Ranking subiektywny – część 2

Że czytelnicy zaproponowali kilka dodatkowych kategorii, i że nam kilka nowych pomysłów się w międzyczasie wymyśliło, tak więc mamy drugą część rankingu subiektywnego.

Najmniej ciekawy kraj

Nie zachwyciły nas Laos i Ekwador (poza Galapagos). Przy sąsiadach wypadły blado. Nie widzieliśmy w tych krajach wszystkiego co mają do zaoferowania, ale to co widzieliśmy zrobiło na nas małe wrażenie.

Najpiękniejsze zachody słońca

Tak się utarło, że jak zachód słońca to i plaża. Ale my najpiękniejsze zachody słońca widzieliśmy nad Bajkałem w Rosji.

Najwygodniej podróżowało się po…

…Argentynie. Odległości ogromne, ale tam autokary występują tylko w wersji wypas oraz mega-wypas. Czyściutko, wygodnie, dużo miejsca, posiłki w cenie biletu, kierowcy pod krawatem i te klimaty.

Najgorsza droga

Chyba ta z Leh do Manali w Indiach. Nieopisanie dziurawa, kręta, stroma i miejscami przerażająco wąska. Do tego cztery przełęcze (nawet ponad 5000 m npm) i sporo wielkich, wolnych ciężarówek do wyprzedzenia. Przejechanie 470km przy dobrych wiatrach i umiejętnym kierowcy zajmuje około 20 godzin.  Autobusem jakieś 10h więcej.

Najbardziej niewygodny środek transportu

Trudno wybrać zwycięzcę, ale w czołówce musi się znaleźć koszmarnie przeładowana łódź z niskimi i strasznie twardymi ławkami, którą płynęliśmy z Siem Reap do Battambang w Kambodży. Państwowe autobusy na niektórych trasach w Indiach, którymi nieraz jeździliśmy w temperaturach pomiędzy 45 a 50 stopni też trudno będzie zapomnieć.

Najbardziej traumatyczna ubikacja

O jedną konkretną będzie ciężko, ale możemy w ramach uogólnienia napisać, że nie ma według nas gorszych ubikacji niż publiczne ubikacje na chińskiej prowincji. Chodzi głównie o przybytki na dworcach autobusowych w małych dziurach i te przy drogach. Nigdy nie sprzątane i kompletnie odcięte od dopływu wody. Mogłabym napisać „możecie sobie to wyobrazić”, ale ręczę, że nie możecie sobie tego wyobrazić ;)

Najlepsze zakupy

To zależy. Nie jesteśmy fanami zakupów, więc doświadczenie w tej kwestii mamy niewielkie, ale wydaje nam się, że tanie, markowe ciuchy najlepiej kupować w Indiach – taniocha. Jeśli chodzi o wybór to z tego co widzieliśmy wygrywa Dubai.

Ulubione gadżety podróżnicze

Trzy rzeczy. Po pierwsze, grzałka elektryczna. Oczywistą oczywistością jest to, że dzięki niej można się napić herbaty i/lub kawy bez wychodzenia z hostelu. Mniej oczywiste jest to, że grzałką można ugotować jajka na twardo, albo podgrzać parówki. Sprawdzone :) Po drugie, mała składana parasolka. Rasowy backpacker powinien mieć na stanie kurtkę przeciwdeszczową, ale jak pada w takim powiedzmy Bangkoku, to kurtka przeciwdeszczowa jest ostatnią rzeczą jaką człowiek ma ochotę na siebie ubrać. Po trzecie, tzw. bandana, czyli niewielka kwadratowa chustka. Mała, można wyprać pod prysznicem, schnie chwilę, a może służyć za tysiąc rzeczy. Nam najczęściej przydawała się jako chustka do wycierania potu z twarzy (to w tropikach), chustka do nosa (to w nie-tropikach), maska na twarz (chroniąca od kurzu albo smrodu) albo przeciwsłoneczna ochrona na głowę.

Zupełnie zbędne w podróży

Większość jest zbędna, choć nie łatwo z pewnych rzeczy zrezygnować. W naszym przypadku praktycznie kompletnie zbędny okazał się telefon komórkowy. Przez całą podróż wysłaliśmy może ze 30 sms-ów. Do komunikacji używaliśmy Skypa.

Zbędna jest też zbyt duża ilość ubrań. W kółko chodziliśmy w dwóch czy trzech na okrągło pranych koszulkach i dwóch parach spodni/spodenek. Przydatność takich gratów jak śpiwór, ciepła kurtka czy buty trekingowe zależy od tego gdzie się jedzie i co ma się zamiar tam robić. W naszym przypadku te rzeczy przydały się bardzo w Ameryce Południowej, a w Azji były zbędnym ciężarem.

Najtaniej podróżowało się po…

…Indiach. $15 dziennie (na osobę) zaspokajało wszystkie nasze potrzeby, i to jeszcze z nawiązką.

