Urodziny

W kategorii „zaległe” – tak się bawiliśmy na urodzinach Przemka w hostelu Footsteps w Santiago kilka dni po trzęsieniu ziemi. Piscola (pisco z colą), asado (czyli grill) i dobre towarzystwo. Czyli wszystko gra :)

A my już prawie gotowi do drogi. Start we wtorek rano. Pierwsze relacje z Nepalu pewnie już w środę.

p.s. zdjęcia z urodzin są dostępne dla użytkowników Facebook. Należą do profilu hostelu Footsteps Backpackers

Reklamy

Chile i Wyspa Wielkanocna – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Walutą w Chile jest peso. W czasie naszego pobytu w Chile $1 = 502p.

Bankomatów jest generalnie dużo (wyjątkiem jest Wyspa Wielkanocna, gdzie wszystkie 3 bankomaty przyjmują wyłącznie karty Maestro/Master Card/Cirrus). Nie ma także problemów z wymianą obcej waluty.

Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły 43tys pesos, czyli $86 na dwie osoby. Ta kwota obejmuje wszystko (noclegi, transport, jedzenie, wstępy, wycieczki, wypożyczenie sprzętu na trekking, wypożyczenie motocykla itp itd) poza biletem lotniczym pomiędzy Santiago a Wyspą Wielkanocną (ten kosztował $600 w dwie strony za osobę).

Mimo, że Chile jest wyraźnie droższe od Argentyny, to wydawaliśmy prawie tyle samo. To dlatego, że w Chile bardzo mało podróżowaliśmy dalekobieżnymi autobusami, 95% posiłków przygotowywaliśmy sami i ponad połowę nocy spaliśmy pod namiotem. Dla porównania w Argentynie sami przygotowywaliśmy jakieś 70% posiłków (steków trudno było sobie odmówić :)), a pod namiotem spaliśmy tylko 10 nocy z 35, jakie spędziliśmy w tym kraju.

Przykładowe ceny (nie odnoszą się do Wyspy Wielkanocnej):
– łóżko w dormitorium – od 5tys
– pokój dwuosobowy – od 12tys
– tani zestaw obiadowy (zupa, drugie, deser) – 1500-2500p
– woda mineralna 1.5l – 300-400p
– Coca Cola, 1 litr – 600p
– 6 jajek – 350p
– 4 bułki – 150p
– duża empanada – 500-600p
– pancho (hot- dog) z piciem – 550p
– duże piwo – 750-800p
– butelka wina – od 1500p
– internet – 300-500p/h

Transport

Standard taki sam jak w Argentynie. Takie same klasy, czyli zwykłe siedzenia, semi-cama i cama (patrz Argentyna – informacje praktyczne).

Bardzo popularny jest auto-stop.

Santiago

  • polecamy Footsteps Backpackers Hostel na ulicy Almirante Simpson 50 jakieś 3 minuty piechotą od stacji metra Baquedando. Blisko do centrum (3 stacje metra lub 20 min piechotą), fantastyczni ludzie na recepcji, świetne imprezy integracyjne, super atmosfera. Łóżko w 8-osobowym dormie kosztuje 5tys, dwójka to 9tys za osobę (nie wiem czemu, ale ceny na ich stronie internetowej są dużo wyższe). W cenie jest śniadanie
  • przejazd metrem kosztuje od 400-460p za przejazd (drożej w godzinach szczytu)
  • w Santiago jest kilka dworców autobusowych. Są one ulokowane między stacją metra Universidad de Santiago a stacją Estacion Central
  • do Valparaiso co 15 odjeżdżają autobusy firmy Tur Bus z dworca przy stacji metra Universidad de Santiago. Bilet kosztuje 3800p.

