Indie północne – informacje praktyczne

Informacje zebrane na trasie Varanasi-Agra-Jaipur-Pushkar-Bundi-Udaipur-Jodhpur-Jaisalmer-Amritsar-Dharamsala-Manali-Srinagar-Ladakh-Manali-Chandigar-Haridwar-Delhi

Wiza

Niezbędna. Nie ma możliwości jej uzyskania na granicy czy lotnisku. Koniecznie trzeba o nią wystąpić wcześniej. My ubiegaliśmy się o wizę w indyjskiej placówce dyplomatycznej w Kathmandu, co wszystkim szczerze odradzamy. Zabiera to jakieś 2 tygodnie i wymaga trzech długich wizyt w konsulacie, gdzie efektywność pracy jest żadna.

Pieniądze i koszty

Walutą Indii jest rupia. W czasie naszego pobytu w Indiach US$1 = około 47 rupii. Indie są bardzo tanie. Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły po 1000 rupii ($21) na osobę w Ladakh i po 750 rupii ($15) na osobę w pozostałej części kraju. Przy czym w Ladakh kilkakrotnie wypożyczaliśmy samochód z kierowcą, co nie jest tam tanie, a w reszcie Indii większość nocy spędzaliśmy w klimatyzowanych pokojach (z powodu nieopisanych upałów), co podniosło koszty. Więc da się taniej.

Bankomaty są powszechne i nie ma z nimi problemu (może poza Indusami, którzy namiętnie zaglądają przez ramię jak się wyciąga kasę – trzeba ich po prostu stanowczo przegonić to się odsuną ;))

Przykładowe ceny:
– dwójka z łazienką, z wiatrakiem – od 200r za norę. Coś miłego od 300r
– dwójka z łazienką, z klimą – od 500r
– masala dosa – od 35r
– thali – od 40r w podłej knajpie, od 60r w miłej, czystej restauracji
– internet – od 20r/h w Delhi do 90r/h w Leh
– woda 1l – 10-12r
– napoje gazowane 0.5l – 12r
– piwo w sklepie – 70r

Na praktycznie każdym towarze sprzedawanym w jakimś opakowaniu nadrukowana jest maksymalna cena tego towaru. Czasem sprzedawca żąda ceny wyższej niż ta sugerowana i wtedy trzeba się targować. Faktem jest, że turyści prawie zawsze muszą zapłacić tą maksymalną cenę narzuconą przez producenta, podczas gdy lokalsi płacą mniej.

Transport

Na długich trasach zdecydowanie warto wybrać pociąg. Dokładne informacje o kolei w Indiach, o klasach pociągów itp można znaleźć tutaj. Bilety można kupić na miejscu w kasie lub przez internet. Na większych stacjach są osobne kasy dla turystów. Jeśli takich kas nie ma trzeba się przygotować na sporo czekania i przepychania. Rozkład pociągów i orientacyjne ceny można sprawdzić na stronie ClearTrip. Można też przez nią kupić bilet. Trzecia opcja zakupu to wizyta w jednym z wielu lokalnych biur podróży, które za niewielką prowizję kupią bilet. Jeśli na Clear Trip dostajemy info, że biletu na daną trasę nie ma, warto wybrać się na dworzec albo do biura podróży. Tam kasjerzy mają dostęp do tzw. tourist quota, czyli biletów zarezerwowanych specjalnie dla turystów, które nie pokazują się na Clear trip.

Na krótkich trasach warto wybrać autobus, bo z naszego doświadczenia autobusy są w miarę punktualne (czego nie można powiedzieć o pociągach). Autobusy są państwowe i prywatne. Państwowe są niesamowicie tanie, ale zazwyczaj w bardzo kiepskim stanie i brudne. Prywatne ciut droższe, ale nadal tanio. Lepszy stan techniczny i komfort niż w państwowych.  W Radżastanie powszeche są autobusy sypialne.

Na bardzo krótkie trasy typu dworzec – hostel najlepsze są riksze. Rowerowe są bardzo tanie, motorowe ciut droższe. Trzeba się mocno targować, bo kierowcy mają tendencję do rzucania cenami w kosmosu.