Najdrożej podróżowało się po…

…Nowej Zelandii. Zaraz potem są Chile, Argentyna i Brazylia. Ale bez względu na koszty, nie żałujemy ani jednego dolara wydanego w tych miejscach.

Najlepszy stosunek ceny do jakości

Bez dwóch zdań Wietnam. Dla przykładu normą były pokoje z klimą, kablówką, lodówką, wi-fi i oczywiście łazienką za $8-9 za dwójkę. Nawet w bardzo tanich Indiach się to nie zdarzało.

Najpiękniejsze miejsce zbudowane ręką ludzką

Bagan w Birmie. Takie miejsce nie może nie zrobić ogromnego wrażenia.

Bagan

Najfajniejsza wyspa

Nie możemy wybierać z wielkiej puli, bo wcale tych wysp wiele nie zaliczyliśmy. Jeśli założyć, że Nowa Zelandia to wyspa, to w tej kategorii wygra chyba Nowa Zelandia. Jeśli Nową Zelandię pominiemy, to na samym szczycie będą wyspy Galapagos w Ekwadorze i Ko Phan Nga w Tajlandia. Ta druga nadaje się idealnie do nicnierobienia przez kilka dni.

Najpiękniejsza plaża

Playa Tortuga, Wyspa  Santa Cruz, Galapagos – mimo, że z racji zawsze wzburzonej wody zasadniczo nie nadawała się do moczenia w oceanie. Do opalania ewentualnie.

Reklamy

Ranking subiektywny

Jak to mówią – wszystko co dobre szybko się kończy. U nas też się skończyło, choć nie aż tak szybko, bo po 569 dniach. No i mamy nadzieję, że to nie ostatnia dobra rzecz jaka nas w życiu spotkała. W każdym razie nadszedł dzień powrotu no i jesteśmy. Przyszedł więc czas na podsumowanie. Na początek ranking.

Ulubiony kraj

Tu jest między nami pełna zgodność. Jedyna i przecudowna Argentyna. Urzekło nas przede wszystkim piękno tego kraju, ale także wspaniali ludzie. Jak dla nas Argentyna to numer 1.

Ulubione duże miasto

Trudna decyzja, ale chyba Buenos Aires. Bardzo europejskie, ale jednocześnie egzotyczne miasto. Dużo charakteru.  A zaraz za Buenos Aires musi być Bangkok. Mimo zgiełku, korków i smogu to nasza ulubiona azjatycka stolica.

Ulubiona mała miejscowość

Wypadło na dwa miejsca – Hoi An w Wietnamie i Akaroa w Nowej Zelandii. Po tym pierwszym można łazić godzinami i się nie nudzić. W tym drugim zamieszkamy na emeryturze :)

Najbrzydsze miasto

Kandydatów jest kilku. Dla mnie wygrywa Juliaca w Peru. W mieście co prawda ani razu się nie zatrzymaliśmy, że przejeżdżaliśmy przez nie aż 5 razy na trasach pomiędzy Arequipą, Cuzco i Puno. Straszne brzydactwo. Przemek ma innego kandydata – Haridwar w Indiach.

Moglibyśmy mieszkać w…

…w Argentynie i/lub Nowej Zelandii na całe życie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Inaczej oczywiście wszystko wygląda z perspektywy odwiedzającego, a inaczej z perspektywy mieszkańca danego miejsca, ale tym dwóm miejscom bylibyśmy w przyszłości gotowi dać szansę. Bez problemu moglibyśmy też trochę pomieszkać – z rok lub dwa – w Tajlandii czy Malezji.

Najlepsze jedzenie

Jeśli mowa o najlepszej kuchni w ogóle, to jesteśmy w 100% zgodni, że wygrywa Tajlandia. Tam wszystko czego się człowiek dotknie jest pyszne, albo przynajmniej dobre. Ja bardzo wysoko stawiam także kuchnie Indii. Przemek ma na jej temat inne zdanie. Schudł w Indiach 14kg, więc pewnie się domyślacie jakie to zdanie ;)

Ale z wielu innych miejsc mamy wspaniałe wspomnienia kulinarne – argentyńskie steki i parilla, owoce morza na wyspie Chiloe w Chile, wędzone ryby nad Bajkałem, najlepsze na świecie pierogi ruskie na Ukrainie, ceviche w Peru, świeżo złowione krewetki w Kambodży, przepyszna zupa boh w Wietnamie… Dużo tego jest i dopiero teraz do nas dotarło, że prawie w ogóle nie pisaliśmy na blogu o jedzeniu, co jest dziwne, bo my generalnie żyjemy od posiłku do posiłku. No dobra – ja tak żyję ;)

Najgorsze jedzenie

Chyba Chiny. Chińska kuchnia niby taka dobra, ale nam zupełnie nie spasowała. Bardzo lubiliśmy chińskie knajpki mieszkając w Australii, ale w Chinach to wszystko jakoś inaczej smakuje…

Trzeba też wspomnieć o mega nudnym i niesmacznym jedzeniu w Mongolii, które w zasadzie ograniczało się (poza Ułan Bator) do makaronu, ryżu i śmierdzącej baraniny.

