Panamericany i wsiąść w autobus Soyuz (co 15 min). Ica jest jakieś 1.5h jazdy, bilet kosztuje 4s.
Z Ica do Huacachina jest około 20min jazdy taksówką (5soli).
W Huacachina zatrzymaliśmy się w Hostal Rocha. Dwójka z łazienką i śniadaniem za 40s. Basen, bar.
Wycieczk na wydmy kosztowała 35s i była rewelacyjna. Najlepiej jechać po południu, żeby zobaczyć przy okazji fajny zachód słońca. Wycieczka obejmuje szaleńczą jazdę samochodem i zjazd z wydm na desce.

Nazca

Z Ica do Nazca najwięcej autobusów ma firma Peru Bus. 2h, 10s.
Lot nad liniami można zabukować w jednej z kilkunastu agencji na głównej drodze w Nazca. Koszt to $50 i obejmuje to dojazd na i z lotniska. Na lotnisku trzeba uiścić opłatę za użytkowanie terminalu w wysokości 20s. Lot trwa 35 min. Samoloty są różnej wielkości – od 3 do 12 pasażerów.

Cuzco i okolice

Z Nazca do Cusco jechaliśmy z firmą Cial. Semi-cama, 100s. Miało być 14h, ale bezpośrednia droga do Cusco była nieprzejezdna, więc jechaliśmy przez Arequipe. W sumie 21h.
Taxi z dworca autobusowego do centrum kosztuje 3s.
Zatrzymaliśmy się w Hospendaje Tinkuy Wasi na Avenida Tullumayo 267. Dwójka w łazienką i śniadaniem za 40s. Net za darmo. Mają też dormy. Bardzo fajny hostel. Tylko kilka pokoi, więc jest spokojnie.
Autobus do Pisac (niedzielny market) kosztuje 2s i odjeżdża z dolnej części Av Tullumayo.
W Ollantaytamo zatrzymaliśmy się w Hostal Quilla, 30s za dwójkę. Przez Ollantatayo przejeżdża autobus z Cusco do Santa Maria (o 10.00, 15.00 i 22.00) w drodze do MC.

Machu Picchu i Aquas Calientes

Najtańszy pociąg do Aquas Calientes kosztuje $48 w jedną stronę. Jedzie 5h.
Alternatywna trasa, której całkowity koszt do 26 soli w jedną stronę (czyli około $9) wygląda tak:
– rano o 7.00 odjeżdża autobus w kierunku Quillabamba. Nie odjeżdża on jednak z dworca autobusowego, ale z miejsca, które nazwya się chyba Parada San Pedro (nie jestem pewna tej nazwy, lepiej wcześniej zapytać w hostelu). 15 soli.
– Autobus przejeżdża przez wisokę Santa Maria, około 7h jazdy od Cusco. Tam trzeba wysiąść.
– W Santa Maria trzeba przesiąść się w collevtivo lub taxi do Santa Teresa. Kosztuje to 8s, a przejazd trwa około 40min.
– W Santa Teresa kolejne collectivo (3s) do Hidroelectrica, jakieś 20min jazdy. Tam zaczynają się tory. Idąc nimi (11km, około 2h) dojdziemy do Aquas Celientes. Na 17.00 jest się na miejscu.
– Jeśli komuś nie chce się iść 2h to o 16.30 z Hidroelectrica odjeżdża pociąg do Aquas Celientes. Bilet dla turystów kosztuje $8.
– W drodze powrotnej najlepiej wyjść o 6.00, tak żeby do Santa Maria dotrzeć przez 10.00. Autobus do Cuzco na 100% odjeżdża o 10.00. jak jest później nie wiem. O 17.00 jesteśmy w Cusco.

