8.8 w skali Richtera

Wstrząsy obudziły nas około 3.30 w nocy. Najpierw niewielkie. Przemek początkowo pomyślał, że może koło hostelu przejeżdża jakiś ogromny samochód. Ale budynkiem trzęsło coraz mocniej. Bardzo mocno. Wszyscy zerwali się z łóżek i zupełnej ciemności pobiegli na dół. Tuląc się do siebie stanęliśmy pod wielką framugą drzwi wejściowych. I czekaliśmy aż się skończy.

Trudno powiedzieć jak długo się trzęsło, ale mieliśmy wrażenie, że wiecznie. Gdy w końcu przestało zaczęło się czekanie na wstrząsy wtórne. Było je czuć co jakiś czas do samego rana. Nawet teraz jak to piszę co jakiś czas czuje się delikatne wstrząsy.

W Santiago trzęsienie miało ponoć siłę 6.9. W Concepcion, jakieś 300km od stolicy, w epicentrum trzęsienia, jego siła wyniosła 8.8. To bardzo dużo. Mimo, że trzęsienia ziemi to w Chile nic niezwykłego (kraj leży na styku płyt tektonicznych) to zazwyczaj są one bardzo delikatne i nie powodują żadnych szkód. Ostatnie trzęsienie o takiej sile jak to dzisiejsze zdarzyło się 50 lat temu.

Prąd w Santiago włączono około 11.00. Ale zanim wszystko wróci do normy, upłynie trochę czasu. Nie działa metro. Na ulicach leży gruz i rozbite szyby. Lotnisko zamknięte do odwołania. W stolicy zginęło 13 osób. W epicentrum i okolicach prawdopodobnie przynajmniej 150. Zdjęcie z Concepcion, które widzimy w TV są nieciekawe. Zawalone domy, zerwane mosty, zapadnięte drogi.

Mamy nadzieję, że Chile szybko się pozbiera. I że nigdy więcej czegoś takiego nie przeżyjemy. Było bardzo nieprzyjemnie. Najnormalniej w świecie baliśmy się, i to bardzo.

Argentyna – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Walutą obowiązującą w Argentynie jest peso. Jego powszechnie używany symbol to $. Więc jeśli widzi się cenę z tym symbolem to nie jest to cena w dolarach.
W czasie naszego pobytu w Argentynie kurs wynosił mniej więcej 1 US$ = 3.8 pesos.

Bankomatów jest sporo, ale często trzeba się wystać w kolejce, żeby wybrać pieniądze. Część bankomatów obsługuje tylko lokalne karty, ale generalnie nie ma problemu z dostępem do pieniędzy. Jedyne odwiedzone przez nas miejsce, gdzie nie było bankomatu to El Chalten.

Nasze średnie dzienne wydatki w Argentynie wyniosły 315 pesos na dwie osoby, czyli około US$82. Z tego średnio aż 125 pesos dziennie szło na transport. To jest ta pozycja w wydatkach, która niestety rozwala w Argentynie budżet. W cenę transportu wliczyliśmy wszystkie przejazdy autobusami, jeden wewnętrzny przelot (Buenos Aires – El Calafate) i wynajem samochodu na dwa dni (także koszty benzyny). Można było spokojnie przyoszczędzić na jedzeniu, ale trudno nam było odmówić sobie argentyńskich steków, mięsa z grilla i wina :)

Generalnie im bardziej na południe tym drożej. Przynajmniej tak było w szczycie sezonu w Argentynie (styczeń – luty). Oczywiście najdrożej w Patagonii. Ta reguła szczególnie się sprawdza jeśli chodzi o noclegi.

Ceny wybranych towarów/usług:
zestaw obiadowy – 13-25p w zależności od miejsca
łóżko w dormie – od 30 na północy do 50-60 w Patagonii
dwójka w hostelu – 70-140p
woda 1.5l – 3-4p
picie kolorowe gazowane, duża butelka – 5-8p
empanada – 2-3p
pół kilo wołowiny w supermarkecie – około 17p
piwo 1litr w supermarkecie – od 3.5p za najtańsze + zwrotna kaucja za butelkę
butelka wina – od 6p
bagietka – 1.5p
chorizo suszone – 6-7p
internet – 2-3p/h
stek w restauracji – można trafić już za 25p

Transport

Transport autobusowy jest na bardzo dobrym poziomie. W Argentynie nie ma niestety wyboru pomiędzy lepszymi autobusami, a tzw. chicken bus, jak to jest np. w Boliwii. W Argentynie wszystkie autobusy są na bardzo dobrym poziomie, a za tym idzie cena.