Najpiękniejszy krajobraz

Strasznie trudna decyzja. Na pewno Salar de Uyuni i Altiplano w Boliwii muszą być bardzo wysoko. Górskie widoki w Nepalu chyba muszą być następne. No i Bajkał.

Największy szok kulturowy

Tu znowu nie ma między nami zgody. Przemek mówi, że zdecydowanie Indie. Ja mówię, że zdecydowanie Chiny.

Najbardziej ekscytujące przeżycie

Chyba pływanie z rekinami wielorybimi na Filipinach. O ponad 10-metrowych rybach na wyciągnięcie ręki trudno zapomnieć.

Najbardziej stresujące przeżycie

Wiadomo – trzęsienie ziemi w Chile. W epicentrum trzęsienie miało 8.8 stopni w skali Richtera i było trzecim najsilniejszym zarejestrowanym trzęsieniem ziemi w historii. My byliśmy jakieś 200km od epicentrum, więc było ‚tylko’ 7.4 stopni. Przerażające i nikomu tego nie życzymy.

Najbardziej nietypowy środek transportu

Bambusowy pociąg w Battambang w Kambodży.

Najlepszy hostel

Footsteps Hostel w Santiago de Chile. W wyniku trzęsienia ziemi utknęliśmy w nim na tydzień i świetnie się bawiliśmy. Wspaniali ludzie na recepcji, świetni współlokatorzy, świetne imprezy z piscolą w roli głównej ;)

Najfajniejsi ludzie

Birma. Otwarci, życzliwi, ciekawi ale nie nachalni, zawsze uśmiechnięci.

Najpiękniejsi ludzi

Filipiny. Nigdzie nie widzieliśmy tyle pięknych twarzy.

Największy niedosyt pozostał po…

Argentyna, Chile, Brazylia, Chiny. Ogromne kraje (może poza Chile), po których można by podróżować miesiącami. W Argentynie i Chile spędziliśmy w sumie 9 tygodni, ale jeśli ktoś myśli, że to dużo to się myli. Koniecznie chcemy tam wrócić. Brazylię tylko liznęliśmy (raptem 10 dni), bo tym razem nie było nas na nią stać, ale kraj jest niesamowity i na pewno spróbujemy go kiedyś lepiej poznać. A Chiny to Chiny – kraj-zagadka, z racji kompletnie unikalnej kultury. Setki pięknych miejsc. Na pewno nie była to nasz ostatnia podróż do Państwa Środka.

Najbardziej fotogeniczny kraj

Bezsprzecznie Indie. W żadnym innym kraju nie było tak, żeby ludzie prosili żeby im zrobić zdjęcie i jeszcze za to dziękowali. I to się działo na każdym kroku. Do tego te kolorowe sari, barwne ceremonie, piękne krajobrazy, różnorodność kulturowa.

Najlepsze nurkowanie i snorkeling

Od nurkowania jest u nas Przemek i Przemek mówi, że w tej kategorii wygrywa Balicasang na Filipinach. Zaraz potem są wyspy Galapagos. W kategorii ‚snorkeling’ typujemy okolice El Nido na Filipinach.

Najlepszy treking

Co za pytanie. Wiadomo, że trasa wokół Annapurny to było to.

Tyle nam przychodzi w tej chwili do głowy. Jeśli ktoś ma pomysł na inną kategorię, albo jest ciekawy innych naszych preferencji w tej podróży to prosimy zostawić komentarz – odpowiemy.

W następnych odcinkach będą odpowiedzi na najczęściej zadawane przez czytelników pytania o praktyczną stronę podróży. A potem odpowiedź na pytanie ‚ I co dalej?’

Na koniec Ateny

Nasz lot z Delhi – przez Zjednoczone Emiraty Arabskie – miał swój koniec w Atenach. Trochę nietypowo, ale tak wyszło. Że jak powszechnie wiadomo Grecja ledwo przędzie, to postanowiliśmy zatrzymać się w jej stolicy i wydać kilka euro, co by wesprzeć lokalną gospodarkę. Znaleźliśmy w necie mega ofertę hotelu za jakieś śmieszne jak na Grecję pieniądze, więc z niej skorzystaliśmy i postanowiliśmy zostać w Atenach na jeden dzień.

Plan pobytu nie był zbyt ambitny i według założeń miał się ograniczyć do czterech punktów: 1. kupić oliwki, 2. zjeść kebaba, 3. zjeść sałatkę grecką z dużą ilością fety, 4. zobaczyć Akropol. W zasadzie trzy pierwsze punkty można by zrealizować choćby w Suwałkach, ale Akropol jest tylko w Atenach, więc kebab był niejako przy okazji.