W Aquas Celientes dwójkę z łazienką można znaleźć za 35-40s. Jedzenie w restauracjach jest dosyć drogie. Zestaw obiadowy zupa + drugie + picie to wydatek około 15s. Jednak można na lokalnym markecie kupić tanio bułki i warzywa, a w sklepie pasztet za 3s, i zrobić sobie dobre kanapki:)

Bilet do Machu Picchu trzeba kupić z wyprzedzeniem. W Aquas Calientes biuro sprzedaży jest przy plazie i jest otwarte od 5.00 do 21.00. Bilet kosztuje 124s. Dla studentów cena jest połowę niższa. (W Cusco za 15s można w każdej drukarni wydrukować lewą legitymację studencką. Jednak strażnicy w Machu Picchu znają chyba ten trik, bo dwójka naszych znajomych z takimi legitymacjami wpadła i musiała dopłacić różnicę).

Pierwsze autobusy jadące pod bramę wejściową MC odjeżdżają około 5.15. Koszt to około $7 w jedną stronę. Opcja darmowa to wejście pod bramę pieszo. Zajmuje to około 1.5h. Brama wejściowa otwierana jest o 6.00. Pierwsze 400 osób dostaje bilet na wejście na Huayna Picchu. Wejście tam to kolejna godzina pod górę.

Arequipa i Kanion Colca

Z Cusco do Arequipy można dojchać za cenę od 30s (zwykły autobus, zatrzymujący się często, aby zabrać dodatkowych pasażerów) poprzez 60s (bezpośredni, wygodny autobus) do 90s (najdroższa firma przewozowa w Peru, czyli Cruz del Sur).
Taxi z dworca autobusowego w Arequipie do centrum kosztuje 4s.
Zatrzymaliśmy się w Colonial House Inn. Bardzo przyjemny hostel w samym centrum. Dwójka z łazienką i śniadaniem za 40s. Darmowy net i wi-fi.
Miasto można zobaczyć pieszo, albo wycieczką. Po mieście jeżdża autobusy z odkrytym dachem. Taka wycieczka kosztuje od 25 do 35s w zależności od trasy.

Trek w kanionie Colca robiliśmy z agencją Andina Travel Service (na ulicy Jerusalem). Był to trek 3-dniowy i kosztował nas 135s za osobę (transport, przewodnik, jedzenie). Dodatkowo trzeba było zapłacić 35s za wstęp na teren kanionu.
Woda w miejscach noclegowych na dnie kanionu jest strasznie droga (10s za butelkę, która normalnie kosztuje 2-3s), więc warto zabrać tabletki do odkażania wody.

Puno i Titicaca

Z Cusco do Puno można dojechać za 15s (6-7h). Z Arequipy do Puno autobus kosztuje 15-20s w zależności od typu autobusu (5-6h).
Zatrzymaliśmy się w Don Tito Inn. Z racji niskiego sezonu zapłaciliśmy za bardzo wygodny i ładny pokój z łazienką 35s.
Łodzie na wyspy na jeziorze odpływają między 8.00 a 9.00. Bilet bez problemu można kupić na kilka minut przed odjazdem. My kupiliśmy bilet za 30s. Z tym biletem najpierw popłynęliśmy na Uros, potem na Amantani, gdzie spaliśmy, a następnego dnia na Taquile. Na Uros i Taquile trzeba zapłacić za „wstęp”, 5s za osobę.
Na Amantani można spać w domach lokalsów. Zestaw nocleg + 3 posiłki kosztuje 25s za osobę.

Reklamy

Okiem lokalsa, czyli festyn w Arequipie

Największy pożytek z pójścia na trekking do kanionu Colca z agencją był taki, że dzięki temu poznaliśmy Roya. Roy był naszym przewodnikiem. To co w Royu było najfajniejsze to to, że jest z Arequipy, a przez to ma tę przewagę nad gringos, że wie to czego gringos nie wiedzą. Na przykład to, że w najbliższą niedzielę odbędą się walki byków, w których wyłoniony zostanie byk roku. Tak więc umówiliśmy się my i czwórka australijczyków z Royem na niedzielę, żeby pójść na owe walki. Że do rozpoczęcia imprezy było jeszcze trochę czasu Roy zaproponował, aby pójść najpierw na lokalny festyn organizowany przez stowarzyszenie wiosek leżących wokół Arequipy. Wsiedliśmy więc w lokalny autobus i pojechaliśmy gdzieś na przedmieścia. Sami w życiu byśmy tu nie trafili, bo impreza odbywała się za wysokim ogrodzeniem, więc z drogi nic nie widac. Festyn niby ku czci Virgin Mercedes, jednego z wcieleń Matki Boskiej. Ale to chyba tylko taka oficjalna przykrywka, bo impreza wygląda bardziej jak festiwal piwa. To leje się strumieniami, piją je wszyscy w sporych ilościach. Tu piwo kupuje się na skrzynki, które potem stawia się na stole, a przy stole siedzi się póki piwo się nie skończy. Wtedy kolejna skrzynka.