Na długich trasach (powiedzmy powyżej 5 godzin) jeżdżą generalnie dwie klasy autobusów – semi cama oraz cama. Semi cama to typowe siedzenia autokarowe dodatkowo z podnóżkiem dzięki czemu śpi się dużo wygodniej.
Cama to coś a la business class w samolocie. Fotel jest gdzieś o 1/3 szerszy niż w semi-cama. Też jest podnóżek. Polecamy clasę cama na długie 20-kilku godzinne trasy. Różnica w cenie nie jest koszmarna, a można się wyspać i nie marnuje się części kolejnego dnia na odsypiane podróży. Jeśli semi-cama kosztuje na danej trasie powiedzmy 240p to cama będzie kosztować około 280p.
Niektóre firmy serwują na długich trasach posiłki, wliczone w cenę biletu. To może być tylko kanapka i kawa, a może być obiad w restauracji. Lepiej więc zapytać o szczegóły przy zakupie biletu.
Ceny u różnych firm na tej samej trasie są generalnie zbliżone, ale warto przed zakupem je porównać, bo czasem da się zaoszczędzić kilkadziesiąt pesos.
Bilety najlepiej kupować co najmniej dzień przed datą wyjazdu. Nie zdarzyło nam się jechać na dłuższej trasie w autobusie, w którym byłoby choć jedno wolne miejsce, więc popyt jest spory.

Na bardzo długie trasy typu Buenos Aires – Usuaia warto sprawdzić cenę biletu lotnicznego. Rezerwując z wyprzedzeniem można polecieć za mniej lub tyle samo co kosztowałby przejazd autobusem, a zamiast spędzać w trasie 40h, leci się tylko 4h. Spotkaliśmy w El Calafate Polaków, którym w szczycie sezonu udało się kupić bilet na samolot do Buenos Aires w cenie autobusu i to na 3 dni przed wylotem, więc warto pytać i sprawdzać.

Bardzo dużo osób podróżuje po Argentynie stopem. Autostopowiczów widzi się ogromne ilości, więc można wywnioskować, że kierowców chętnych do podwożenia jest sporo. Nam raz zdarzyło się łapać stopa, co prawda na krókiej trasie, i zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód. Pewien spotkany Polak zdołał jednym stopem przejechać trasę z Bahia Blanca do Puerto Gallegos (jakieś 2tys km). Napawa to optymizmem

Ceny i czas przejazdu na wybranych trasach:
La Quiaca – Salta – 7h, 70p semi-cama
Salta – Cafayate – 3h, 35p, zwykły autobus
Salta – Iguazu – 23h, 241p semi-cama, 283 cama
Iguazu – Cordoba – 23h, 275p cama
Cordoba – Mendoza – 12h, 135p semi-cama
Mendoza – Buenos Aires – 15h, 205 semi cama
Busnos Aires – San Antonio de Areco – 3h, 30p
El Calafate – El Chalten – 3.5h, 70p
El Chalafate – Puerto Natales (Chile) – 5-6h, 60p
Bariloche – Puerto Montt (Chile) – 7h, 90p

