Wcześniej niepublikowane – Mongolia

Mongolski Cyrk Narodowy, Ułan Bator, lipiec 2009

Reklamy

Mongolia – informacje praktyczne

Wiza

Wizę załatwiliśmy w ambasadzie Pekinie. Wnioski są przyjmowane od 8.30 do 11.00. Do wniosku trzeba dołączyć jedno zdjęcie oraz kopię paszportu (strona ze zdjęciem). Wiza kosztuje 495RMB. Odbiór następnego dnia o 16.00. Teoretycznie istnieje serwis pięciodniowy za połowę ceny, ale w praktyce obcokrajowcom nie chciano wydawać wizy z 5-dniowym terminem czekania. Powiedziano nam, że jest ten serwis dostępny tylko dla Chińczyków.

Dojazd z Pekinu do Ułan Bator

Raz w tygodniu (na chwilę obecną są to wtorki) z Pekinu odjeżdża bezpośredni pociąg do Ułan Bator. Niestety najtańszy bilet na miejsce sypialne kosztuje $200.

My wybraliśmy opcję kombinowaną i bardziej czasochłonną, ale o wiele tańszą:
– o 17.00 odjeżdża z Pekinu nocny sypialny autobus do przygranicznego Erlian. Bilet kosztuje 180RMB i lepiej kupić go dzień wcześniej. Autobus przyjeżdża do Erlian około 5.30 rano.
– W Erlian za 50RMB za osobę można zorganizować przejazd przez granicę. Tamtejszej granicy nie można przekraczać pieszo.  Już przy wysiadaniu z autobusu obeszło nas kilku panów oferujących usługi przewozu przez granicę.
– po stronie mongolskiej w Zamyn-Uud zawieziono nas pod dworzec kolejowy. Na dworcu są trzy bankomaty przyjmujące kart Visa i Mastercard. Na pierwszym piętrze są kasy biletowe. Jedna z kasjerek mówi po angielsku. Pociąg do Ułan Bator odjeżdża o 17.55. Bilet na miejsce sypialne w klasie  o standardzie rosyjskich wagonów plackart (trzecia klasa)  kosztował 16300T. Druga klasa (zamykany przedział z 4 miejscami sypialnymi) kosztował 27000T. Nie było żadnych problemów z miejscami na plackart. W pociągu można było wypożyczyć poszwę na poduszkę i prześcieradło za 1000T. Pociąg przyjechał na miejsce o 10.00 następnego dnia.
– koszt takiego kombinowanego przejazdu wyniósł około $50 za osobę.

Pieniądze

W Ułan Bator bankomatów jest całkiem sporo. Nie ma problemów z wyciąganiem pieniędzy kartami Visa i Mastercard. Bankomaty widzieliśmy także w Zamyn-Uud i Moron. Tam gdzie nie było bankomatów można było wybierać pieniądze z karty w okienku w punktach Western Union lub wymienić walutę w kantorze. $1 = 1500T.

Ułan Bator

W stolicy spaliśmy w trzech różnych hostelach (Naadam + szczyt sezonu wymusił na nas częste przenoszenie się):
– UB Guesthouse – w samym centrum, jakieś 150m od Flower Center. Można wcześniej zadzwonić albo wysłać maila uprzedzając o przyjeździe to wtedy ktoś wyjedzie na dworzec. Łóżko w dormie za $6, dwójki za $16 i $18. W tych cenach jest proste śniadanie (chleb, dżem, herbata). Darmowy internet, także wi-fi. Fajny klimat.
– Nassam Gueshouse – też w centrum, na tyłach Flower Center. Dorm za $8. Hostel mieści się w 6 mieszkaniach, w każdym z nich są dwa pokoje z sześcioma łóżkami + łazienka + kuchnia. Czysto i fajnie zlokalizowane, ale trochę bez klimatu.
– Golden Gobi – jakieś 150m od State Department Store. Hostel jest ok, ale prowadząca go kobieta bardzo nieprzyjemna, więc nie wspominamy tego miejsca najlepiej. Dorm za $6. Dwójki za $18 i $20. Wi-fi w recepcji za darmo. Internet stacjonarny za 500T/h.