Puerto Natales i park Narodowy Torres del Paine

  • dużo hosteli, ale w szczycie sezonu trzeba się było bardzo dużo nachodzić, żeby znaleźć wolne miejsce, więc warto wcześniej rezerwować. Ceny od 5tys za łóżko w pokoju dwuosobowym
  • autobus powrotny do El Chalten jest o 8.30 i 18.30. Można płacić w walucie lokalnej (11tys) lub argentyńskiej (60p)
  • kilka wypożyczalni sprzętu w miasteczku. Śpiwór kosztuje 3tys za dobę, spodnie przeciwdeszczowe 1.5tys. Koszty są liczone nie od dnia wypożyczenia, tylko od dnia rozpoczęcia treku. Czyli jeśli wypożyczam dziś, a na trek idę jutro to zaczynają liczyć od jutra. Cena jest za każdą noc spędzoną w parku.
  • Kilka firm zapewniających transport do Parku Narodowego Torres del Paine. Autobusy wyjeżdżają między 7.30 a 8.00. Bilet otwarty w dwie strony kosztuje 13tys.
  • Wstęp do parku kosztuje 15tys. Przy zakupie biletu dostajemy mapę parku i jest ona w zupełności wystarczająca na trekking. Są na niej zaznaczone wszystkie kempingi, czasy przejść itp
  • tylko kilka kempingów w parku jest bezpłatna. Większość kasuje 4tys za noc za osobę (na mapce, którą dostaje się przy zakupie biletu jest zaznaczone, które kempingi są płatne, a które bezpłatne). Teoretycznie można spać tylko na wyznaczonych miejscach kempingowych, ale my raz spaliśmy na dziko i było ok
  • Na trasie treku jest dużo źródeł. Wodę z nich można spokojnie pić (także po deszczu kiedy jest trochę zamulona). Nie używaliśmy tabletek do odkażania wody
  • W płatnych kempingach można kupić napoje, ciepłe posiłki i batoniki, ciastka itp, ale ceny są bardzo wysoki, więc lepiej mieć wszystko ze sobą

Wyspa Chiloe

  • nocowaliśmy w Ancud w hostelu Austral zaraz obok dwora autobusowego, jakieś 15min piechotą od centrum. Łóżko w 4-osobowym dormie za 5tys. Dwójka 6 tys za osobę
  • wycieczka w czasie której można zobaczyć pingwiny kosztuje 10tys (można rezerwować przez hostele)
  • wycieczka przez agencję do Chepu to koszt 35tys. Można jechać na własną rękę. Autobus z Ancud do Chepu odjeżdża w poniedziałki, środy i piątki o 6.30. Wraca około 17-17.30. 1,5tys za osobę. Da się dojechać i wrócić stopem, ale to wymaga cierpliwości, bo ruch na drodze do Chepu jest minimalny
  • w Ancud w centrum obok targu jest kilka tanich restauracji z owocami morza. Polecamy. Świetne jedzenie w niezłej cenie. Curanto (tradycyjna lokalna potrawa z muszli i mięsa) kosztuje 2500, ogromny stek z łososia z kupą ziemniaków to 3500p.
  • Kilka kafejek internetowych, 500-700p/h
  • autobus do Castro odjeżdża co 30min z dworca autobusowego, 1200p
  • z Castro regularnie jeżdżą autobusy do Chanchi, 700p
  • Z Ancud autobusy do Osorno i Valdivia (to już na stałym lądzie) są co godzinę. Około 5tys za autobus do Osorno

Pucon i wulkan Villarica

  • spaliśmy na kempingu La Poza, 5 min piechotą od centrum. 3500p za osobę za dobę.
  • wejście na wulkan kosztuje od 35tys do 45tys. My wchodziliśmy z agencją Informationes (siedziba na głównej ulicy, niedaleko supermarketu, ale po przeciwnej od niego stronie ulicy). W cenie transport do i z parku narodowego, bilet wstępu do parku, ubrania ochronne, przewodnik. W cenę nie był wliczony opcjonalny wjazd wyciągiem krzesełkowym (5tys za osobę, zaoszczędza się w ten sposób godzinę marszu pod górę)
  • w okolicach Pucon jest dużo basenów termalnych. Niestety nie ma do nich transportu publicznego, dlatego trzeba korzystać z agencji turystycznych. Koszt to 10-15tys za transport + bilet wstępu
  • autobusy do Santiago odjeżdżają rano i wieczorem. Podróż trwa 10h. Jechaliśmy firmą Pullman, 20tys za osobę