Buenos Aires

  • Dworzec autobusowy jest bardzo dobrze skomunikowany z wszystkimi częściami miasta.
  • Metro kosztuje 1.1p za przejazd. Cena biletu na autobus miejski zależy od odległości. Najtańszy kosztuje 1.1p
  • Taxi z centrum na lotnisko międzynarodowe Eziza brane z ulicy kosztuje kolo 110p. Zamawiając taxi przez telefon można utargować do 80p (+5p za autostradę).
  • Na i z lotniska jedzie też autobus miejski numer 8. Występuje on w dwóch wersjach – szybsza przez autostradę i wolniejszy bocznymi drogami. 2-3p za przejazd.
  • Zatrzymaliśmy się w dzielnicy San Telmo. Najwięcej hosteli jest wzdłuż ulicy Chile i w uliczkach od niej odchodzących. Ceny w tych tańszych to około 40p za łóżko w dormie. Najtańsza dwójka jaką znaleźliśmy kosztowała 115p, ale w hostelu nie było kuchni. Spokojnie można znaleźć dwójkę w hostelu z kuchnią i netem za darmo (wi-fi) za 125-140p. My zatrzymaliśmy się w Buenos Ayres Hostel. Niepozorne miejsce, w którym większość ludzi to długoterminowo mieszkający tam Argentyńczycy. Jeśli ktoś chce spotkać dużo innych turystów i się zabawić to nie jest to dobre miejsce. Hostel jest generalnie spokojny. 125P za dwójkę z łazienką, śniadanie, wi-fi
  • San Antonio de Areco

  • Z Buenos Aires jedzie tam mniej więcej co 1.5h Chavalier i Pulman. 30P
  • Hostel San Cayetano, 3 przecznice od „dworca” w kierunku plazy. Żółty budynek z flagami. Najtańszy nocleg w miasteczku. 80p za dwójkę z łazienką
  • Salta

  • polecamy Hostel Salta por Siempre. Koleś zbiera ludzi z dworca kolejowego (bezpłatny transport). Dwójka bez łazienki za 70p, z łazienką 80p. Są też dormy. W cenie śniadanie. Wi-fi
  • dworzec jest jakieś 20min piechotą od centrum
  • autobusy do Cafayate w kasie numer 18, 35p.
  • Autobusy do Puerto Iguazu, kasa nr 12 (Fecha Bus). Odjazd codziennie o 15.00. 241p za semi-camę i 283 za camę.
  • Cafayate

  • Hostel Huayra Sanjoy. 25p z łóżko w dormie, 30p za osobę za dwójkę. Hostel pilnie potrzebuje remontu
  • Inna opcja to Hostel Angel, 70p za dwójkę. Wypas.
  • Wycieczka do Quebrada de Cafayate kosztuje 60p, trwa 5h (od 14.30). Można zabukować w jednej z kilku agencji w miasteczku
  • także organizowane są wycieczki do Cachi z opcją powrotu do Salty
  • Puerto Iguazu

  • polecamy nocleg Esquina de Bamboo, na rogu Calle El Uru i Calle Fray L Beltran. Jakieś 10min piechotą od dworca. Dwójka bez łazienki za 80p. W cenie śniadanie. To niewielki, rodzinny pensjonacik. Skromnie, ale bardzo czysto. Przemili właściciele.
  • Autobus do wodospadów odjeżdża co 30min (10 i 40 po każdej godzinie) z dworca autobusowego. Kosztuje 5p. Powrót z parku 20 i 50 po każdej godzinie.
  • Wstęp do Parku Narodowego Iguazu kosztuje 60p.
  • Żeby zobaczyć wodospady od strony brazylijskiej (warto!) trzeba wsiąść na dworcu w autobus, który co pół godziny jedzie do Foz do Iguazu (Brazylia), 5p i wysiąść na pierwszym przystanku za brazylijskim punktem granicznym. Przejść na drugą stronę ulicy i łapać autobus do Parku Narodowego. Taki przejazd będzie kosztował 10p w jedną stronę.
  • Jest też nowy serwis autobusowy z dworca w Puerto Iguazu pod bramę wejściową Parku w Brazylii. Nie trzeba się przesiadać. Kosztuje to jednak 35p w dwie strony (więc prawie 2 razy drożej niż przejazd kombinowany). Są tylko 2 albo 3 odjazdy w ciągu dnia. Serwis oferuje firma Cruzero del Norte.
  • Po stronie Brazylijskiej wejście do Parku Narodowego kosztywało 37reali
  • Cordoba

  • Hostel Che Salguero, Calle Obispo Salguero 724. Jakieś 6 przecznic od dworca, 15min piechotą. 40p za łóżko w dormie

  • Mendoza

  • Hostel Su Casa, calle Montevideo 480. 120p za dwójkę z łazienką i klimą. W innych hostelach także dormy, około 45-50 za łóżko
  • wycieczka po winiarniach – 50p (4h)
  • wycieczka Alta Montana (droga w kierunku granicy z Chile z możliwością zobaczenia Aconacua) – 100p
  • El Calafate