Varanasi

  • riksha motorwa z dworca kolejowego nad rzekę – około 50r
  • guest housy nad Gangesem w okolicach głównego ghatu – od 250r za dwójkę z łazienką
  • wynajęcie łodzi rano – cena wywoławcza to około 50r za osobę za godzinę. Rejsy w ciągu dnia są tańsze
  • codziennie o zachodzie słońca przy głównym ghacie zaczyna się ceremonia, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Warto przyjść godzinę wcześniej, żeby zając dobre miejsce
  • internet 20r/h
  • dobre i niedrogie jedzenie w backpackerskiej knajpie Mona Lisa

Agra

  • riksha motorowa z dworca Agra Fort pod Taj Mahal – 40r
  • Hotel Raj 150m od południowej bramy Taj Mahal, 450r za dwójkę z klimą
  • riksha na punkt widokowy po drugiej stronie rzeki – 150r w dwie strony
  • wejście na ten punkt widokowy – 100r, ale wystarczy iść jakieś 150m wzdłuż płotu okalającego to miejsce, żeby dojść do punktu z identycznym widokiem, tyle że darmowego
  • autobus prywatny delux do Jaipur odjeżdża z miejsca jakieś 100m od dworca autobusowego. 211r za non-AC, co godzinę. O 6.30 i 14.30 AC za 324r
  • Wejście do Taj Mahal kosztuje 750r. W cenie mała butelka wody i ochraniacze na buty

Delhi

  • dziesiątki hosteli i hoteli w dzielnicy Paharganj
  • zatrzymaliśmy się w hotelu Raj. 650r za dwójkę z klimą. Elegancko
  • przejazd metrem kosztuje od 10r (drożej na dłuższe dystanse)
  • internet 20r/h

Radżastan

  • Jaipur – bardzo dużo hoteli w okolicach dworca autobusowego. Dwójka z klimą od 500r; wejście do pałacu – 300r; autobusy do większości miast w Radżastanie z dworca autobusowego
  • Pushkar – Milkman Guesthouse, dwójka z klimą za 500r; częste autobusy do Ajmer. Tam można przesiąść się na wiele różnych kierunków
  • Bundi – dwójki z wiatrakiem od 200r; wejście do fortu 60r + 50r pozwolenie na aparat
  • Udaipur – wiele guesthousów w okolicach jeziora. Dwójki z klimą od 500r, bez klimy od 300r; wejście do pałacu – 300r; wejście na pokaz tradycyjnych tańców – 110r w tym pozwolenie na aparat
  • Jodhpur – dwójka z klimą od 500r; wejście do fortu 300r; riksza z centrum do fortu 50r; riksza z centrum do dworca kolejowego – 30r
  • Jaisalemer – dwójka z klimą od 500r; wejście do fortu bezpłatnie, poza muzeum

Amritsar

  • dziesiątki hosteli i hoteli w okolicach świątyni. Dwójka z klimą od 500r
  • można bezpłatnie spać w dormitorium na terenie świątyni. Osobne dormitorium dla obcokrajowców. Dotacja mile widziana
  • wejście do świątyni jest bezpłatne
  • bezpośredni autobus do Dharamsali, 11.15 rano, 160r za osobę

Daramshala

  • dojazd z dolej Dharamsali do górnej (McLeod ganj) – 10r autobusem
  • dziesiątki guesthousów w McLeod Ganj, dwójka bez łazienki od 150r, z łazienką od 300r
  • lokalne agencje organizują trekingi po okolicach (np. Kullu Valley)
  • autobusy do Manali – lokalny o 6.00 z głównego placu w McLaod Ganj, 10-12h, 290r, nocny turystyczny – około 600r

Manali

  • najtańsze guest housy są w Old Manali. To jakieś 30min pieszo pod górkę od dworca autobusowego. Dwójka z łazienką od 150r (podły i brudny pokój). Coś lepszego od 300r
  • najtańsze jedzenie w lokalnych restauracje w okolicach dworca autobusowego. Restauracje w Old Manali są drogie

Chandigarh

  • nie ma tanich guest housów. Najtańszy hotel jaki udało nam się znaleźć kosztował 800r za dwójkę z klimą. Niestety nie pamiętamy nazwy, ale było to jakieś 10min spacerek od głównego dworca autobusowego, przy ulicy Himalaya Marg, bardzo blisko Hostelu Piccadily