Wyspa Wielkanocna

  • lotnisko jest 15 min piechotą od „centrum” miasteczka
  • na lotnisku po wylądowaniu samolotu czekają na przyjezdnych właściciele chyba wszystkich miejsc noclegowych na wyspie. Oferują bezpłatny transport
  • nocowaliśmy na kempingu Chez Cecilia (nie ta Chez Cecilia, która jest w przewodniku South America Handbook). To jest obok lokalnej dyskoteki, niedaleko miejsca gdzie schodzą się wszyscy co wieczór na zachód słońca. 4tys za osobę za noc, można korzystać z kuchni. 6tys za łóżko (a w zasadzie materac) w mikroskopijnym dormie na poddaszu. Jest na wyspie kilka innych kempingów, ale ten ma najlepszą naszym zdaniem lokalizację
  • mapę wyspy można dostać za darmo w punkcie informacji turystycznej w centrum
  • na wyspie są trzy bankomaty, ale przyjmują tylko karty Master Card/Maestro/Cirrus. Właściciele Visa mogą wybrać pieniądze z karty w banku w okienku
  • wstęp do parku narodowego kosztuj 5tys. Opłata pobierana jest przy wejściu do Rano Raraku („fabryka” moai) oraz Orongo. Bilet jest ważny przez 3 dni i umożliwia wejście w oba miejsce
  • kilka wypożyczalni rowerów i innych pojazdów. Rower kosztuje 10tys na dzień, skuter to 20tys, duży motor 30tys, auto od 40tys. Warto zapytać o zniżkę, bo konkurencja jest spora. Warto wypożyczyć skuter/motor, bo niektóre miejsca warte zobaczenia są dosyć daleko od miasteczka
  • ceny na wyspie są 2 do 3 razy wyższe niż na stałym lądzie, dlatego warto zabrać ze sobą różne rzeczy z Santiago. My zabraliśmy tylko produkty do przygotowania obiadów, ale byli i tacy, którzy przyjechali z kilkoma sześciopakami piwa, i mieli rację. Dla przykładu duża butelka wody kosztuje 1700p (na lądzie 400p), piwo w puszce 750p (na lądzie tyle kosztuje 1l piwa), Cola 1l 1600 (na lądzie 600). Wszystko inne łącznie z chlebem także kosztuje 2-3 razy więcej. Najtańszy zestaw obiadowy jaki widzieliśmy kosztował 4500p (na lądzie nie więcej niż 2500).
  • w miasteczku jest kilka kafejek internetowych, 1500p za godzinę. Na lotnisku jest bezpłatny wi-fi
  • na wyspę lata wyłącznie chilijska linia LAN. Wiele osób zatrzymuje się na wyspie w ramach stop-overu w drodze na/z Thaiti (zazwyczaj w ramach biletu RTW). Jeśli jednak ktoś chce polecieć na Wyspę z Santiago to skazany jest na LAN. Teraz uwaga! Ceny na europejskich stronach LAN są sporo droższe niż na chilijskiej wersji strony. Niestety dostęp do cen chilijskich można mieć teoretycznie będąc na terenie Ameryki Płd. Jeśli spróbuje się wejść na LAN Chile będąc w Polsce będziemy automatycznie przekierowywani na LAN europejski w momencie próby wyboru połączenia. A to skazuje nas na wysokie ceny. Można to obejść stosując poniższe instrukcje (dzięki temu nie będzie nas przekierowywać z LAN Chile na europejskie wersje strony):  Otwórz Internet Explorer
    Kliknij na górze „Narzędzia” i wybierz „Opcje Internetowe”
    Kliknij „Połączenia”
    Kliknij „Ustawienia sieci LAN”
    Zaznacz okienko „Użyj serwera proxy dla sieci LAN…”
    W polu adres wpisz: 164.77.170.67
    W polu port wpisz: 8080
    Kliknij OK

    W pasek przeglądarki wpisz:
    http://www.lan.com/index-es-cl.html

Rapa Nui Dance

Wyspa Wielkanocna

Żeśmy znowu zaszaleli i na Wyspę Wielkanocną pojechali. Szaleństwo, bo to koszmarnie daleko, więc i cenę swoją ma. Ale jak już nie raz na tym blogu wspomnieliśmy – raz się żyje :)