Były też występy lokalnej orkiestry oraz zespołów tanecznych. Okazało się, że jedną z atrakcji byliśmy także my, bo na tego typu imprezach gringos po prostu się nie pojawiają. Ludzie robili sobie z nami zdjęcia, stawiali nam piwo, a co niektórzy w pijackim bełkocie dziękowali, że odwiedzamy ich kraj i wylewnie tą wdzięczność okazywali. Wciągali nas też do tańców i zabaw. Było świetnie. Wesoło, kolorowo i w 100% peruwiańsko.

Zabawa rozkręciła się na tyle, że na walki byków oczywiście nie dotarliśmy.

Kanion Colca

Drogę z Puno do Arequipy opuścili strajkujący, więc pojechaliśmy w końcu do tzw. białego miasta. Arequipa sama w sobie jakoś szczególnie nas nie interesowała, choć przyznać trzeba, że centrum miasta robi całkiem przyjemne wrażenie i dla oka jest dosyć miłe. Chyba nawet bardziej nam się podoba niż Cuzco.

Bardziej niż na Arequipe zależało nam, żeby do kanionu Colca pojechać. Kanion niby dwa razy głębszy niż Wielki Kanion w USA, a to działa na wyobraźnie. Że akurat byliśmy na etapnie dosyć sporego lenia, to doszliśmy do wniosku, że kanion zobaczymy sobie bez zbyt dużego wysiłku umysłowego, czyli postanowiliśmy zapłacić agencji za ową przyjemność i pojechać tam z przewodnikiem. Że jest po sezonie to i cenowo wychodziło to ok.

Przy okazji była to pierwsza impreza typu 3 dni/2 noce, która serio trwała 3 dni i 2 noce. Jakoś zawsze do tej pory wszystkie tego typu wyjazdy o których słyszeliśmy, albo w któych braliśmy udział, tak na serio trwały 1.5 dnia, bo większość pierwszego i ostatniego dnia spędzało się na dojazdach. Szczytem były rejsy na Galapagos, których reklamy widzielimy w biurach podróży w Quito – 4 dni/3noce. Po przeanalizowaniu okazywało się jednak, że pierwszego dnia rano leci się na Galapagos i dopiero po południu wchodzi na łódź, a czwartego dnia z samego rana powrót do Quito. I nagle z 4 dni zwiedzania wysp robią się 2,5 dnia…

W przypadku wyjazdu do kanionu Colca było jednak pod tym względem cacy. W zasadzie chyba aż nad wyrost. Bo wyobraźcie sobie, że odebrali nas z hostelu już o 3 rano. Jeszcze nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji nastawiać budzika na 2.45…

Drogę w kierunku kanionu przekimaliśmy. Pierwszy postój był w Cruz del Condor, miejscu, który upodobały sobie kondory. Słyszeliśmy, że stanie tam z kondorami przelatującymi nisko nad głowami to super przeżycie. Z pewnością tak jest, pod warunkiem oczywiście, że są jakieś kondory. Nam kondory trafiły się w ilości 2 sztuk, za to turystów prawie jak na Machu Picchu.