Objazd po Mongolii

Kierowcę i samochód załatwiliśmy przez UB Guesthouse.  W porównaniu z innymi guesthousami, które udało nam się sprawdzić oferowali najlepszą cenę. W trasę pojechaliśmy na 12 dni, z tego 4 były bez jazdy. Za samochód (w tym benzynę), kierowcę i przewodnika-tłumacza zapłaciliśmy po $221 za osobę przy pięciu osobach. Kierowcę i samochód można zorganizować z dnia na dzień. Hostel oferuje dwie standardowe trasy, ale można je modyfikować, albo podróżować według własnego planu. Dodatkowe koszty były następujące:

– noclegi – spaliśmy w gerach. Kosztowało nas to zawsze 5000T (około $3.5). W tej cenie było proste śniadanie oraz kolacja.
– opłaty drogowe. Mieliśmy ich na trasie w sumie pięć. Koszt każdej to 800T za samochód.
– wstęp do parków narodowych. Byliśmy we dwóch, 3000T za osobę za każdy park
– trekking konny w okolicach jeziora Hovskol – wynajęcie konia kosztowało 7000T za dzień. Musieliśmy wynająć dodatkowego konia do transportu bagażu. Przewodnik kosztował 14000 za dzień. Wypożyczenie namiotu – 3000 na dwa dni.
– dodatkowe jedzenie (luncz) robiliśmy we własnym zakresie. W każdym miasteczku po drodze był co najmniej jeden sklep z podstawowymi produktami (chleb, kiełbasa, napoje itp). Ciężko było poza UB dostać świeże owoce i warzywa, więc dobrze jest zapas zabrać ze stolicy, lub kupować warzywa w słoikach (króluje polska firma Urbanek)

U nomadów, u których spaliśmy w gerach, nie było łazienek. Nie jest to jednak wielki problem, bo w miasteczkach zazwyczaj są publiczne łaźnie, gdzie można wziąć gorący prysznic za 1000T. Oczywiście trzeba się przygotować na to, że przez te miasteczka przejeżdża się co kilka dni, więc prysznic nie jest dostępny codziennie.

Przykładowe ceny produktów:
– 1.5 litra wody – około 600T
– czekolada – 1500
– chleb – 400-600
– piwo – 1000-1300
– obiad w porządnej restauracji dla lokalsów – 2000-2500
– obiad w restauracji dla turystów – od 4000
– khuushuur (rodzaj dużego pieroga z mięsem smażonym na głębokim oleju) 300 za sztukę
– internet – 500-600 za godzinę, na prowincji 800-1500

Przejazd w kierunku Rosji

– autobus do Ułan Ude odjeżdża codziennie o 7.30 rano, kosztuje 45000T. Autobus odjeżdża spod budynku Discovery Mongolia (tam też można wcześniej kupić bilet). W Ułan Ude jest się jakieś 12h później.
– pociąg na tej samej trasie kosztuje około 70000T

Naadam

Naadam miał być główną atrakcją naszego pobytu w Mongolii. W tym dorocznym festiwalu w trzech konkurencjach – zapasach, łucznictwie i wyścigach konnych – walczą ze sobą najlepsi. Trafiło się nam tak, że Naadamy zobaczyliśmy trzy. Pierwszy był zupełnie przypadkowy. Jechaliśmy Furgonem znad Jeziora Białego w kierunku Tsetserleg, gdy minęła nas grupka jeźdźców na koniach. To był znak, że prawdopodobnie gdzieś w pobliżu trwa właśnie Naadam, a jeźdźcy udają się na linię startową wyścigu. Kawałek dalej rzeczywiście zobaczyliśmy zbiegowisko. To był mini-Naadam – organizowany był w malusieńkiej wiosce. Dowiedzieliśmy się, że zawodników było raptem po kilkunastu w każdej dyscyplinie. Gdy przyjechaliśmy akurat kończyły się zapasy, ale lada moment miał rozpocząć się wyścig koni. Ustawili się więc wszyscy – miejscowi i my, jedyni turyści – przy linii mety w oczekiwaniu na finał wyścigu. Po kilkunastu minutach na horyzoncie pojawiły się pierwsze konie. Konie pędziły, a na nich – na oklep – dzieci, nie starsze niż 12 lat. To właśnie maluchy w wieku od 5 do 12 są tradycyjnie dżokejami w tych wyścigach.