3700km od najbliższego stałego lądu (Chile kontynentalne). 2100km od najbliższej zamieszkanej wyspy (Pitcarn). Wyspa Wielkanocna to najbardziej odosobniona zamieszkana wyspa na świecie. Holender Jacob Roggeveen, który odkrył wyspę w 1722 roku miał spore szczęście, że w ogóle na nią trafił. No bo wyobraźmy sobie niewielki skrawek lądu – raptem 163km km² (to mniej więcej tyle co powierzchnia Katowic) – na otwartym oceanie. Ocean Spokojny, na którym leży wyspa ma za to 178,7 mln km². Czyli wychodzi na to, że Wyspa Wielkanocna zajmuje jakieś 0,0000916% powierzchni Oceanu. Nie wiem jakie jest prawdopodobieństwo trafienia „szóstki” w totka, ale mam wrażenie, że gdyby w 1722 roku istniał Toto Lotek, to Jacob Roggeveen miałby podobne szanse trafić szóstkę jak trafić na Wyspę Wielkanocną. A wtedy nie byłoby tej słynnej nazwy – Wyspa Wielkanocna. Bo Roggeveen odkrył wyspę w Wielkanocną niedzielę.

Umówmy się – gdyby na wyspie nie było słynnych posągów moai prawdopodobnie nikt by tutaj nie przyjeżdżał. Bo ta wyspa w niczym nie przypomina rajskich wysp południowego Pacyfiku, takich jak znaleźć można na Fidżi czy Polinezji Francuskiej. Nie ma kolorowej rafy, nie ma pięknych plaż (jedyne 2 plaże na wyspie znajdują się jakieś 18km od miasteczka), nie ma szumiących palm. W ogóle bardzo mało tam drzew. Jedna z teorii powstania posągów moai mówi, że ścięte drzewa były używane do przemieszczania posągów i dlatego ich teraz nie ma.

Czy to prawda do końca nie wiadomo, w każdym razie pewne jest, że z powodu braku drzew wyspa cierpi na ogromny deficyt cienia. Przekonaliśmy się o tym nie raz przez te sześć dni, które spędziliśmy na wyspie. A przede wszystkim na polu namiotowym. Bo jak się połączy brak cienia z bezchmurnym niebem, temperaturami w granicach 32 stopni i ortalionowym namiotem, to wychodzi dosyć niezdrowa odmiana sauny. Dlatego przebywanie w namiocie było możliwe tylko od zachodu słońca do mniej więcej godziny 9.00. Niestety przebywanie poza namiotem w pozostałych godzinach też nie należało do komfortowych, z powodu temperatury i braku cienia oczywiście. W dwa miejsca w miasteczku, w których funkcjonuje klimatyzacja, czyli do apteki i budki z bankomatem, głupio było za często chodzić się chłodzić, więc trzeba było sobie jakoś inaczej wypełnić czas.

Na szczęście mieliśmy na polu namiotowym kilka ciekawych osób, więc tematów do rozmów nie brakowało. Szczególnie jedna z nich zrobiła na nas wrażenie. Martha, 50-kilku letnia Niemka. W Niemczech przez lata prowadziła biznes. Pracowała po 12-14h na dobę. I w pewnym momencie stwierdziła, że już jej się nie chce. Sprzedała wszystko – od firmy, poprzez samochód, mieszkanie, jego wyposażenie itp – i postanowiła wyruszyć w świat. Najpierw pieszo (sic!) udała się z Niemiec do Hiszpanii, co zabrało jej 4 miesiące. Potem przyleciała do Ameryki Południowej, kupiła zwykły tani rower, który nie ma nawet lampy, i ruszyła nim na podbój Ameryki Południowej. Chce podróżować tak długo jak się da i będzie jej się chciało. W ogóle nie martwi się faktem, że nie ma do czego wracać. Życie jest krótkie. Trzeba z niego korzystać póki jest. Więc jeśli komuś nadal się wydaje, że to co my robimy to jest jakiś wyczyn (a z otrzymywanych e-maili wnioskujemy, że kilka osób tak właśnie uważa) niech pomyśli o owej Marcie.