Grupa trafiła nam się zasadniczo ok. Czwórka „ziomali” z Australii, para z Holandii i para z Francji. Ekipa fajna do długich i ciekawych dyskusji wieczorami, poza francuzami oczywiście, bo oni przecież po angielsku z zasady nie potrafią i/lub nie chcą mówić, a w przypadku naszych kompanów także hiszpański był dosyć słaby. Przewonikowi też nic zarzucić nie można było, a wręcz przeciwnie. Opowiadał ciekawe rzeczy, dobrze gotował i w ogóle robił pozytywne wrażenie.

Na dobrą sprawę największą atrakcją trekkingu były miejsca, w któych spaliśmy. Pierwszego dnia – po 5 godzinach marszu z Cabanaconde na dno kanionu – dotarliśmy do miejsca zwanego Llahar. A w Llahar proszę państwa basen z wodą z gorących źródeł. Cóż może być lepszego niż wymoczenie się w ciepłej wodzie po 5 godzinach marszu.

Drugiego dnia znów wczesna pobudka, bo o 5.00. Śniadanko (naleśniki, mniam mniam) i w trase. Niby wyszliśmy wcześnie, ale zanim się obejżeliśmy słońce grzało niemiłosiernie. W kanionie normą są temperatury typu 35 stopni. Jeśli dodać do tego typowe tu bezchmurne niebo, to nagle trek, który wcale nie jest trudny, robi się dosyć męczący. Na szczęście na koniec dnia numer 2 czekał na nas kolejny rewelacyjny finał – oaza Sangalle. Palmy, basen z wodą prosto z wodospadu (trochę zimna, ale za to jaka przyjemna). Jedyny problem to to piwo w cenie jak w Aquas Calientes przy Machu Picchu.

Dnia trzeciego miało być już tylko pod górkę. Trzeba się było wydostać z oazy i wejść na poziom o 1000 metrów wyższy. Wyjście znów o koszmarnej godzienie – 4.30 rano. Entuzjazm do wstawania tak wcześnie mieliśmy zerowy, ale sama inicjatywa to był strzał w dziesiątkę. No bo zero słońca i niska temperatura to dobry zestaw jak się ma iść kilka godzin do góry. Prognoza mówiła o 3h pod górkę. Przemek i francuz wyrobili się w 2h, cała reszta w 2.5h. A potem było już z górki – śniadanko, gorące źródła w Chivay, obiad, i do Arequipy.

Titicaca przez przypadek

Rano udaliśmy się na dworzec autobusowy w Cuzco z przeświadczeniem, że dalej pojedziemy do Arequipy. Na dworcu jednak surprise, surprise – w jednej z wsi na drodze do Arequipy strajk przez najbliższe dwa dni, więc jedyna opcja to jechać z dwoma przesiadkami w sumie przez prawie 24h. Pierwsza faza to dojazd do Puno. Zamysł mieliśmy taki, że w Puno przesiądziemy się na nocny autobus na kolejny odcinek okrężnej drogi do Arequipy, ale Nicole i Dale próbowali przekonać nas, że może jednak zostaniemy z nimi w Puno i zobaczymy razem wyspy na Titicaca. Cały czas myśleliśmy, że Titicaca zobaczymy od strony Boliwijskiej. Opis wysp na stronie peruwiańskiej jakoś nas nie zainteresował za bardzo. No ale spoko, skoro już w Puno jesteśmy to możemy tu zostać na kilka dni. W końcu Arequipa nie zając – nie ucieknie.

Z dworca w Puno zwinął nas zdesperowany hotelarz, który za niezwykle przystępną cenę dał nam do dyspozycji najbardziej wypasione pokoje w jakich było nam dotąd spać w Ameryce Południowej. Hotelarz równie desperacko próbował sprzedać nam wycieczkę na wyspy na Titicaca. Za każdym razem, gdy go spotykaliśmy cena było niższa o 5 soli. Oferta była finansowo bardzo dobra. Samodzielnie nie dałoby się wysp zobaczyć taniej. Ale postanowiliśmy, że i tak pojedziemy na nie na własną rękę. Przynajmniej kasa wpadnie nie w ręce pośrednika, tylko w ręce lokalsów.