Haridwar

  • dużo guest housów, czysta dwójka bez klimty od 300r

Ladakh

  • Dotrzeć można drogą lądową lub powietrzną. Loty są przez cały rok tylko do Delhi i do Srinagar. Lądem można dojechać na dwa sposoby. Pierwsza, najkrótsza trasa wiedzie przez Manali do Leh. Ta droga otwarta jest tylko kilka miesięcy w roku (zazwyczaj od połowy czerwca do końca wrzesnia). Trasa ma 473km i jej pokonanie zajmuje co najmniej 20h (jeep), a nawet 2 dni (zwykły autobus). Druga opcja to trasa przez Jammu i Srinagar. Zajmuje więcej czasu, ale ta droga jest otwarta przez dłuższy czas (Jammu-Srinagar w zasadzie przez cały rok, Srinagar-Leh przez co najmniej 6 miesięcy w roku).
  • Koszt przejazdu na trasie Manali-Leh to jakieś 15tys rupii za jeep (do 6 osób). Można też jechać  autobusem lub minibusem. Minibus kosztuje około 1500-1800r za osobę, jedzie co najmniej 20h. Autobus zwykły (dla lokalsów) kosztuje około 900r i jedzie 2 dni (z noclegiem na trasie). Jest jeszcze luksusowy autobus klimatyzowany. 1800r, dwa dni.
  • Koszt przejazdu na trasie przez Jammu i Srinagar. Z Jammu do Srinagar można pojechać autobusem (200r), minibusem (300r) albo jeepem (400r).  Dojazd zajmuje od 7 do 12h w zależności od pojazdu. Ze Srinagar do Leh jest wybór pomiędzy autobusem (2 dni, z noclegiem w Kargil, około 500r) albo jeepem (3tys za osobę, jakieś 12h jazdy). Wybierając tą trasę warto wcześniej na bieżąco obserwować sytuację w okolicach Srinagar (częste strajki i zamieszki)
  • Stolicą Ladakh jest Leh. Większość guest housów znajduje się w dzielnicy Changspa. Przyzwoitą dwójkę z łazienką można znaleźć od 300r.
  • W Changspa jest kilkadziesiąt agencji organizujących treki, wycieczki itp itd.
  • W wiele popularnych miejsc wokół Leh można dojechać lokalnym autobusem. To może być jednak dosyć czasochłonne. Wtedy warto wynająć samochód. Nie jest to tanie, więc najlepiej znaleźć kilka dodatkowych osób. Wszystkie samochody wożące turystów po Ladakh mają jednakowe ceny. Każdy kierowca ma książeczkę z listą wszystkich możliwych tras i z cenami. Ceny są za samochód. Do typowego samochodu wchodzi zazwyczaj max 6 pasażerów. Można uzyskać zniżkę (5-10%) po prostu o nią pytając. Przykładowe ceny: 3-dniowa wycieczka do Nubra Valley 5000r, 1-dniowa wycieczka do Pangong Lake – 5000r; 3-dniowa wycieczke do Tso Moriri – 8000r; 3-dniowy przejazd z Leh do Manali przez Tso Moriri i Tso Kar – 18000r, 1-dniowa wycieczka do monasterów wzdłuż drogi do Srinagar (Lamayuru, Alachi itd) – 3500r. Na wycieczki do pewnych miejsc potrzebne są pozwolenia. Można je załatwić przez każdą agencję. Pozwolenie kosztuje zazwyczaj 100-150r, jest ważne 5 dni i może być ważne na kilka miejsc (trzeba to zaznaczyć wypełniając formularz).
Reklamy

A na deser Delhi

Wyszło na to, że ostatnie pięć dni w Indiach mieliśmy spędzić w Delhi. To zdecydowanie za długo na taki moloch jak indyjska stolica, ale ani nie miliśmy pomysłu gdzie by tu indziej pojechać, ani nam się za bardzo nie chciało wysilać. Więc wylądowaliśmy na Paharganj, czyli na delhijskiej dzielnicy backpackerskiej. Nie będę pisać, że to lokalny odpowiednik Kao San Road w Bangkoku, bo to by była obraza w stosunku do Kao San Road. Nie żeby Kao San Road to była jakaś rewelacja, ale przynajmniej nie wygląda tak:

Bo tak moi drodzy wygląda główna ulica dzielnicy, w której zatrzymują się chyba wszyscy budżetowcy odwiedzający Delhi, a jest ich sporo. Niby jest wymówka, że Delhi przygotowuje się do Commonwealth Games (to taka jakby olimpiada dla byłych brytyjskich kolonii), więc trwają remonty, ale jak byłam w Delhi w 2004 roku to Paharganj wyglądało w zasadzie tak samo. Może tylko gruzu było ciut mniej.

