50kg mniej

Dwa pierwsze pudła w drodze do Polski. 50kg. Nie wiem daczego, ale wydawało nam się, że się w sumie w jakiś czterech pudłach zmieścimy ze wszystkim co chcieliśmy sobie zostawić, ale chyba nic z tego. To będzie raczej sześć, a może i siedem pudeł. Nie mam pojęcia skąd te wszystkie rzeczy. Nie jesteśmy maniakami zakupów, którzy mają jakieś mega wielkie garderoby itp, a mimo wszystko nazbierało się tego trochę. Kto by pomyślał, że oboje przyjechaliśmy do Australii z jedną walizką.

W listopadzie w trzymiesięczną podróż przez morza i oceany ruszają kolejne dwa pudła. Trzeba wysyłać na raty, żeby celnikom nie zachciało się kasować cła za stare manele. No bo w załatwianie formalności związane z mieniem przesiedleńczym nie chce nam się bawić.

Tak więc lżejsi o 50kg dobytku czekamy na grudzień. I modlimy się o wzrost wartości dolara australijskiego. Póki co ciągle spada…

Reklamy

Podróżowanie po Australii – część 1

Dziś znów co nieco o Australii. Trochę praktycznych informacji.

Część 1, Ogólne informacje o transporcie

Australia jest bardzo dużym krajem. Choć duży kraj to mało powiedziane. Australia jest ogromna! Z Sydney do Perth jest 4tys km. Z Adelaidy to Darwin – 3tys km. Linia brzegowa ma 36tys km, a powierzchnia to prawie 8mln km2. Zresztą zobaczcie sami: 

Z racji tego dosyć sporego rozmiaru, przy okazji podróży po Australii prawie zawsze trzeba skorzystać z wewnętrznych lotów. Do wyboru jest trzech przewoźników ogólnokrajowych (poza nimi jest kilku regionalnych): JetStar, VirginBlue oraz Qantas.  Dwie pierwsze to tzw. tanie linie lotnicze, ale warto dać też szansę Qantas, bo mają najwięcej połączeń, czasem w takich samych cenach jak budżetowi przewoźnicy.
Szukanie najtańszych połączeń lotniczych bardzo ułatwia WebJet. To stronka, która porównuje ofertę różnych linii. Przy czym polecam używać jej tylko do wyszukiwania najlepszej oferty, a bilet kupować bezpośrednio na www danej linii lotniczej, bo WebJet bierze prowizję.
Generalna zasada jest taka, że ceny są tym niższe im wcześniej rezerwujesz. Przed rozpoczęciem podróży  polecam zapisać się na newsletter JetStar oraz VirginBlue. W ten sposób zawsze będziesz wiedzieć o różnych promocjach, a tych jest całkiem sporo.

Jeśli chodzi o podróż lądową to opcje są trzy: autokary, pociągi oraz transport własny, czyli wynajęcie samochodu.

Najwięcej swobody daje oczywiście wynajęcie samochodu, i w tej kategorii niezmiernie popularne jest podróżowanie tzw. campervanem, czyli „domem na kółkach”. Super sprawa, bo nie tylko nim jeździsz, ale też w nim śpisz i gotujesz. Wybór tego typu samochodów jest ogromny, od budżetowych i bardzo skromnych Wicked Campers po eksluzywne i wielkie prawie jak ciężarówki. Do poszukiwania campervana polecam Camervan Hire Australia, gdzie porównać można ceny w różnych wypożyczalniach.
Opcją tańszą jest wynajem samochodu osobowego. Wypożyczalni jest w Australii cała masa. Ofertę tych największych można porównać na WebJet. Żeby znaleźć inne, wystarczy wpisać w Google rent a car australia.
Jeśli planujesz podróżować po Australii dłużej, powiedzmy 3 miesiące, sensownym rozwiązaniem jest zakup samochodu. Największa w kraju strona www z używanymi samochodami to CarSales. Troszkę informacji o tym jak kupować auto w Australii jest tutaj.

Jeśli chcesz podróżować taniej, to najprostrzym rozwiązaniem jest transport publiczny, a konkretnie Greyhound, czyli rodzaj lokalnego PKSu, z tym, że o standardzie wyższym niż PKS. Greyhounem można dojechać prawie wszędzie, gdzie przeciętny turysta chciałby dojechać, ceny są ok, w ofercie są też różnego rodzaju tzw. passes, które pozwalają zaoszczędzić trochę pieniędzy.