Tak więc rano ruszamy na przystań. Planowaliśmy jechać tylko na wyspę Amantani, ale w przystani okazało się, że za prawie taką samą cenę transportu możemy przy okazji zobaczyć też Uros i Taquile. No więc jedziemy. Łódź lokalno-gringosowa płynie mniej więcej z prędkością pływaka olimpijskiego. Czyli szybko jak na człowieka, ale nie koniecznie szybko jak na łódź.

Najpierw zaliczamy zbudowane ludzką ręką wyspy Uros. Straszna komera. Całe szczęście zatrzymujemy się tu tylko na godzinę. W tym czasie opowiadają nam o życiu na wyspach i przekonują do zakupów. Całkiem spora grupa gringos dała się też namówić na przejażdżkę niby tradycyjną łodzią zbudowaną z sitowia. Dystans przejażdżki to jakieś 300m, cena 5 soli. Potem okazało się, że łódź tylko z zewnątrz była z sitowia, a jej podstawę stanowiły puste plastikowe butelki po napojach. Nie daliśmy się namówić na tą atrakcję. Nie mogliśmy też powstrzymać się od komentarzy, że może całe wyspy unoszą się na pustych butelkach po Inca Koli…

Dalej było już dużo lepiej. Powoli płynęliśmy w stronę Amantani. Było pięknie. Wielkie, błękitne jezioro otoczone górami. Spanie, rozmowy, słuchanie muzyki. W tak pięknych okolicznościach przyrody Sting, Peter Gabriel, Pink Floyd, a nawet Sidney Polak, brzmią jak nigdy.

Na Amantani dotarliśmy po jakiś 4 godzinach. Od razu zgarnęła nas pod swoje skrzydło jedna z mieszkanek wioski. Mieliśmy u niej mieszkać i się stołować. Kobieta jest przemiła. Od pierwszego momentu zauroczyło nas to miejsce. Szczególnie ta cisza i spokój. Ciszę przerywały tylko śpiew ptaków i okazjonalne, rozpaczliwie brzmiące zawodzenie osłów.

Na obiad dostaliśmy pyszną zupę i smażony ser z ziemniakami. Mniam. A po obiedzie na romantyczny spacer we dwójkę hehe. Weszliśmy na najwyższe wzgórze w okolicy, potem poszliśmy do sąsiedniej wioski. Po drodze trafiliśmy na lokalny stadion, gdzie akurat odbywało się spotkanie wyborcze (wybory mają być tydzień później). Na stadionie tłum ludzi i przemawiający lokalni politycy. W charakterze kiełbasy wyborczej rozdawano bułki.

Rano mieliśmy ruszyć na wyspę Taquile. Nicole i Dale postanowili jednak zostać jeszcze jeden dzień na Amantani, więc nasze drogi rozeszły się po 1.5 tygodnia wspólnego podróżowania.

Taquile to zupełnie inna bajka niż Amantani. Jest równie pięknie (a może i piękniej), ale jeśli na Amantani turystyka dzieje się jakby przy okazji, to tutaj jest ona czymś serio dużym. Na rynku gringos cała kupa. Lokalsów w tradycyjnych strojach też. Pozują do zdjęć (ci bardziej cwani proszą o un sol por foto), robią na drutach czapki, albo po prostu siedzą i obserwują.

Cuzco

Machu Picchu

Nie zaczyna się za dobrze. Jest straszna mgła i praktycznie nic nie widać. Te wszystkie fotki, które dotąd widzieliśmy pokazują MC przy pięknej pogodzie, z niebieskim niebem itp. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że może być inaczej. A tu deszcz, mgła, nisko wiszące chmury. Generalnie do bani. Pogoda – constant. Jedyna zauważalna zmiana to zwiększająca się liczba ludzi.