Commonwealth Games zaczynają się na samym początku października, ale stan robót w niektórych miejscach jest taki jakby jeszcze przez conajmniej rok nic nie miało się wydarzyć. I najciekawsze jest to, że bez względu na to o jakiej porze dnia się obok tych robót przechodzi to dwóch pracuje, a piętnastu odpoczywa. Dominuje rękodzieło. Ewentualnie trafi się kolo z kilofem albo młotem, ale bardziej wyrafinowane urządzenia budowlane widzi się raz na ruski rok. Co ciekawe, sporą grupę pracowników remontowych stanowią kobiety, które nawet na tę okazję nie zmieniają sari na strój roboczy. W każdym razie rozkopane jest dokładnie, a postępu nie widać.

Przez trzy pierwsze dni pobytu w Delhi trwaliśmy nadal w stanie potocznie zwanym qrwicą indysjką, o którym pisaliśmy w poprzednim poście. Punktem kulminacyjnym była próba przejechania pewnego odcinka lokalnym metrem. Chyba w innej części miasta musiał się tego dnia odbywać mecz krykieta albo może kręcili jakiś bollywoodzki hicior, bo połowa populacji Delhi stawiła się na tym samym peronie co my. Ja rozumiem, że ludziom zależy żeby się dostać do pociągu, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby rozumieć logikę pod tytułem ‚niech najpierw ludzie sobie wysiądą, bo wtedy łatwiej będzie mi wejść, bo w środku zrobi się miejsce.’ Ale nie w Indiach. Tu nie marnuje się energii na logiczne myślenie, bo trzeba ową energię zachować na walkę. Walka rozgrywała się oczywiście pomiędzy wysiadającymi i wsiadającymi. I była to najbardziej zacięta walka o miejsce jaką widzieliśmy kiedykolwiek. Udało nam się wsiąść dopiero do trzeciego kolejnego pociągu, a w zasadzie wniósł nas tłum. Nie mogliśmy się powstrzymać i musieliśmy się wydrzeć na kilku zapaleńców, którzy w ferworze walki zaaplikowali nam łokcie w bok i prawie mnie wywróćili. Potem trzeba było wysiąść, co okazało się być o wiele trudniejszym zadaniem, bo nawet jak się wsiadającemu kolesiowi patrzyło prosto w oczy i mówiło głośno Let me go out first to on jeszcze bardziej parł do przodu. Na miejsce dojechaliśmy spoceni, z podniesionym ciśnieniem i jeszcze bardziej wkurzeni na Indie. Po takich doświadczeniach baliśmy się kolejnych wizyt w metrze, ale albo skończył się krykiet, albo skończyli kręcić hiciora, bo w kolejnych podejściach były już umiarkowane ilości ludzi, co nie znaczy że się nie pchali. A i złość nam trochę przeszła i ostatnie dwa dni byliśmy już prawie kompletnie ślepi na wszystko.

Nie zwiedzaliśmy jakoś zbyt intensywnie, bo nam się nie chciało, a i klimat nie sprzyjał – temperatura oscylowała w granicach 42 do 45 stopni. Skupiliśmy się więc na zakupach, bo garderoba nasza domagała się odświeżenia, a w Delhi można się obkupić za grosze, co wszystkim serdecznie polecamy.

I tak oto nadszedł nasz ostatni dzień w Indiach. Ale zanim nasza podróż miała skończyć się na dobre – bo niestety konieć w końcu nadszedł – mieliśmy odwiedzić jeszcze dwa miejsca. Już nie w Indiach. Ale o tym w następnych odcinkach.

O tym jak podróż nauczyła nas cierpliwości, a Haridwar chwilowo nas jej pozbawił

Wiecie jak się to mówi, że podróże kształcą. Że niby tyle można się nauczyć jeżdżąc po świecie. Ludzie piszą na swoich blogach, że nauczyli się zarządzania budżetem, organizacji, odpowiedzialności i innych bajerów w tym klimacie. Coś w tym jest, ale dużo zależy chyba od tego jaką się miało pozycję wyjściową. W sensie, ile się umiało przed wyjazdem. Nie że jacyś z nas geniusze, ale my te rzeczy umieliśmy już wcześniej. Więc nigdy nie fantazjowaliśmy, że po powrocie będziemy mogli sobie zapełnić CV nowymi umiejętnościami. Ale czegoś jednak nas ta podróż nauczyła.

Dwie rzeczy przychodzą nam do głowy. Pierwsza to język hiszpański. Nasz hiszpański daleki jest od perfekcji, ale w Ameryce Południowej nauczyliśmy się go na tyle, żeby swobodnie podróżować i rozmawiać na różne tematy. Umiejętność jak najbardziej przydatna, tym bardziej, że marzy nam się pomieszkać w Hiszpanii, a do Ameryki Południowej na pewno jeszcze wrócimy, bo bez dwóch zdań kontynent ten daje rade. I to bardzo.