  • transfer z lotniska 26p (dowóz pod wskazany hostel)
  • fajny kemping za stację benzynową na końcu głównej drogi. Od 18 do 22p za osobę, w zależności od miejsca. Prąd, grille. Ciepła woda 24h. Wi-fi za darmo.
  • Transport na lodowiec Perito Moreno standardowo kosztuje 80p w dwie strony. Można zabukować na dworcu autobusowym lub przez każdy hostel/agencję w miasteczku
  • Żeby zobaczyć lodowiec trzeba zapłacić 75p za wstęp
  • godzinny rejs przy lodowcu kosztuje 50p
  • trekking po lodowcu + rejs – 400p
  • autobus do Puerto Natales o 8.30 i 18.00, 5-6h, 60p
  • autobus do El Chalten o 8.00, 13.00, 18.30. 3h, 70p
  • El Chalten

  • w sezonie warto wcześniej zarezerwować hostel, bo popyt jest ogromny, a miejsc wcale nie tak dużo. Łóżko w dormie kosztuje około 50-60p
  • 3 kempingi. Najtańszy (15p za osobę) jest przy wjeździe do miasteczka, ale jest przy samej drodze, do tego bardzo nierówny teren. Dwa o wiele fajniejsze kempingi są w północnej części miasteczka, w kierunku początku trasy na Fitz Roy. Oba kempingi są tuż obok siebie, ceny i standard taki sam. Bardzo spokojne, kawałek od drogi. 20p za osobę.
  • Kilka sklepów w miasteczku, ale słabo zaopatrzone. Warto zrobić zakupy w El Calafate
  • Przejazd Ruta 40 w kierunku Bariloche

  • z El Chalten odjedżają codziennie w sezonie rano minibusy do Bariloche. 23h non stop, 300p
  • druga opcja to autobus z firmą ChaltenTravel. Odjazd w dni nieparzyste o 8.00 z El Calafate i o 9.00 z El Chalten. Pierwszego dnia dojeżdża się do Perito Moreno (jakieś 13-14h w drodze), tam się śpi. Następnego dnia 13h jazdy do Bariloche. Kosztuje to 380p. Nocleg nie jest wliczony w cenę
  • Bariloche

  • dworzec autobusowy jest spory kawałek za centrum. Każdy autobus miejski zatrzymujący się na przystanku przy nim jedzie przez centrum
  • autobusy miejskie są dwa razy droższe niż w Buenos Aires. Najkrótsza trasa kosztuje 3p
  • najbliższy miasta camping nazywa się Selva Negra, jest 2.5km za centrum. Jedzie tam autobus numer 20 i 21. Kemping jest niestety bardzo drogi. Jedna noc to 39p za osobę za noc. Jeśli zostaje się na 2-4 noce to koszt spada do 35p za osobę. 5 nocy i więcej to 31p. Kemping jest bardzo przyjemny. Każde miejsce pod namiot ma dostęp do prądu. Jest też zadaszone miejsce z palnikami na gaz, więc nie trzeba marnować własnych zapasów. Wi-fi. Jakieś 30min piechotą od centrum lub 10 min autobusem.
  • Łóżko w hostelowym dormie można znaleźć od 45p, ale to będzie ciasny pokój na 10 osób. Coś przyjemniejszego to koszt od 50 do 60 za łóżko. Dwójki kosztują co najmniej 180p.
  • Wjazd na punkt widokowy na Cerro Torres kosztuje 55p za osobę. Warto wjechać, bo widoki są piękne. Pod kolejkę linową jeździ z centrum co godzinę bezpłatny autobus.
  • Auto wynajmowaliśmy w wypożyczalni Open. Są trochę tańsi niż seciówki typu Hertz czy Avis. Są na ulicy Mitre 171 (w pasażu). Najtańsze auto to była Corsa. 210p na dzień z limitem 200km na dzień. Z limitem 400km 295p. W cenie jest ubezpieczenie. Dwa dni z limitem 400km starczyło nam spokojnie na zrobienie Circuito Chico, Ruta de 7 Lagos aż do Junin de los Andes i powrót przez Ruta 40 i Lago Traful. Trzeba mieć kartę kredytową. Zabezpieczają na niej 3500p do czasu zwrotu auta.
  • Z Bariloche można bez problemu dojechać do wiele miejsc w Argentynie. W przypadku Chile są tylko autobusy do Puerto Montt przez Osorno. W Osorno można się przesiąść na autobus do Santiago.
  • Argentyńska kraina jezior