Bilety na Huayna Picchu mamy na 10.00, więc liczymy na to, że może do tego czas się poprawi. W międzyczasie spacerujemy to tu to tam i w końcu dochodzimy do miejsca, gdzie kończy się Inca Trail. Widoki są stąd potencjalnie piękne. Co jakiś czas na kilka sekund w chmurach pojawia się przerwa i co nieco widać. Jednak mimo beznadziejnej pogody podoba nam się. Klimat jest tu niesamowity, pewnie trochę także przez tą mgłę. Wszystko ma dwie strony….

Jest 9.30 i nagle się rozchmurza. Jesteśmy dosyć daleko od wejścia na Huayna Picchu, ale szybko podejmujemy decyzję, że próbujemy dostać się na górę. Może zdążymy. Szybkim krokiem udaje nam się dojść do wejścia na Huayna Picchu na kilka minut przed 10.00. Przy okazji udaje nam się zobaczyć MC z bliska bez chmur.

Zaczynamy wspinaczkę na górę. Jest stromo i ślisko, bo w końcu wcześniej padało. Im jesteśmy wyżej tym pogoda robi się coraz gorsza, i zanim docieramy na szczyt mocno pada, a niebo zasnute jest kompletnie chmurami. Z boskich widoków MC chyba nici. Raz na jakiś czas chmury troszkę się rozpraszają i coś tam widać, ale nie za dużo. Czekamy prawie 2 godziny na lepszą pogodę, ale ta kompletnie nie chce się zmienić. Schodzimy więc na dół. Kręcimy się jeszcze trochę wśród ruin, ale ciągle pada. Po prawie 8 godzinach w MC decydujemy się na powrót do Aquas Calientes. Zanim dochodzimy na miejsce niebo jest błękitne i słońce świeci jak szalone…

W drodze do Machu Picchu

Czas na najpopularniejszą atrakcję turystyczną Ameryki Południowej, czyli Machu Picchu (dalej nazywane dla uproszczenia MC).
Do MC dotrzeć można zasadniczo na trzy sposoby. Sposób pierwszy – najpopularniejszy – to pociąg. Tu do wyboru mamy trzy klasy. Bilet na najniższa, którą ktoś chyba dla jaj nazwał backpackerską, kosztuje jedyne $48 w jedną stronę. Osobiście nie znam żadnego backpackera, dla którego wydatek w sumie $96 na przejazd, który trwa 5h w jedną stronę, był czymś normalnym. Jeśli ktoś jednak nie ma ochoty na podróż z tak zwanymi backpackerami, może pojechać klasą wyższą, w której bilet kosztuje o ile dobrze pamiętam $130 w jedną stronę. Okazuje się jednak, że i to dla niektórych za mało, bo w sezonie kursuje także opcja trzecia, coś a la Orient Express. Tu bilet to wydatek w kwocie $307 w jedną stronę. Kupując bilet w dwie strony szczęśliwiec dostaje upust i płaci jedyne $588 (zamiast $614). Z wiadomych względów opcja pociągu nas nie interesowała.

Opcja druga to trekking. Ten najpopularniejszy, czyli Inca Trail, zrobić można tylko z agencją, która za ową przyjemność skasuje nas jakieś $350-$400. Są też alternatywne trasy, ale, że musielibyśmy wypożyczyć sprzęt biwakowy (namiot, karimaty itp) to całość też nie wychodziła tanio.

Opcja trzecia to opcja autobusowo-piesza. Element pieszy wynika z faktu, że do Acuas Calientes, miasteczka przy MC, nie ma drogi. Prawdopodobnie brak drogi to umyślny zabieg peruwiańskiego rządu. W końcu jeśli nie ma drogi to praktycznie każdy jedzie pociągiem. Choć jakby się nad tym zastanowić to na braku drogi najwięcej zyskuje chilijska firma obsługująca połączenie kolejowe. (Swoją drogą trudno zrozumieć dlaczego peruwiański rząd przekazał tak dochodowy interes firmie z innego kraju).