Druga rzecz to cierpliwość. I chodzi nam o taką zwykłą, codzienną cierpliwość – czekanie na spóźniony pociąg, przepychający się ludzie, koszmarne korki, milion osób przed jedynym bankomatem we wsi itp. itd. Tak się składa, że na co dzien żyjemy w świecie, w którym lubimy, gdy wszystko dzieje się od razu, bez czekania i według zasad przestrzeganych przez większość. No i rusza człowiek w podróży po Azji i Ameryce Południowej i okazuje się, że większość świata funcjonuje ciut inaczej. Szybko jednak potrafiliśmy się dostosować do nowej rzeczywistości. Z miesiąca na miesiąc byliśmy bardziej wyluzowani. Mało co potrafiło wyprowadzić nas z równowagi – 30 osób przed bankomatem w Argentynie (co zdarzało się bardzo często), zepsuty autobus w Boliwii i 4h czekania na mechanika z wiochy oddalonej o raptem 15km, łódź w Kambodży, w którą władowano tylu ludzi, że woda prawie wlewała się do środka, próby przejścia przez ulicę w Sajgonie. Setki takich sytuacji. Naprawdę dawaliśmy radę w temacie cierpliwości. Aż do momentu przyjazdu do Haridwar.

Ale zanim o Haridwar to najpierw kilka słów o Indiach, w ramach wprowadzenia. Info dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji do Indii dotrzeć – jeśli planujecie przyjechać do Indii, bo widzieliście na kablówce reklamę Incredible India to chcieliśmy Was uprzedzić, że jak w przypadku każdej zresztą reklamy, rzeczywistość jest trochę inna. Bo zarówno reklama Incredible India, jak i zdjęciach z tego wielkiego kraju (nasze też) nie pokazują pełnej prawdy. Nie widać na nich, że na co drugim skrzyżowaniu i przy prawie każdym murz śmierdzi sikami. Nie widać też panów (a czasem i pań), którzy reguralnie dbają o utrwalanie owej woni. Nie widać wielkich kup na każdym kroku. Nie widać krów, które owe kupy walą, po tym jak nażarły się kartonów, plakatów z murów tudzież plastikowych reklamówek z resztkami jedzenie. Nie widać nieopisanych ilości śmieci w miastach, które niby każdego ranka są wywożone, ale miliardowi Indusów nie potrzeba wiele czasu, żeby dostarczyć nowej porcji odpadków. Nie widać nieopisanego chaosu na ulicach. Nie słychać miliona klaksonów, których dźwięk nigdy nie ucicha. Indusi trąbią z zapałem jakiego jeszcze nigdy nie spotkaliśmy. Nie widać tłumu, który za żadne skarby nie jest w stanie uformować kolejki. Nie widać jeszcze wielu innych rzeczy.

Ok, tylko prosimy bez krzyku i bez oskarżeń pod tytułem „pojechały buraki do Indii i narzekają”. Informujemy tylko o różnicach pomiędzy rzeczywistością, a tym co widać na zdjęciach i w telewizji. Przyjeżdżając do Indii przyjęliśmy do wiadomości, że tak tutaj po prostu jest i nie mieliśmy w planach przeprowadzania w Indiach rewolucji. I szło nam w sumie całkiem dobrze. Dotychczasowy, wielomiesięczny trening podróżniczy w kategorii „cierpliwość” przyniósł efekty. Aż do momentu przyjazdu do Haridwar.

W zasadzie winę ponosi Ladakh. Bo Ladakh jest tak inny od reszty Indii, że na dobrą sprawę jest jak osobny kraj. Nie chodzi tylko o różnice kulturowe. Ladakh jest czysty i pusty. Dlatego spędzony tam czas wyostrza zmysły. Z Ladakhu jednak trzeba nam było wrócić do tych drugich Indii. Tych indyjskich Indii. W Manali zaszyliśmy się na kilka dni w pokoju, więc tysiące mega głośnych induskich turystów nam nie przeszkadzało. Potem był Chandighar. Ale to nie jest typowe indyjskie miasto, więc jeden dzień minął nam tam spokojnie. Za to z Chandighar pojechaliśmy do Haridwar. I tam trafił nas szlag.