Inną, bardzo popularną wśród backpackerów opcją transportu zbiorowego jest OzExperience. Kupujesz bilet na określon trasę, np Sydney-Cairns. Bilet jest ważny na 6 miesięcy. W tym czasie określoną trasę przejeżdża się raz, ale można zatrzymywać się w dowolnych miejscach na trasie na tak długo jak się chce. Autobus jeździ na każdej trasie regularnie, więc po spędzeniu w danym miejscu jakiegoś tam czasu, łapie się kolejny bus i jedzie dalej. OzExperience swoim pasażerom pomaga w rezerwowaniu noclegów oraz organizuje na trasie sporo różnych atrakcji. Fajny sposób na podróżowanie po Australii pod warunkiem, że lubisz imprezować, grupa wiekowa mniej więcej od 18 do 23 lat ci odpowiada, i nie masz nic przeciwko byciu zdominowanym na jakiś czas przez dosyć rozwrzeszczanych młodych anglików i irlandczyków.

Po Australii można tez podróżować pociągiem. Jednak sieć kolejowa jest dosyć słabo rozwinięta. No i niestety takie podróżowanie jest dosyć drogie (często droższe niż latanie). Najbardziej kultowym pociągiem jest The Ghan podróżujący na trasie Adelaida – Darwin przez Alice Springs.

Czytałam też relacje osób, którym udało się objechać Australię na stopa. Sama tego nie próbowałam, ale znając Australijczyków jestem pewna, że się da, szczególnie na bardziej uczęszczanych trasach. Australijczycy są mili i pomocni, więc stop na pewno zawsze się znajdzie.

Za niedługo napiszę o opcjach noclegów w Australii oraz o cenach i o tym jak podróżować żeby nie zbankrutować.

Cytat dnia

Before the development of tourism, travel was conceived to be like study, and its fruits were considered to be the adornment of the mind and the formation of the judgement. To travel was a student of what he sought. Paul Fussell, Abroad

Travelfish.org

Jeśli szukasz dobrego źródła wiedzy o Azji Południowo-Wschodniej to nie ma chyba nic lepszego niż Travelfish.org (strona dostępna w języku angielskim). Stronka jest po prostu świetna. Szkoda wydawać pieniądze na przewodniki kiedy na Travelfish zupełnie za darmo jest wszystko, co trzeba wiedzieć gdy jedzie się do Kambodży, Laosu, Singapuru, Tajlandii lub Wietnamu. Oprócz ogólnych informacji o poszczególnych miejscach w każdym kraju, Travelfish ma mnóstwo danych o atrakcjach, noclegach i restauracjach oraz mapy. A do tego niezłe forum.

Mój ulubiony element tej strony to tzw. eFish. O co chodzi? Po pierwsze trzeba się zarejestrować. Po zalogowaniu w Member Centre znaleźć moża link do ‚Your eFish’.  Tam wybierasz z listy miejsce, które cię interesuje*, informacje jakie chcesz zebrać (atrakcje, noclegi, restauracji itp), rozmiar czcionki i układ dokumentu. Po przyciśnięciu ‚Go’ tworzony jest dokument PDF z tymi wszystkimi informacjami. PDF będzie siedział w twoim Member Center dopóki go nie wykasujesz. Super sprawa, bo nie trzeba marnować czasu kopiując informacje do Worda albo drukując bezpośrednio ze stronki.  Dodatkowym atutem jest fakt, że Travelfish jest regularnie uaktualniana.

*Funkcja eFish nie jest jeszcze dostepna dla wszystkich miejsc

Downshifting, czyli prost(sz)e życie

Dziś z  troszkę innej beczki. A mianowicie o downshifting. Nie ma jeszcze odpowiednika tego słowa w języku polskim, więc postaram się wytłumaczyć.

Downshifting to coraz popularniejszy w krajach tzw. rozwiniętych trend krótko mówiąc polegający na upraszczniu życia. Orginalnie downshifting miał odniesienie do pracy. Założenie było takie, aby rezygnować z odpowiedzialnego i stresującego – nawet jeśli świetnie płatnego – stanowiska i podjąć w zamian spokojniejszą, mniej pochłaniającą choć gorzej płatna pracę, a to wszystko w imię lepszego balansu pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. Ostatnio jednak zjawisko downshifting’u rozszerza się na inne dziedziny życia, przede wszystkim na konsumpcjonizm. Czyli w wielkim skrócie rzecz w tym, aby nie kupować tego czego nie potrzebujemy i żyć prościej. A wolny czas i środki finansowe wkładać w to co naprawdę dla nas ważne. I wcale nie chodzi o to, aby popadać w takie skrajności jak wyzbywanie się wszystkiego co mamy, zamieszkanie w ziemiance i jedzenie tylko i wyłacznie salaty.

Kupiłeś właśnie iPhone? A zastanawiałeś się do czego ci on właściwie będzie potrzebny, skoro masz już i komórkę i iPod? A może właśnie zmieniłeś samochód na inny, a jedynym powodem zmiany było to, że po prostu masz w zwyczaju zmieniać model co 3 lata mimo, że z dotychczasowym wszystko jest ok?