W każdym razie pojechaliśmy do MC z wykorzystaniem opcji trzeciej. Przy okazji pomyśleliśmy, że zatrzymamy się w Urubambie i zobaczymy znajdujące się niedaleko tarasy solne. Jednak jakoś tak wyszło, że w Urubambie nie zostaliśmy, ale za to pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości Ollantaytambo, jakieś 2.5h od Cuzco. Jedziemy tam collectivo, czyli minibusem. Minibus orginalnie przeznaczony do przewozu 10 pasażerów , tu w Peru, po drobnych przeróbkach wewnątrz, mieści 25 pasażerów, przy czym tylko jedna osoba stoi. Cała reszta siedzi. To się nazywa efektywne transport zbiorowy.

Ollantaytambo okazuje się być niezwykle przyjemne, choć dosyć mocno turystyczne. Spędziliśmy tam popołudnie i noc, a następnego ranka mieliśmy ruszyć w dalszą trasę.

Jest więc ranek, czyli idziemy na rynek czekać na autobus do Santa Maria. Autobus przyjechał, zabieramy się do wsiadania, a kierowca mówi nam, że nie ma miejsc. Możemy oczywiście jechać na stojąco. Santa Maria jest w końcu „jedyne” 4h stąd, więc idziemy na tą opcję, bo następny autobus jest dopiero za 5h. Nie ma więc co czekać, bo przecież też może być pełny. Droga wije się niesamowicie, w zasadzie składa się z samych zakrętów, więc trzeba trochę się wysilić balansując na stojąco. Pewien miły Peruwiańczyk ustępuje mi na godzinę swojego miejsca.

Dojeżdżamy do Santa Maria i od razu przesiadamy się w kolejny pojazd. Tym razem taxi do pobliskiego miasteczka Santa Teresa. Jadą z nami jeszcze dwaj gringo – Nicole z Czech i Dale z Australii. Kierowca nie oszczędza zawieszenia i po górskiej, krętej drodze bez nawierzchni jedzie jak wariat. 50min później w Santa Teresa kolejna przesiadka – jedziemy collectivo do Hydroelectrica, skąd zaczyna się element pieszy, czyli 11km wzdłuż torów. Lenie mogą przejechać ten odcinek pociągiem, ale $8 za 11km wydaje się być ceną trochę na wyrost. Tak więc z buta i w drogę.

Dwie godziny później docieramy do Aquas Calientes. Podejrzewam, że gdyby nie MC, to miasteczko by nie istniało. Aquas Celientes składa się z torów kolejowych, hoteli wszelkiej maści i jeszcze większej ilości restauracji. Konkurencja jest ogromna, co zasadniczo działa na korzyść klientów. Wystarczy minimalne zainteresowanie menu, żeby cena pizzy spadła z 40 na 25 soli, a zestawu obiadowego z 20 na 15. Ceny nadal wyższe niż gdzie indziej, ale można obejść się bez bankructwa.

Wieczorem kupujemy bilety wstępu do MC na następny dzień. Nicole i Dale mają lewe legitymacje studenckie (do wyrobienia za 15s w drukarniach w Cuzco), więc płacą połowę ceny. Szlag nas trafia, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej. Umawiamy się na rano na 4.00.

Poza nami w kierunku MC wczesnym rankiem zmierza jeszcze kilkanaście osób. Zaczynamy wspinaczkę do bramy wejściowej. Jest zaskakująco ciepło jak na tak wczesną porę, i bardzo wilgotno. W ciągu kilku minut jesteśmy przepoceni. Powoli, ciężko oddychając zbliżamy się do celu. Na miejsce docieramy około 5.20. Przed nami dotarło tu jakieś 15 osób. Strażnik rozdaje limitowane bilety na Huayna Picchu, skąd rozpościera się ponoć najlepszy widok na MC. Załapujemy się. Kilka minut przed 6.00 zaczynają podjeżdżać pierwsze autobusy z amerykańskimi wycieczkami. Bramy otwierają się punkt 6.00. Nicole i Dale wpadają ze swoimi lewymi legitymacjami (trzeba je tu jeszcze raz pokazać). Muszą dopłacić różnicę. Czyli czasami nie opłaca się kombinowanie.

Wchodzimy na teren ruin.

CDN…