Haridwar to jedno z siedmiu świętych miejsc dla Hinsusów. Niedaleko stąd ma źródło Ganges. Spodziewaliśmy się więc czegoś w klimacie Varanasi (które strasznie nam się podobało). A tu dupa. Nie dosłownie, ale mimo wszystko dupa. W sumie nie wiemy czy mamy rację obwiniając Haridwar. Może po prostu dopadło nas w końcu zmęczenie po 18 miesiącach na walizkach? Trudno powiedzieć. W każdym razie Haridwar zaszedł nam za skórę. Najpierw był wstrętny dworzec autobusowy, który po niedawnym deszczu zamienił się w bagno, więc nie łatwo było się z niego wydostać. Potem każdy z tryliona mijających nasz riksiarzy za wszelką cenę chciał nas przewieźć. Następnie okazało się, że odległość do centrum, która według mapy miała wynieść 600m była jakieś dwa razy dłuższa, co nie jest bez znaczenia, gdy temperatura wynosi 45 stopni, a na plecach ma się cały swój dobytek. Następna w kolejności była główna ulica, która według naszego przewodnika miała być „zaskakująco czysta”, a w rzeczywistości była zasyfiona i śmierdziała na wielu odcinkach sikami oraz – dla odmiany- końską kupą. Gdy już znaleźliśmy hostel to okazało się, że jedyna restauracja, w której można było zjeść bez ryzykowania weekendu w kiblu, a przy okazji w której nie trzeba było płacić haraczów w postaci jakiś podejrzanych dodatkowych podatków, znajduje się kilometr dalej. Niby niewiele, ale przypominamy o woniach na głównej ulicy. Posileni udaliśmy się do jedynej we wsi kafejki internetowej, w której powiedziano nam, że nie możemy korzystać z internetu, bo jesteśmy obcokrajowcami (??????). Gdy w końcu udało przekonać nam się właścicielkę (która z pewnością nigdy nie słyszała o czymś takim jak customer service), żebyśmy jednak mogli skorzystać, to próbowała nas owa paniusia skasować za 10 minut na kompie jak za pełną godzinę. Wybraliśmy się również na dworzec kolejowy, w celu zakupu biletów na pociąg do Delhi. Stanęliśmy w kolejce. Przed nami było jakieś osiem innych osób. To, że zanim kupiliśmy bilet minęła godzina, zupełnie nie zrobiło na nas wrażenia. Wrażenie zrobiła na nas za to zawziętość z jaką Indusi próbowali wcisnąć się nam do kolejki. Przemek przybrał groźną minę i stanowczym głosem odsyłał niecierpliwych na koniec. Chyba tylko dzięki naszej upartości kombinatorzy musieli iść się wciskać do innych kolejek. Gdy w końcu wybrałam się nad Ganges, żeby pooglądać co też w trawie piszczy, to okazało się, że bardzo niewiele. Poza armią sadu’s, którzy z przyjemnością pozowali by do fotek, pod warunkiem oczywiście, że w zamian dostali by co najmniej 10 rupii. Bo za mniej sadu nie opłaca się ruszać tyłka.

Nie wiemy jak te powyższe opisy brzmią dla stron trzecich, ale faktem jest, że trzy dni w Haridwar były beznadziejne, i że cała cierpliwość, którą tyle praktykowaliśmy kompletnie z nas wyparowała.

Chandigarh

O Chandigarh mówi się, że to najczystsze i najlepiej zaplanowane miasto w Indiach. Ci co byli w Indiach zrozumieją jak bardzo nas to zaintrygowało. Musieliśmy Chandigarh zobaczyć. Było już ciemno, kiedy dotarliśmy na miejsce i pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Szerokie ulice, wielkie przestrzenie, rondo na każdym skrzyżowaniu, eleganckie sklepy i restauracje. Nowoczesne miasto, które nijak pasowało nam do tych Indii, które dotąd znaliśmy. Rano ruszyliśmy na oględziny w świetle dziennym. I szybko okazało się, że nocny obraz Chandigarh to nie jest obraz wiarygodny. W centrum same brzydkie budynki. Przejścia dla pieszych są, ale co z tego skoro kierowcy i tak nie dają pieszym z nich skorzystać i trzeba walczyć, żeby przedostać się na drugą stronę ulicy. Co do czystości to owszem, jest lepiej niż powiedzy w Varanasi, Agrze czy Amritsar, ale to nie znaczy, że jest czysto. Śmietników oczywiście brak i całkiem sporo papierków i innych odpadków leży wzdłuż niektórych dróg. Modernistyczne budowle, które są niby główną atrakcją turystyczną miasta są szare, bure i nijakie, a do tego daleko od centrum. Żadni z nas specjaliści w dziedzinie architektury, więc może pewnych rzeczy nie potrafimy docenić, ale nam owe budynki zupełnie się nie podobały. Ot, wielkie betonowe bloki. Połaziliśmy więc trochę po mieście i po jednym dniu zwinęliśmy się dalej. Szkoda czasu na Chandighar. A jeśli mowa o czystych miastach w Indiach to zdecydowanie lepiej wypadł Leh.