Pierwsze na liście były oliwki. W celu ich zakupu poszliśmy na główne targowisko w Atenach. Targ przecudny. Tony mięsa wszelkiej maści, tony owoców morza, no i tony oliwek. Zielone, czarne, z pestką, bez, z chili, bez chili. Wszystkie świeżutkie, pięknie błyszczące i za jedyne 3 euro za kilo.

Potem miał być kebab z sałatką grecką, ale szukając knajpki, która by nam odpowiadała dotarliśmy pod budynek greckiego parlamentu, gdzie z zaciekawieniem obejrzeliśmy odgrywane co pół godziny przedstawienie pod tytułem Zmiana warty przez kilku kolesi w rajtuzach i z wielkimi pomponami przy butach, którzy śmiesznie machają nogami i chwalą się wyglądem podeszew swojego obuwia. Spektakl przezabawny i wszystkim go polecamy.

Spod parlamentu było już rzut beretem do świątyni Zeusa, a w zasadzie tego co z niej zostało. Chwilę się tam pokręciliśmy i poszliśmy w kierunku Akropolu. Trzeba się było trochę spocić, żeby wejść na wzgórze. Nie żeby było jakoś wysoko, ale jednak pod górkę. Na szczycie o wiele mniej turystów niż się spodziewaliśmy, co miło nas zaskoczyło. A w budynku Panteonu wielki żuraw, a wokół las rusztowań. Jak tego żurawia wsadzono do środka nie mamy pojęcia, pewnie na części. Widok ze wzgórza przecudny. Ateny podobały nam się już na poziomie morza, ale z góry zrobiły na nas jeszcze większe wrażenie. Mogą sobie ludzie mówić, że Ateny są nudne, brzydkie i brudne, ale tak chyba było dawno. Teraz jest czysto, kolorowo i z charakterem. Dla nas bomba. Choć nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że dopiero co przyjechaliśmy z zasyfionego, rozkopanego i przeludnionego Delhi.

Pokręciliśmy się jeszcze trochę po centrum Aten i zdecydowaliśmy, że czas w końcu na tego kebaba. Znaleźliśmy miły lokal, gdzie zjedliśmy ogromną michę sałatki greckiej z pyszną fetą i dwa wielkie kebaby. Co to dużo mówić – było miło.

Mówcie co chcecie, ale Ateny są super, i tak nam się spodobało, że zamarzyły nam się wakacje w starej, dobrej, zużytej Grecji. Najlepiej na jakiejś wyspie, której nie odkryła jeszcze europejska brać turystyczna. Jeśli taka wyspa oczywiście jeszcze się ostała.

Dubai? Nuuuudaaaa!

Pozmieniali nam godziny lotów i nagle okazało się, że zamiast dwóch godzin na przesiadkę w Emiratach, mamy tych godzin dwanaście. I to akurat od samego rana do późnego popołudnia. Nie lądowaliśmy w Dubaju tylko w Sharjah, ale to wieś obok, więc pomyśleliśmy, że skoro mamy tyle czasu to zamiast snuć się po lotnisku to pojedziemy do Dubaju. Obywatele Czcigodnej Rzeczpospolitej potrzebują w tym celu wizy tranzytowej, którą za ‚symboliczne’ 130zł można dostać na lotnisku. Ale że my jesteśmy obywatelami świata i mamy po dwa paszporty w kieszeni to skorzystaliśmy z faktu, że nasze drugie ojczyzny załatwiły ruch bezwizowy z Emiratami. I wyszliśmy na miasto za darmo.

Autobus i metro dowiozły nas do centrum. Wysiedliśmy ze stacji, a tu stoi wielkie centrum handlowe. Że Dubaj słynie z jednych z najlepszych ponoć zakupów na świecie to weszliśmy pozwiedzać owy przybytek, żeby się zorientować czy warto będzie się tu wybrać jak już w końcu wygramy w totolotka i będziemy mieli wolne $10tys na ciuchy. Gmach przeogromny, sklepów setki, a wśród nich Carrefour. Nie żeby Carrefour normalnie jakoś nas podniecał, ale my nie widzieliśmy ani jednego supermarketu od trzech miesięcy. A ten dubajski Carrefour to był chyba najlepiej na świecie zaopatrzony supermarket. Wyobraźcie sobie jak musiał wyglądać typowy Polak w roku 1985, gdyby przeniósł się nagle do supermarketu w zachodnich Niemczech? Bardzo staraliśmy się opanować podniecenie, ale prawdopodobnie zachowywaliśmy się jak taki właśnie Polak. Chodziliśmy między półkami przyglądając się produktom jakbyśmy je widzieli pierwszy raz w życiu. A było na co patrzeć po trzech miesiącach indyjsko-nepalskiej diety. Zaopatrzyliśmy się w to co najbardziej za nami ostatnio chodziło i co nie wymagało dostępu do kuchni, czyli pudełko sushi (bo jak można żyć bez sushi), bułki, ser i jogurt. Usiedliśmy sobie grzecznie na ławeczce w tej świątyni zakupów i zjedliśmy wszystko w moment.