Na drugi Naadam – też zupełnie nieplanowany – trafiliśmy w Karakorum. Tu było już bardziej tłoczno, z turystami i wielkim tłumem lokalsów. Większość przyjechała na zawody konno, wystrojonych w najlepsze wyjściowe stroje. W Karakorum zobaczyliśmy zawody zapaśników i kolejne wyścigi konne. Stroje mongolskich zapaśników to jest to! ;)

Ten Naadam, na który najbardziej czekaliśmy – czyli wielki finał w Ułan Baator – okazał się ogromnym rozczarowaniem. Tłumy, chaos, bałagan. Ceremonia otwarcia była może ciekawa, ale na tym się atrakcje kończyły. Na zawody łucznicze ledwo co udało nam się wepchnąć. Na wyścigi konne odbywające się 40km za miastem w ogóle nie dało się dojechać – korek był taki, że w pewnym momencie policja najnormalniej w świecie zawróciła wszystkich do Ułan Baator.

Po Hovskol było tak

Najstarszy baran świata???

Jest ciepły mongolski wieczór nad jeziorem zwanym Białym. Także tego dnia śpimy w gerze u nomadów i jak zwykle około 19.00 zbieramy  się na kolację.  Wiemy, że dziś znów będzie to co zwykle, czyli twarda, żylasta baranina z ziemniakami i ryżem lub makaronem. Wiemy też, że nie będzie wytwornie i smacznie, ale to w końcu Mongolia. Chodzi tylko o to, żeby zapełnić puste żołądki.

W gerze pojawia się nasza gospodyni z tacą zastawioną miseczkami z zupą. Wywołuje to poruszenie i ekscytację, bo zupy od nomadów jeszcze nie jedliśmy. Ger zapełnia się intensywnym aromatem starego barana, na co staramy się nie zwracać uwagi. Podnosimy łyżki do ust i prawie równocześnie rzucamy je z powrotem w miski. Mongolskiej zupy nie można porównać z niczym co jedliśmy do tej pory. Rozmoczone kluchy w zupie przesyconej tłuszczem z najstarszego chyba barana na świecie. Kubkom smakowym nie udaje się zarejestrować nic poza smakiem starego zwierza. Wszyscy z obrzydzeniem odsuwamy od siebie zupę. Po chwili namysłu podejście numer dwa. Trzeba dać posiłkowi jeszcze jedną szansę. Próbujemy jeść sam makaron, ale śmierdzącą mazią nasiąknął na tyle, że smakuje tak samo jak ona. Doprawiamy makaron keczupem z nadzieją na przynajmniej częściowe zamaskowanie prawdy o tym posiłku, ale efekt jest żaden. Nic nie daje zatykanie nosa i przełykanie makaronu bez gryzienia. Poddajemy się. Stary baran z nami wygrywa. Wyciągamy chleb i po raz trzeci tego dnia jemy kanapki. Dobry chleb, o którym marzyliśmy przez całą Azję, zaczyna wychodzić nam bokami…

Dwa dni w siodle

Po trzech dniach spędzonych głównie w trasie mieliśmy w końcu dotrzeć nad jezioro Hovskol.  Ale wcześniej w Moron – jednym z większych mongolskich miast – raptem dwie godziny od jeziora, zostaliśmy zatrzymani przez policję. Wydawało nam się, że wszystko potrwa chwilę, bo limitu prędkości na pewno nie przekroczyliśmy. Ale kierowca jakoś nie wracał do samochodu. Po pół godzinie czekania dowiadujemy się, że prawo jazdy naszego kierowcy nie daje mu uprawnień do prowadzenia samochodu w takim rozmiarze, więc trwają negocjacje dotyczące wysokości mandatu. Trudno pojąć dlaczego ktoś, kto zawodowo zajmuje się przewozem ludzi Furgonem nie posiada właściwego prawa jazdy. Niby to nie nasza sprawa, ale to my spędziliśmy w sumie koło 1.5h na czekaniu. W końcu kierowca utargował mandat z 50tys do 5tys T. Pieniążki oczywiście od razu powędrowały do kieszeni pana policjanta. Gliniarz zabronił także naszemu kierowcy dalszego prowadzenia pojazdu, w związku z czym kolejne pół godziny czekaliśmy, aż jakiś znajomy przyjedzie i poprowadzi samochód przez miasto tylko po to, żeby za chwilę oddać ster w ręce naszego kierowcy…