Świetnym przykładem na to, co takie podejście do życia robi z człowiekiem jest obecna sytuacja w Stanach Zjednoczonych, gdzie 1 na 6 obywateli jest zapożyczony po uszy i nie ma z czego spłacac kredytów. To samo dzieje się zresztą – choć narazie na mniejszą skalę – w Australii. Kilka tygodni temu w lokalnej gazecie przeczytałam artykuł o tym jak to australijskie rodziny coraz gorzej radzą sobie z rosnącymi cenami w sklepach, czy z rosnącymi stopami procentowymi. Artykuł ilustrowany był przykładem 4-osobowej rodziny, która własnie kupiła (oczywiście na kredyt) wielki dom z pięcioma pokojami. Zdjęcie pokazywało tą właśnie rodzinkę w salonie w swoim domu, na drugim planie mega wielki telewizor plazmowy. Ojciec rodziny narzeka, że tak strasznie dużo pieniędzy wydają co tydzień na tankowanie dwóch samochodów, które posiadają, i że musi pracować na dwóch etatach, aby zarobić na kolejne raty kredytu. I to wszystko na własne życzenie. I tak sobie myślę – czy ta rodzina byłaby mniej szczęśliwa mieszkając w 3-pokojowym domu, z jednym samochodem, mniejszym telewizorem i tatą spędzającym popołudnia w domu, a nie w drugiej pracy? Dlaczego ciągłe kupowanie rzeczy, których w więkoszości przypadków i tak nie potrzebujemy, miałoby nam dać szczęście?

Być może zastanawiasz się dlaczego piszę o tym wszystkim na blogu o podróżowaniu. Piszę o tym, ponieważ downshifting  mógłby wielu ludziom pomóc w realizacji marzeń. Oderwanie się od wyścigu szczurów i od kultury konsumpcjonizmu to być może sposób na zauważnie, że w życiu chodzi o coś wiecęj niż tylko o pracę i posiadanie często zupełnie niepotrzebnych przedmiotów.

Wiecęj o downshifting tutaj (po angielsku).

Cytat dnia

We travel, initially, to lose ourselves; and we travel next, to find ourselves. We travel to open our hearts and eyes and learn more about the world than our newspapers will accommodate. We travel to bring what little we can, in our ignorance and knowledge, to those parts of the globe whose riches are differently dispersed. And we travel, in essence, to become young fools again – to slow time down and get taken in, an fall in love once more. Pico Iyer

O tradycyjnej australijskej kuchni (a właściwie jej braku)

No więc załóżmy, że pofatygowałeś się na drugi koniec świata, do Australii. Chcesz zobaczyć ten ciekawy kraj, poznać trochę jego kulturę, no i może zjeść coś tradycyjnego. No właśnie – coś tradycyjnego do jedzenia… Hmmm, nie ma czegoś takiego. Bardzo długo główkowałam nad tym, jakie potrawy można uznać za tradycyjnie australijskie. I poza jedną oczywistością – o której za moment – nic nie udało mi się wymyśleć. Może coś z kuchni aborygeńskiej? Problem w tym, że nie ma właściwie czegoś takiego jak tradycyjna kuchnia aborygeńska. To znaczy taka kuchnia istnieje, ale składa się z robali, jaszczurek, kangurów i różnej roślinności przyrządzanej nad ogniem bez żadnych przypraw. Więc chyba odpada… Tym bardziej, że takie dania są nie do kupienia. Trzeba sobie samemu złapać…

No a jeśli by przestudiować menu restauracji serwujących tzw. Australian modern cuisine (czyli współczesną kuchnię australijską) to okaże się, że dostępne są tam dania typu stek, burger, grilowana ryba, owoce morza, wszystko oczywiście z frytkami, ewentualnie jakaś sałatka z kurczakiem czy dynią. Tyle w tych daniach australijskości co w bigosie włoskości. Niemniej jednak są bardzo smaczne :)

No ale wspomniałam wcześniej, że istnieje jedno danie, które można uznać za typowo australijskie.  Chodzi oczywiście o meat pie, co można przetłumaczyć na ciacho z mięsiem. To coś co wygląda jak mała babka z kruchego ciasta w środku wypełniona gęstym gulaszem lub mielona wołowina. Obecnie pie można kupić w wielu innych wariacjach (z kurczakiem, z curry, z ziemniakami itp), ale wersja z wołowiną jest bardziej australijska. Pie jest nie do dostania w restauracjach, można go kupić tylko w piekarniach, pie shops (specjalnistycznych sklepach z tymi ciachami) oraz w pubach, gdzie często serwowany jest z frytkami, polany gęstym sosem (takim jak z pieczeni). Całoś wygląda mniej więcej tak:

Więcej o meat pie tutaj.