Mimo, że na tym etapie jeszcze nic w Dubaju nie widzieliśmy to już uznaliśmy tę wizytę za udaną i w sumie bez wyrzutów sumienia mogliśmy wracać na lotnisko. Doszliśmy jednak do wniosku, że coś może jednak wypadałoby zobaczyć. Najlepiej Burj Al Arab, czyli jeden z kilku tylko siedmiogwiazdkowych hoteli na świecie i symbol Dubaju. Udaliśmy się więc z centrum handlowego w kierunku stacji metra. W czasie naszej wizyty w świątyni konsumpcjonizmu temperatura na zewnątrz osiągnęła jakieś 250 stopni. Buchnęło nam w twarz jak z rozgrzanego piekarnika. Metro na szczęście klimatyzowane. I to jak. Chłodniej o jakieś 20 stopni. Więc na dworze człowiek ledwo żyje, bo tak gorąco, a w metrze i we wszystkich innych klimatyzowanych pomieszczeniach dostaje gęsiej skórki.

Burj Al Arab niby w Dubaju, a w zasadzie poza nim. Dojazd metrem zabiera dobre pół godziny. Akurat ta linia metra jedzie nad ziemią, więc przy okazji mogliśmy pooglądać co i jak. No i musimy przyznać, że nuda. Jeden wysoki biurowiec obok drugiego, wielkie apartamentowce. Dziesiątki kolejnych budynków w budowie. Ulice od linijki. Miasto na pustyni, więc zieleni prawie żadnej i wygląda to wszystko nijak.

Ale wracając do Burj Al Arab. Przesiedliśmy się w lodówki do piekarnika, czyli z metra na ulicę. Odległość do hotelu wyglądała na jakieś 1km. Czyli z buta, bo na taryfę szkoda nam pieniędzy. Szybko okazało się, że decyzja była błędna, bo z upału można było zemdleć. Na ratunek przyszedł nam na szczęście niezwykły dubajski wynalazek, czyli klimatyzowany przystanek autobusowy. Niezły czad co? Szklana budka ze stałą temperaturą 20 stopni w środku. To tak jakby w Polsce budowano ogrzewane przystanki, bo w końcu zima zimna. Z punktu widzenia ekologii klimatyzowany przystanek autobusowy to jest co najmniej przegięcie, bo jak wiadomo klima pożera kupę prądu, ale dla nas był owy wynalazek zbawienny. Doczołgaliśmy się w końcu pod hotel. Sekurity jak pod amerykańską ambasadą w Bagdadzie. Wejść do środka owszem można, ale trzeba w tym celu wykupić wejście do hotelowego baru, które kosztuje jedyne $60 od głowy. Z wiadomych względów oferta nas nie interesowała, więc poszliśmy oglądać hotel od strony niedalekiej plaży. Wyglądało to mniej więcej tak jak na zdjęciu poniżej. Na żywo nic specjalnego. To jedno z tych miejsc, które w tv i na fotach prezentuje się znacznie lepiej niż na żywo.

Wróciliśmy ledwo żywi do centrum z planem, żeby coś w owym centrum zobaczyć. Nie żeby bardzo nam zależało do dokładnym zwiedzaniu miasta, bo ani nam się jakoś Dubaj nie spodobał, ani nie mieliśmy siły. Doszliśmy jednak do wniosku, że skoro już się tu pofatygowaliśmy i wydaliśmy kasę na dojazd to może coś jednak zobaczmy. Poszliśmy więc na targ, który z nazwy miał być targiem przypraw. I przyprawy były, ale więcej było tandetnych pamiątek made in China. Rozczarowani zdecydowaliśmy, że chyba jednak sobie już ten Dubaj darujemy. I wróciliśmy na lotnisko. Kilka godzin później wylądowaliśmy w stolicy europejskiego kraju, który od pewno czasu ma na starym kontynencie opinię oszusta i kanciarza, bo uprawiał kreatywną księgowość, a teraz trzeba im pożyczać kasę, której pewnie i tak nie odda. Relacja lada dzień.

A na deser Delhi

Wyszło na to, że ostatnie pięć dni w Indiach mieliśmy spędzić w Delhi. To zdecydowanie za długo na taki moloch jak indyjska stolica, ale ani nie miliśmy pomysłu gdzie by tu indziej pojechać, ani nam się za bardzo nie chciało wysilać. Więc wylądowaliśmy na Paharganj, czyli na delhijskiej dzielnicy backpackerskiej. Nie będę pisać, że to lokalny odpowiednik Kao San Road w Bangkoku, bo to by była obraza w stosunku do Kao San Road. Nie żeby Kao San Road to była jakaś rewelacja, ale przynajmniej nie wygląda tak:

Bo tak moi drodzy wygląda główna ulica dzielnicy, w której zatrzymują się chyba wszyscy budżetowcy odwiedzający Delhi, a jest ich sporo. Niby jest wymówka, że Delhi przygotowuje się do Commonwealth Games (to taka jakby olimpiada dla byłych brytyjskich kolonii), więc trwają remonty, ale jak byłam w Delhi w 2004 roku to Paharganj wyglądało w zasadzie tak samo. Może tylko gruzu było ciut mniej.