Rano mieliśmy wyruszyć na konny trekking. Poprzedniego wieczoru umówiliśmy się z właścicielem koni na 10.00. Ten zjawił się koło 12.00 tłumacząc swoje spóźnienie tym, że koni swoich nie potrafił szybciej znaleźć. Rozeszły się gdzieś po okolicy, każdy w inną stronę i trzeba było je zebrać do kupy…

Wśród naszej piątki tylko para Anglików miała za sobą pewne (a dokładnie kilkudniowe) doświadczenie w jeździe na koniu. Przemek kiedyś kilka razy zasiadł na grzbiecie konia, ale to było w poprzednim tysiącleciu, więc dawno. Moje doświadczenie w jeździe na czworonogach ograniczało się do dwóch dni spędzonych 5 lat temu w Petrze w Jordanii na grzbiecie osła.  Całe szczęście mongolskie konie są sporo niższe o tych znanych nam z Europy, bo inaczej już wejście na czworonoga byłoby przygodą samą w sobie. Tak więc jakoś wgrzebaliśmy się na konie i ruszyliśmy w drogę.

Od samego początku byliśmy zachwyceni. Nie wiedzieć  czemu, świat oglądany z końskiego grzbietu wygląda jakoś inaczej, fajniej. Chyba po prostu bycie trochę wyżej nad ziemią daje inną perspektywę. Początkowo szliśmy przez łąkę, potem przez rzadki las, a za chwilę przez koryto wyschniętej rzeki, całe przykryte białymi jak śnieg kamieniami. Po jakiś 3 godzinach zatrzymaliśmy się w domu naszego przewodnika. Poczęstowano nam mongolskim tradycyjnym napojem, czyli herbatę parzoną w ciepłym mleku z odrobiną wody i sporą ilością soli. Ciekawe, że też nikt w Mongolii nie wpadł na to, żeby zamiast soli użyć cukru… Dostaliśmy też po misce domowego jogurtu, który okazał się być najlepszym jogurtem jaki dane nam było dotąd zjeść.

Na miejsce kempingowe dotarliśmy późnym popołudniem. Hovskol to ponoć najbardziej turystyczne miejsce w Mongolii.  Jeśli jednak ktoś na myśl o turystycznym miejscu ma przed oczami np. Bangkok czy którąś z tajskich wysp, to nie o to tu chodzi. Turystów spoza Mongolii widzieliśmy może dziesięciu, tych lokalnych trochę więcej, ale w setce spokojnie się ta liczba mieściła.

Rozbiliśmy namioty, ugotowaliśmy sobie herbatę na wodzie z jeziora i rozpaliliśmy ogień. Wieczór był przeraźliwie chłodny. Ubrani we wszystkie ciuchy jakie zabraliśmy na trekking wbiliśmy się w śpiwory i próbowaliśmy zasnąć. Nie było to proste, bo mieliśmy do dyspozycji po jednej wąskiej karimacie na dwie osoby.

Rano wstaliśmy przemarznięci i obolali. Bolały nas tyłki, uda, a przede wszystkim kolana. A przed nami był kolejny dzień w siodle. Tym razem trasa wiodła prawie cały czas wąską ścieżką na zboczu dosyć stromego wzgórza, w dole którego mieniła się niewyobrażalnie czysta woda jeziora. Nie ukrywam, że trochę mnie ta trasa stresowała, bo ścieżka co chwila była przerywana wystającymi z ziemi korzeniami drzew. A koń, tak jak człowiek, czasem się potyka. Potknął się koń i mój i wszystkie inne. Za każdym razem skończyło się dobrze, ale stres był. Tym bardziej, że wcześniej nasłuchaliśmy się o dosyć często zdarzających się wśród niedoświadczonych jeźdźców upadkach.

Nic w życiu nie jest proste…