A wracając do samej wyspy… Poza tym, że jest gorąco i nie ma cienia, jest tu jednak co robić przez kilka dni. Przede wszystkim są te piękne zachodu słońca, na które co wieczór pielgrzymowaliśmy z kartonem dobrego chilijskiego wina. Kilka razy wybraliśmy się pieszo oglądać atrakcje w okolicach miasteczka, ale tak nas to wymęczyło, że postanowiliśmy na jeden dzień wypożyczyć motor. Puste, choć miejscami mocno dziurawe drogi, wiatr we włosach. Super. Po drodze mijaliśmy męczenników na rowerach i kolejne moai. Jest ich na wyspie całkiem sporo, choć część w kiepskim stanie. Dwa miejsca, które zrobiły na nas największe wrażenie to Ahu Tongariki, czyli słynne 15 posągów ustawionych w rzędzie, i wulkan Rano Raraku, który nazwaliśmy fabryką moai. To właśnie tutaj wycinano posągi z wulkanicznej skały. Jeden 12-metrowy posąg nadal leży niedokończony, a na zboczu wulkanu stoi kilkanaście na wpół zasypanych na przestrzeni lat posągów. Wow.

Zresztą co tu dużo mówić. Wyspa – mimo, że do szczególnie pięknych nie należy – jest wyjątkowa.

Valparaiso

Zdobywamy wulkan

Do Pucon pojechaliśmy tylko w jednym celu – żeby wejść na wulkan Villarica. Wulkan ma 2847 m npm, więc w porównaniu z powiedzmy Cotopaxi w Ekwadorze, to jednak popierdółka, że się kolokwialnie wyrazimy. Jednak mimo wszystko przygotowaliśmy się na spory wysiłek fizyczny, bo to jednak ciągle pod górkę.

Że każda agencja turystyczna w Pucon ma w swojej ofercie wejście na wulkan, to znalezienie tej najbardziej nam odpowiadającej – czyli najtańszej – było proste. Nie wiedzieć czemu różnica cen między poszczególnymi agencjami sięgała do 30%. Nie bardzo można zrozumieć skąd taka różnica. W końcu czy się płaci kwotę X czy też X + 30% to wejść trzeba na wulkan o własnych siłach. Nikt nas przecież nie wniesie tylko dlatego, że się więcej kasy wyłożyło.

Tak więc wybraliśmy najtańszą agencję i o szóstej rano następnego dnia ruszyliśmy zdobywać wulkan. Ubrano nas wszystkich w wodoodporne spodnie, kurtki i buty, na głowę włożono kaski, do ręki wsadzono nam czekan. Wyglądaliśmy w tym wszystkim mega profesjonalnie, ale później, już na szczycie wulkanu, okazało się, że ci którzy wybrali się z droższą agencją mają nowsze ciuchy, i w dodatku w modniejszych kolorach. Co za strata… ;)

Wejście okazało się być bułką z masłem. Może to dlatego, że trafiło nam się w grupie kilka słabych ogniw i do nich przewodnik dopasował tempo. Pierwszy etap – przejście z 1400m (na takiej wysokości zaczyna się szlak) na 1800m – odpuściliśmy sobie korzystając z wyciągu. Żadne to oszustwo, po prostu nie widzieliśmy powodu – tak samo zresztą jak wszyscy inni ludzie w naszej i pozostałych grupach – żeby męczyć się idąc po stromym zboczu pokrytym sypkim pyłem wulkanicznym. Od 1800m trasa była już w całości pokryta śniegiem, więc szło się dosyć łatwo.

Tak się zdarzyło, że byliśmy pierwszą grupą, która zaczęła tego dnia wspinaczkę. No i gdy weszliśmy kawałek do góry i obejrzeliśmy się za siebie, to okazało się, że poza nami wulkan zdobywa jeszcze jakieś 20 czy więcej innych grup (w każdej grupie do 8 osób). Co za widok! Sznurek ludzi, jeden za drugim, którego końca nie widać.

Dotarcie na szczyt było bardzo satysfakcjonujące. Widok ze szczytu był imponujący. Ale najlepsze było zejście w dół. To było pierwsze w naszym żywocie zejście w dół, które było przyjemniejsze od wejście (w naszym doświadczeniu zejścia mają to do siebie, że męczą kolana i wymagają skupienia i uwagi). Bo wyobraźcie sobie, że zejście z wulkanu polegało na zjechaniu z niego na tyłku. Trzeba było założyć specjalny ochraniach na cztery litery i najnormalniej w świecie zjechać na tyłku po śniegu. Nie zjeżdża się w pierwszym lepszym miejscu, tylko w wyjeżdżonych „kanałach” w śniegu. A że zbocza wulkanu są trochę strome, to przed zjazdem pierwszym tunel niektórzy trochę się stresowali (włącznie ze mną). Na zjazd każdym kolejnym nie można było się za to doczekać.