    Zrobiliśmy rzecz szaloną – wynajęliśmy samochód. Bo wynajem samochodu w miejscu takim jak Bariloche, w szczycie sezonu, to finansowe szaleństwo. Tutaj płaci się za to jakieś dwa i pół raza tyle co w Sydney, więc możecie sobie wyobrazić. No ale nie było innego sposobu na to, żeby zobaczyć z krainy jezior coś więcej niż tylko Bariloche. Wynajęliśmy więc owy pojazd na dwa dni i ruszyliśmy w drogę.

    Zawsze wiadomo było, że nie ma to jak własny środek transportu. Pełna elastyczność, można się zatrzymać kiedy i gdzie się chce. Ogląda się co i jak chce. Rewelacja. Znów się rozmarzyliśmy. Bo marzy nam się długa podróż samochodem, albo jeszcze lepiej motorem, po Ameryce Północnej albo Azji Centralnej (a najlepiej to i tu i tu).

    Więc pykaliśmy sobie od jeziorka do jeziorka. Co jedno to ładniejsze. Tylko te drogi. Bo w Argentynie całkiem spora część dróg krajowych jest najnormalniej w świecie żwirowa. A taka Corsa czasem ma z tym problem.

    No i jeszcze ten strasznie irytujący zwyczaj nadużywania świateł awaryjnych. Zupełnie nie można tego pojąć. Przecież producenci samochodów już dawno wymyślili światła na różne okoliczności. Jest światło stopu do hamowania, jest kierunkowskaz do zmiany kierunku jazdy, jest światło wsteczne, do cofania. Jednak tutaj to nie wystarcza i dodatkowo prawie każdy używa świateł awaryjnych. Chce taki zaparkować, to zamiast włączyć kierunkowskaz to daje światła awaryjne. Cofa – włącza światła awaryjne. Musi zwolnić, bo na drodze sznur samochodów – światła awaryjne. Nigdzie indziej w Argentynie czegoś takiego nie widzieliśmy. Jakiś lokalny, dziwny obyczaj.

    Hitem okazało się jezioro Traful. Matko, co za kolory! Jak się patrzyło na tą wodę to się człowiek czuł jak na Fidżi, a nie w Argentynie.

    Pofatygowaliśmy się też do mieścinki pod tytułem Junin de los Andes, bośmy wyczytali gdzieś, że to argentyńska stolica pstrąga. Ślinotok mieliśmy na myśl o pstrągu z grilla. Tylko, że cholera w Junin de los Andes nikt tych pstrągów nie sprzedaje. Przynajmniej nam nie udało się namierzyć miejsca, gdzie można by ową rybkę nabyć. A szukaliśmy wytrwale. Jedyna chyba opcja to sobie owego pstrąga złowić. A to nie jest bułka z masłem, szczególnie jak się nie posiada wędki.

    Bariloche

    Ktoś kiedyś napisał – chyba na jakimś blogu, że Bariloche to takie argentyńskie Zakopane. Coś w tym jest, ale nam się wydaje, że to bardziej argentyńskie Queenstown. No bo w Zakopanem jakoś bardziej swojsko i bardziej dla zwykłego zjadacza chleba. Można placki ziemniaczane, albo zapiekankę zjeść z budki, a i o nocleg za nie więcej niż 25zł za osobę nie trudno. W Bariloche 25zł za osobę to kosztuje rozbicie namiotu na lokalnym kempingu, a czegokolwiek w cenowym klimacie zapiekanki czy placków można ze świeczką szukać.
    Lokalizacyjnie też jakoś bardziej jak w Queenstown niż w Zakopcu. No bo jeziora w samym Zakopanym niestety nie ma. A w Bariloche (i w Queenstown) jest. I to ogromne. I piękne.