Leh i okolice

Dzis tylko zdjecia

Z Leh…..

IMG_8745

…. i okolic

Do Manali przez Tso Moriri

Po niezbyt długich deliberacjach doszliśmy do wniosku, że jednak nie chce nam się iść na treking w Ladakhu. Grzech to być może straszny, ale nic na siłę. Robienie rzeczy wbrew sobie nigdy nam dobrze nie robiło, więc i tym razem odpuściliśmy sobie. W zamian wybraliśmy się nad jezioro Tso Moriri, 230km na południowy wschód od Leh, całkiem niedaleko granicy ze stanem Himachala Pradesh. Szukając ludzi, z którymi moglibyśmy pojechać nad jezioro i przy okazji podzielić koszt wynajmu samochodu, trafiliśmy na rodzinę z San Francisco, która prosto znad jeziora chciała pojechać do Manali. Było nam w zasadzie na rękę, żeby już nie wracać do Leh, bo – nie licząc trekingu – zobaczyliśmy w Ladakh już wszystko co chcieliśmy.

Czekały nas trzy dni, w czasie których mieliśmy sporo czasu spędzić w samochodzie. Pech chciał, że pierwszego dnia żołądki dzieciaków (9 i 12 lat) najnormalniej w świecie się rozstroiły. Całe szczęście w obu przypadkach zdążyliśmy zatrzymać samochód i ewakuować młodzież zanim opróżniła ona swoje żołądki z ich zawartości. Drugi pech polegał na marnej pogodzie. Gdyby tylko było pochmurnie! Poza chmurami trafił się najpierw deszcz, a potem najprawdziwszy śnieg. Śnieg w środku lata. Ok, ok, jezioro jest na 4500m npm, więc pogodowo wszystko może się tam zdarzyć, tylko czemu akurat wtedy, kiedy my się tam wybieramy?

Karzok, wiocha nad jeziorem, okazała się ladakhijską dziurą z prawdziwego zdarzenia, i mimo że oferowała bardzo kiepskie możliwości zakwaterowania, to bardzo nam się podobała. Bardzo autentyczni i mili ludzie, tylko dlaczego tak koszmarnie zimno?

Dzień drugi. Mieliśmy w planie dojechać tak daleko jak się da, najlepiej aż do Keylong, 120km przed Manali. To oznaczało jakieś 11h w samochodzie. Z przerwami oczywiście. Pierwszą z nich zrobiliśmy sobie przy obozie nomadów, niedaleko jeziora. Fascynujące miejsce. Zobaczyliśmy strzyżenie owiec, wyczesywanie kozy (na paszminę), zaproszono nas do jednego z namiotów, który w środku okazał się niezwykle przytulny, a lokalne dzieciaki zatańczyły dla nas w rytm ladakhijskiego przeboju.

Dalej było niewielkie słone jezioro Tso Kar. Okolica księżycowa, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niestety znów pochmurnie. Kawałek za Tso Kar dojechaliśmy do słynnej drogi łączącej Leh i Manali. Z powodu jakiś zawiłych przepisów dotyczących samochodowych pozwoleń na przejazd do innego stanu, musieliśmy w tym miejscu zmienić samochód. Koleś z agencji, która zorganizowała nam samochód i kierowcę, już czekał na nas z nowym wozem. Niestety niespodzianka. Do bagażnika załadowany został nieszczelny kanister z benzyną. Że kanister nieszczelny to w czasie drogi z Leh spora część benzyny się rozlała, co – jak można się domyśleć – dosyć poważnie wpłynęło na aromat unoszący się w powietrzu w środku samochodu. Fakt, że znajdowaliśmy się 5 godzin jazdy od Leh nie pomagał. Opcja powrotu do miasta i zamiany samochodu nie wchodziła w grę. Ruszyliśmy więc w kierunku Keylong drogę, która okazała się być najgorszą drogę jaką było nam w życiu jechać. Kręta, stroma, wąska, dziurawa, zapylona i dodatkowo pełna wolnych ciężarówek. Odurzenie benzyną na tyle jednak otępiło nasz zmysły, że drogę przetrwaliśmy w miarę dobrze. Jednak otępienie otępieniem, więc zdjęć z trasy mało. A szkoda, bo była piękna.