Świetny dzień, i nawet za bardzo się nie zmęczyliśmy :)

Chepu, czyli o tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem

My ciągle tkwimy w Santiago, a tymczasem zaległe relacje

Chiloé to taka całkiem spora wyspa w Chile. Pojechaliśmy się tam trochę zrelaksować po Patagonii, gdzie pogodowo trochę nam się nie powiodło.

Na Chiloé zacumowaliśmy w Ancud, miasteczku na północy wyspy. Czas zatrzymał się tu chyba mniej więcej wtedy, gdy w Polsce obradował okrągły stół. Wystawy sklepowe taki właśnie mają klimat, a i architektonicznie jakoś tak wiekowo. Ale poza tym bardzo przyjemnie.

W Ancud nie jest źle, ale pomyśleliśmy, że warto by było zobaczyć coś więcej. Padło na Chepu, dziewiczą część wyspy z pięknym krajobrazem. Lokalne agencje turystyczne ściągają za odwiedzenie Chepu niezły haracz, więc pomyśleliśmy, że pojedziemy na własną rękę. Tylko, że to nie aż proste. Chepu to dziura tak wielka, że autobus kursuje tu tylko trzy razy w tygodniu, i to o niezrozumiale wczesnej porze – 6.30 rano.

Akurat tak trafiło, że wypadał dzień, w którym kursuje autobus, więc wybraliśmy się do Chepu z parą Chilijczyków z hostelu. Na miejsce dotarliśmy gdy zaczęło świtać. Aktywność o takiej porze dnia nie często nam się ostatnio zdarza, więc jakoś tak dziwnie było. Autobus powrotny do Ancud miał odjeżdżać dopiero za 10 godzin. Dużo czasu do zabicia. Uzbrojeni w mapę narysowaną przez kobitkę z hostelu ruszyliśmy przed siebie. Nad całą okolicą unosiła się mgiełka. Magicznie.

Celem była jaskinia przy plaży. Niby max 1.5 godziny spacerkiem. Mieliśmy tylko przejść przez wydmy, przekroczyć małą rzeczkę, pójść wzdłuż plaży i tam miała właśnie być jaskinia. Bułka z masłem. Tylko, że przez ostatnie kilka dni padało. Więc idąc wyznaczoną ścieżką grzęźniemy w błocie. Potem – żeby je ominąć – idziemy przez wydmy. Idziemy tak dobrą godzinę, ale małej rzeczki, którą mamy przejść, jakoś nie widać. Chyba obraliśmy zły kierunek. Wpadamy więc na genialny pomysł, żeby wdrapać się na wyższą wydmę i wypatrzeć pequeño rio (czyli małą rzeczkę). W końcu namierzamy rzeczkę, tylko problem jest taki, że ona wcale nie jest pequeño. Po kilku dniach deszczu jest całkiem grande. Podejmujemy próbę przejścia przez wodę, ale po kilku krokach sięga nam ona do uda. Główkujemy co w związku z tym zrobić. Jest dopiero 11.00. Autobus dopiero za 7 godzin. Więc postanawiamy spróbować szczęścia ze stopem. Tylko, że Chepu to nie jest miejsce, przez które biegnie jakoś często uczęszczana droga. Wręcz przeciwnie. Skoro autobus przyjeżdża tu raptem 3 razy w tygodniu to możecie sobie wyobrazić. Czyli trzeba z buta. Do głównej drogi jest jakieś 16km. No ale i tak nie mamy nic lepszego do roboty.

Po pół godzinie marszu nagle pojawia się pick-up. Wystawiamy paluch i koleś się zatrzymuje. Wskakujemy na pakę i sru. W połowie dystansu koleś nas wysadza, bo dalej nie jedzie. Ale szczęście nas nie omija, bo nagle pojawia się na tej pustej drodze taksówka. Pusta. W dodatku wraca do Ancud. Cena śmiesznie niska, więc jedziemy.

Wycieczka średnio udana, ale w takiej podróży nie zawsze wszystko idzie według planu. I dobrze. Inaczej by było nudno.