    Zaskakuje praktycznie nie istniejąca aktywność z dziedziny sportów wodnych na jeziorze. Ma się wrażenie, że gdyby to miejsce znajdowało się gdzieś w Europie (albo w Queenstown właśnie) to wybrzeże pełne byłoby wypożyczalni kajaków, rowerów wodnych, można by było wynająć żaglówkę, albo popłynąć na rejs po jeziorze. A w Bariloche nic z tych rzeczy. Może to kwestia pogody, ale nie wydaje się, żeby była ona mniej stabilna niż np. na Mazurach.

    Tak więc rajem dla miłośników sportów wodnych Bariloche nie jest, ale z pewnością jest rajem dla miłośników czekolady. Takiego zagęszczenia sklepów z ręcznie robionymi czekoladkami, nie widzieliśmy nigdzie indziej. Rekord świata bije sklep o nazwie Turista, który wielkością przypomina mały supermarket. Na 70% jego powierzchni sprzedaje się tylko i wyłącznie czekoladę (reszta to lody, przetwory owocowe itp.). Niespotykane. Mało który dorosły potrafi koło takiego miejsca przejść obojętnie. Tutaj każdy jest jak dzieciak w sklepie z zabawkami.

    W Bariloche zajadaliśmy się więc czekoladkami przez kilka dni, a później ruszyliśmy na objazd argentyńskiej krainy jezior. O tym w następnym odcinku.

    Yerba mate

    Umiłowanie przez Argentyńczyków yerba mate to zjawisko o skali jakiej dotąd nie spotkaliśmy nigdzie. Boliwijczycy żują namiętnie liście koki, ale to się w zasadzie ogranicza do Indian. Birmańczycy żują zapewniający im pomarańczowo-czarne uzębienie betel nut, ale tu też zjawisko jest ograniczone – żują w zasadzie tylko mężczyźni. A w Argentynie yerba mate piją wszyscy bez wyjątku dorośli.

    Na początku nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Ludzie w autobusie z termosami, z których systematycznie dolewają wrzątek do śmiesznych małych kubeczków. W kubeczkach fusów prawie po sam brzeg. A piją to coś przez rodzaj metalowej słomki. Bardzo ciekawe.
    Na ulicach też widać ludzi z termosami przewieszonymi przez ramię, albo przymocowanymi do plecaków. Szybko okazało się, że picie yerba mate to w Argentynie zjawisko masowe.

    Yerba mate to zmielone liście, coś na kształt zielonej herbaty, ale pije się to w niewyobrażalnie mocnym stężeniu. Spróbujcie nasypać sobie do szklanki zielonej herbaty do połowy wysokości naczynia i zalejcie tylko na tyle, żeby fusty zamoczyć. Napój jest tak niesamowicie mocny, że w pierwszej chwili odrzuca. W drugiej i setnej chwili też. Nie wiemy w jakim wieku zaczyna się pić yerba mate i ile czasu zabiera młodemu Argentyńczykowi przyzwyczajenie się do jej picia, ale jakimś cudem najwyraźniej wszystkim się to udaje.

    Najfajniej obserwuje się kierowców autobusów na długich trasach. Zawsze jest ich dwóch. Na każdym postoju napełniają wrzątkiem dwa czy trzy termosy, które zawsze ze sobą mają (na stacjach benzynowych są stoiska z wrzątkiem za 1 peso). Potem ten, który akurat nie prowadzi zaczyna przygotowywać wywar. Wyrzuca z kubeczka stare fusy i hojnie napełnia je nową porcją. Potem dolewa wrzątek i najpierw sam pije przez metalową rurkę. Nie jest tego dużo – ze trzy łyki na jeden kubeczek. W końcu 80% jego objętości zajmują fusy. Uzupełnia kubek wrzątkiem i podaje go prowadzącemu. I tak w kółko, aż nie skończą przynajmniej jednego termosu. W międzyczasie fusy wymienia się kilkakrotnie. Godzinę czy dwie później ceremonia się powtarza.

    Zaopatrzyliśmy się w zapas yerba mate i kubeczek do jej picia, więc jak będziemy w Polsce to zapraszamy na degustację :)

    Ruta 40

    Ruta 40 na trasie El Chalten – Perito Moreno – Bariloche.