Dzień trzeci miał być króki i przyjemny. Jedyne 120km do Manali, na trasie jedna przełęcz, więc zapowiadało się jakieś 5h jazdy. Do przełęczy jechało się ok, a potem najnormalniej w świecie opadły nam szczęki. To co zobaczyliśmy jest trudno oddać w słowach i w zdjęciach, ale spróbujemy. Oczom naszym ukazał się następujący widok: przełęcz pokryta gdzieniegdzie resztkami śniegu, a na tych resztach setki Indusów na nartach i sankach. Wyciągu brak, więc zawodnicy wwożeni są na niewielkie pagórki na koniach tudzież na jakach. Wszyscy w kombinezonach narciarskich, których świetność przypadała na późne lata 80-te. Z kolorów dominował róż, turkus i fiolet. W kierunku przełęczy od strony Manali sznur samochodów z nową dostawą żądnych śniegu i narciarstwa Indusów, którzy prawdopodobnie owego śniegu i narciarstwa mają doświadczyć po raz pierwszy w życiu. Ci, którzy już dotarli na miejsce wyraźnie podekscytowani. Nie mogliśmy się napatrzeć na tą przedziwną scenę, ale że wystrojeni w kombinezony indyjscy turyści pozastawiali samochodami drogę w obu kierunkach, nie można było przystanąć nawet na chwilę, żeby się bliżej przypatrzyć. Pojechaliśmy więc dalej w kierunku Manali, gdzie w końcu poznaliśmy tajemnicę pochodzenia owych dosyć podstarzałych kombinezonów narciarskich – na dobre 20km przed miastem zaczęły wyrastać dziesiątki wypożyczalni sprzętu we wszystkich kolorach tęczy, z datą produkcji z pewnością z poprzedniego millenium.

Więc jeśli ktoś wybiera się do Manali i widzi w lokalnym biurze podróży ofertę jednodniowej wycieczki narciarskiej, to niech będzie ostrzeżony.

IMG_0152

IMG_0150

IMG_0126

IMG_0139

W Thikse modlą się mnisi

Postanowiliśmy wybrać się do klasztoru w Thikse, niedaleko Leh, żeby zobaczyć poranną modlitwę mnichów. Nie łatwo było ustalić godzinę rozpoczęcia owej modlitwy. Trzy różne źródła podały nam trzy różne pory oscylujące pomiędzy 5.00 a 6.30. Oczywiście rano. Z racji braku pewnej informacji postanowiliśmy postawić na kompromisową 5.30. Autobusy tak wcześnie nie jeżdżą, a taksówka była droga, więc wynajęliśmy sobie na tę okazję motor. Sprawa niby prosta. A jednak nie do końca. Żeby wynająć motor w Indiach, a przynajmniej w Leh, trzeba jasno określić swoje priorytety. Na czym nam najbardziej zależy? Na światłach, na hamulcach, na klaksonie? Trzeba wybrać, bo nie ma takiej opcji, żeby w motorze wszystko działało. Doświadczenia ostatnich tygodni w Indiach nauczyły nas, że w tym kraju najważniejsza rzecz w pojeździe to działający klakson. Na klakson więc postanowiliśmy i trafił nam się motor z owym klaksonem właśnie. Jedyną działającą poza klaksonem rzeczą był prawy kierunkowskaz. I na szczęście hamulce. Wszystko inne nie działało. No bo po co komu lewy migacz, światło stopu, czy też prędkościomierz albo wskaźnik paliwa? Dopóki działa klakson, wszystko inne jest nieistotne. W końcu prąd jest drogi, trzeba oszczędzać na świetle, i żarówek w motorach się tu nie wymienia.

Zaczęło się o 6.00 od dzwonka wzywającego na modlitwę. Zanim wszyscy się zeszli, dwójka mnichów weszła na dach, gdzie trzykrotnie zagrali na specjalnych trąbkach coś na kształt melodii. W tym czasie mnisi schodzili się do sali modlitewnej i chwilę później się zaczęło. Całość byłą bardzo nieskomplikowana, ale bardzo ciekawa. Mnisi przez dobrą godzinę wspólnie recytowali w niezwykłym rytmie święte teksty. W międzyczasie najmłodsi serwowali śniadanie. Za każdym razem, gdy przychodził czas na dolewkę herbaty, mali chłopcy ścigali się do czajników, wyraźnie próbując na kilka chwil uniknąć w ten sposób konieczności recytacji, która dla wielu z nich wyglądała na nudną. Dla nas całość była fascynująca.