Commonwealth Games zaczynają się na samym początku października, ale stan robót w niektórych miejscach jest taki jakby jeszcze przez conajmniej rok nic nie miało się wydarzyć. I najciekawsze jest to, że bez względu na to o jakiej porze dnia się obok tych robót przechodzi to dwóch pracuje, a piętnastu odpoczywa. Dominuje rękodzieło. Ewentualnie trafi się kolo z kilofem albo młotem, ale bardziej wyrafinowane urządzenia budowlane widzi się raz na ruski rok. Co ciekawe, sporą grupę pracowników remontowych stanowią kobiety, które nawet na tę okazję nie zmieniają sari na strój roboczy. W każdym razie rozkopane jest dokładnie, a postępu nie widać.

Przez trzy pierwsze dni pobytu w Delhi trwaliśmy nadal w stanie potocznie zwanym qrwicą indysjką, o którym pisaliśmy w poprzednim poście. Punktem kulminacyjnym była próba przejechania pewnego odcinka lokalnym metrem. Chyba w innej części miasta musiał się tego dnia odbywać mecz krykieta albo może kręcili jakiś bollywoodzki hicior, bo połowa populacji Delhi stawiła się na tym samym peronie co my. Ja rozumiem, że ludziom zależy żeby się dostać do pociągu, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby rozumieć logikę pod tytułem ‚niech najpierw ludzie sobie wysiądą, bo wtedy łatwiej będzie mi wejść, bo w środku zrobi się miejsce.’ Ale nie w Indiach. Tu nie marnuje się energii na logiczne myślenie, bo trzeba ową energię zachować na walkę. Walka rozgrywała się oczywiście pomiędzy wysiadającymi i wsiadającymi. I była to najbardziej zacięta walka o miejsce jaką widzieliśmy kiedykolwiek. Udało nam się wsiąść dopiero do trzeciego kolejnego pociągu, a w zasadzie wniósł nas tłum. Nie mogliśmy się powstrzymać i musieliśmy się wydrzeć na kilku zapaleńców, którzy w ferworze walki zaaplikowali nam łokcie w bok i prawie mnie wywróćili. Potem trzeba było wysiąść, co okazało się być o wiele trudniejszym zadaniem, bo nawet jak się wsiadającemu kolesiowi patrzyło prosto w oczy i mówiło głośno Let me go out first to on jeszcze bardziej parł do przodu. Na miejsce dojechaliśmy spoceni, z podniesionym ciśnieniem i jeszcze bardziej wkurzeni na Indie. Po takich doświadczeniach baliśmy się kolejnych wizyt w metrze, ale albo skończył się krykiet, albo skończyli kręcić hiciora, bo w kolejnych podejściach były już umiarkowane ilości ludzi, co nie znaczy że się nie pchali. A i złość nam trochę przeszła i ostatnie dwa dni byliśmy już prawie kompletnie ślepi na wszystko.

Nie zwiedzaliśmy jakoś zbyt intensywnie, bo nam się nie chciało, a i klimat nie sprzyjał – temperatura oscylowała w granicach 42 do 45 stopni. Skupiliśmy się więc na zakupach, bo garderoba nasza domagała się odświeżenia, a w Delhi można się obkupić za grosze, co wszystkim serdecznie polecamy.

I tak oto nadszedł nasz ostatni dzień w Indiach. Ale zanim nasza podróż miała skończyć się na dobre – bo niestety konieć w końcu nadszedł – mieliśmy odwiedzić jeszcze dwa miejsca. Już nie w Indiach. Ale o tym w następnych odcinkach.

O tym jak podróż nauczyła nas cierpliwości, a Haridwar chwilowo nas jej pozbawił

Wiecie jak się to mówi, że podróże kształcą. Że niby tyle można się nauczyć jeżdżąc po świecie. Ludzie piszą na swoich blogach, że nauczyli się zarządzania budżetem, organizacji, odpowiedzialności i innych bajerów w tym klimacie. Coś w tym jest, ale dużo zależy chyba od tego jaką się miało pozycję wyjściową. W sensie, ile się umiało przed wyjazdem. Nie że jacyś z nas geniusze, ale my te rzeczy umieliśmy już wcześniej. Więc nigdy nie fantazjowaliśmy, że po powrocie będziemy mogli sobie zapełnić CV nowymi umiejętnościami. Ale czegoś jednak nas ta podróż nauczyła.