    Zdjęć mało, bo i postojów było mało. No i jak się jedzie przez 24h praktycznie permanentnie przez pustkowia to sen trochę morzy ;)

    El Chalten

    Od spotkanych ostatnio ludzi o El Chalten słyszeliśmy głównie opowieści pogodowe. Że wichury, które potrafią porwać namiot, że dużo deszczu, że zamiecie śnieżne. Przygotowaliśmy się więc na powtórkę z Torres del Paine. Tym razem postanowiliśmy się zakwaterować w hostelu, bo w takich warunkach pogodowych przyjemniej mieć nad głową dach, a nie tylko mokry tropik. Jednak okazało się, że znalezienie noclegu w El Chalten to nie jest sprawa prosta. Odwiedziliśmy każdy hostel we wsi. I znaleźliśmy jedno wolne łóżko. Nie licząc oczywiście pokoi za US$60, ale te zupełnie nas nie interesowały. Nas jest dwójka, wole łóżko jedno, więc koniec końców wylądowaliśmy jednak na kempingu pod namiotem.

    El Chalten to jest dziura przez duże D. Jeszcze 25 lat temu nie było tu kompletnie nic. Miasteczko powstało w ramach przepychanek terytorialnych między Argentyną i Chile. Argentyńczycy stwierdzili, że jak postawią tu sobie, tuż przy granicy, miasteczko, to Chilijczycy się odczepią. Powstała więc mieścina pod tytułem El Chalten. Kilka ulic, kilka miniaturowych sklepów, dużo drogich hosterii i zdecydowanie za mało tanich hosteli, kupa bezdomnych psów. Te teraz mają całkiem niezłe życie, bo turystów sporo, więc się zawsze coś trafi – ktoś podkarmi, albo chociaż pogłaska. Jak tu wygląda życie zimą trudno sobie wyobrazić.

    Wstajemy rano, a tu zaskoczenie – niebieskie niebo. Trzeba z tego skorzystać. Czyli idziemy w góry. Po Torres del Paine chwilowo mamy awersję do chodzenia po górach z ciężkim plecakiem, więc tym razem bierzemy się za zaliczanie jednodniowych szlaków. Najpierw Laguna de Los Tres, żeby zobaczyć słynnego i pięknego Fitz Roya. Szlak jest pod emerytów. Do tego śliczna pogoda. Krótko mówiąc idealnie w związku z naszą chwilową niechęcią do chodzenia. Pogoda piękna, ale oczywiście nie w tych obszarach nieba, na których nam najbardziej zależy, czyli nad Fitz Royem. Wszędzie niebiesko, a nad górą oczywiście kupa chmur. Nad samo jezioro de Los Tres nie dochodzimy, bo tam trzeba by jeszcze z godzinę wspinać się pod stromą górkę, a skoro takie zachmurzenie, to nie chce nam się wspinać. I tak nic nie zobaczymy.

    Decydujemy, że zaliczymy dziś za jednym zamachem, korzystając z nadal w miarę niezłej pogody, inny szlak dla emerytów, ten do Laguny Torre. Przy lagunie – surprise, surprise – znów chmury nad górami, mimo że wszędzie indziej niebo błękitne. Szlag by trafił. Do tego przy samej wodzie wieje tak, że człowieka potrafi przewrócić. Spotkani po drodze Polacy (już 17 rodaków spotkaliśmy w Patagonii) mówią, że wczoraj rozjaśniło się dopiero późno wieczorem. Do wieczora w tej wichurze siedzieć nie będziemy, czyli chyba Cerro Torres nie zobaczymy.

    I

    Na następny dzień zapowiadają deszcz. A tu w okolicach południa robi się przepięknie. Szczyt Fitz Roya wyłania się znad gór otaczających El Chalten. Takiej pogody nie można zmarnować. I teraz dylemat – gdzie iść? Pod Torre czy Fitz Roya? Bo i tu i tu nie damy już dziś rady. Za późno. Wybór pada na Torre, bo jednak Fitz Roya widziliśmy. Zza chmur, ale jednak. A Cerro Torre nie wychyliło się w czoraj ani na moment zza gęstych chmur. O tym, że warto było jeszcze raz się tam przejść przekonują chyba najlepiej fotki.

    Do El Chalten musimy jeszcze kiedyś wrócić. Koniecznie.