Dwie rzeczy przychodzą nam do głowy. Pierwsza to język hiszpański. Nasz hiszpański daleki jest od perfekcji, ale w Ameryce Południowej nauczyliśmy się go na tyle, żeby swobodnie podróżować i rozmawiać na różne tematy. Umiejętność jak najbardziej przydatna, tym bardziej, że marzy nam się pomieszkać w Hiszpanii, a do Ameryki Południowej na pewno jeszcze wrócimy, bo bez dwóch zdań kontynent ten daje rade. I to bardzo.

Druga rzecz to cierpliwość. I chodzi nam o taką zwykłą, codzienną cierpliwość – czekanie na spóźniony pociąg, przepychający się ludzie, koszmarne korki, milion osób przed jedynym bankomatem we wsi itp. itd. Tak się składa, że na co dzien żyjemy w świecie, w którym lubimy, gdy wszystko dzieje się od razu, bez czekania i według zasad przestrzeganych przez większość. No i rusza człowiek w podróży po Azji i Ameryce Południowej i okazuje się, że większość świata funcjonuje ciut inaczej. Szybko jednak potrafiliśmy się dostosować do nowej rzeczywistości. Z miesiąca na miesiąc byliśmy bardziej wyluzowani. Mało co potrafiło wyprowadzić nas z równowagi – 30 osób przed bankomatem w Argentynie (co zdarzało się bardzo często), zepsuty autobus w Boliwii i 4h czekania na mechanika z wiochy oddalonej o raptem 15km, łódź w Kambodży, w którą władowano tylu ludzi, że woda prawie wlewała się do środka, próby przejścia przez ulicę w Sajgonie. Setki takich sytuacji. Naprawdę dawaliśmy radę w temacie cierpliwości. Aż do momentu przyjazdu do Haridwar.

Ale zanim o Haridwar to najpierw kilka słów o Indiach, w ramach wprowadzenia. Info dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji do Indii dotrzeć – jeśli planujecie przyjechać do Indii, bo widzieliście na kablówce reklamę Incredible India to chcieliśmy Was uprzedzić, że jak w przypadku każdej zresztą reklamy, rzeczywistość jest trochę inna. Bo zarówno reklama Incredible India, jak i zdjęciach z tego wielkiego kraju (nasze też) nie pokazują pełnej prawdy. Nie widać na nich, że na co drugim skrzyżowaniu i przy prawie każdym murz śmierdzi sikami. Nie widać też panów (a czasem i pań), którzy reguralnie dbają o utrwalanie owej woni. Nie widać wielkich kup na każdym kroku. Nie widać krów, które owe kupy walą, po tym jak nażarły się kartonów, plakatów z murów tudzież plastikowych reklamówek z resztkami jedzenie. Nie widać nieopisanych ilości śmieci w miastach, które niby każdego ranka są wywożone, ale miliardowi Indusów nie potrzeba wiele czasu, żeby dostarczyć nowej porcji odpadków. Nie widać nieopisanego chaosu na ulicach. Nie słychać miliona klaksonów, których dźwięk nigdy nie ucicha. Indusi trąbią z zapałem jakiego jeszcze nigdy nie spotkaliśmy. Nie widać tłumu, który za żadne skarby nie jest w stanie uformować kolejki. Nie widać jeszcze wielu innych rzeczy.

Ok, tylko prosimy bez krzyku i bez oskarżeń pod tytułem „pojechały buraki do Indii i narzekają”. Informujemy tylko o różnicach pomiędzy rzeczywistością, a tym co widać na zdjęciach i w telewizji. Przyjeżdżając do Indii przyjęliśmy do wiadomości, że tak tutaj po prostu jest i nie mieliśmy w planach przeprowadzania w Indiach rewolucji. I szło nam w sumie całkiem dobrze. Dotychczasowy, wielomiesięczny trening podróżniczy w kategorii „cierpliwość” przyniósł efekty. Aż do momentu przyjazdu do Haridwar.

W zasadzie winę ponosi Ladakh. Bo Ladakh jest tak inny od reszty Indii, że na dobrą sprawę jest jak osobny kraj. Nie chodzi tylko o różnice kulturowe. Ladakh jest czysty i pusty. Dlatego spędzony tam czas wyostrza zmysły. Z Ladakhu jednak trzeba nam było wrócić do tych drugich Indii. Tych indyjskich Indii. W Manali zaszyliśmy się na kilka dni w pokoju, więc tysiące mega głośnych induskich turystów nam nie przeszkadzało. Potem był Chandighar. Ale to nie jest typowe indyjskie miasto, więc jeden dzień minął nam tam spokojnie. Za to z Chandighar pojechaliśmy do Haridwar. I tam trafił nas szlag.

Haridwar to jedno z siedmiu świętych miejsc dla Hinsusów. Niedaleko stąd ma źródło Ganges. Spodziewaliśmy się więc czegoś w klimacie Varanasi (które strasznie nam się podobało). A tu dupa. Nie dosłownie, ale mimo wszystko dupa. W sumie nie wiemy czy mamy rację obwiniając Haridwar. Może po prostu dopadło nas w końcu zmęczenie po 18 miesiącach na walizkach? Trudno powiedzieć. W każdym razie Haridwar zaszedł nam za skórę. Najpierw był wstrętny dworzec autobusowy, który po niedawnym deszczu zamienił się w bagno, więc nie łatwo było się z niego wydostać. Potem każdy z tryliona mijających nasz riksiarzy za wszelką cenę chciał nas przewieźć. Następnie okazało się, że odległość do centrum, która według mapy miała wynieść 600m była jakieś dwa razy dłuższa, co nie jest bez znaczenia, gdy temperatura wynosi 45 stopni, a na plecach ma się cały swój dobytek. Następna w kolejności była główna ulica, która według naszego przewodnika miała być „zaskakująco czysta”, a w rzeczywistości była zasyfiona i śmierdziała na wielu odcinkach sikami oraz – dla odmiany- końską kupą. Gdy już znaleźliśmy hostel to okazało się, że jedyna restauracja, w której można było zjeść bez ryzykowania weekendu w kiblu, a przy okazji w której nie trzeba było płacić haraczów w postaci jakiś podejrzanych dodatkowych podatków, znajduje się kilometr dalej. Niby niewiele, ale przypominamy o woniach na głównej ulicy. Posileni udaliśmy się do jedynej we wsi kafejki internetowej, w której powiedziano nam, że nie możemy korzystać z internetu, bo jesteśmy obcokrajowcami (??????). Gdy w końcu udało przekonać nam się właścicielkę (która z pewnością nigdy nie słyszała o czymś takim jak customer service), żebyśmy jednak mogli skorzystać, to próbowała nas owa paniusia skasować za 10 minut na kompie jak za pełną godzinę. Wybraliśmy się również na dworzec kolejowy, w celu zakupu biletów na pociąg do Delhi. Stanęliśmy w kolejce. Przed nami było jakieś osiem innych osób. To, że zanim kupiliśmy bilet minęła godzina, zupełnie nie zrobiło na nas wrażenia. Wrażenie zrobiła na nas za to zawziętość z jaką Indusi próbowali wcisnąć się nam do kolejki. Przemek przybrał groźną minę i stanowczym głosem odsyłał niecierpliwych na koniec. Chyba tylko dzięki naszej upartości kombinatorzy musieli iść się wciskać do innych kolejek. Gdy w końcu wybrałam się nad Ganges, żeby pooglądać co też w trawie piszczy, to okazało się, że bardzo niewiele. Poza armią sadu’s, którzy z przyjemnością pozowali by do fotek, pod warunkiem oczywiście, że w zamian dostali by co najmniej 10 rupii. Bo za mniej sadu nie opłaca się ruszać tyłka.

Nie wiemy jak te powyższe opisy brzmią dla stron trzecich, ale faktem jest, że trzy dni w Haridwar były beznadziejne, i że cała cierpliwość, którą tyle praktykowaliśmy kompletnie z nas wyparowała.

Chandigarh

O Chandigarh mówi się, że to najczystsze i najlepiej zaplanowane miasto w Indiach. Ci co byli w Indiach zrozumieją jak bardzo nas to zaintrygowało. Musieliśmy Chandigarh zobaczyć. Było już ciemno, kiedy dotarliśmy na miejsce i pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Szerokie ulice, wielkie przestrzenie, rondo na każdym skrzyżowaniu, eleganckie sklepy i restauracje. Nowoczesne miasto, które nijak pasowało nam do tych Indii, które dotąd znaliśmy. Rano ruszyliśmy na oględziny w świetle dziennym. I szybko okazało się, że nocny obraz Chandigarh to nie jest obraz wiarygodny. W centrum same brzydkie budynki. Przejścia dla pieszych są, ale co z tego skoro kierowcy i tak nie dają pieszym z nich skorzystać i trzeba walczyć, żeby przedostać się na drugą stronę ulicy. Co do czystości to owszem, jest lepiej niż powiedzy w Varanasi, Agrze czy Amritsar, ale to nie znaczy, że jest czysto. Śmietników oczywiście brak i całkiem sporo papierków i innych odpadków leży wzdłuż niektórych dróg. Modernistyczne budowle, które są niby główną atrakcją turystyczną miasta są szare, bure i nijakie, a do tego daleko od centrum. Żadni z nas specjaliści w dziedzinie architektury, więc może pewnych rzeczy nie potrafimy docenić, ale nam owe budynki zupełnie się nie podobały. Ot, wielkie betonowe bloki. Połaziliśmy więc trochę po mieście i po jednym dniu zwinęliśmy się dalej. Szkoda czasu na Chandighar. A jeśli mowa o czystych miastach w Indiach to zdecydowanie lepiej wypadł Leh.