Birma – informacje praktyczne

Dojazd
Najprościej z Bangkoku Air Asia.

Wiza
Do załatwienia bez żadnego problemu w ambasadzie w Bangkoku. Koszt to 810 bahtów. Wniosek składa się pierwszego dnia rano, odbiór trzeciego dnia po południu. Wniosek wizowy można spokojnie wypełnić na miejscu w ambasadzie. Potrzebne są dwa kolorowe zdjęcia paszportowe i kopia paszportu (strona ze zdjęciem).
Najprostszy dojazd do ambasady z Kao San Road: dojść do rzeki, do przystani numer 13 (ta najbliższa Kao San) i wsiąść w którąkolwiek łódź płynącą na południe (w kierunku pałacu królewskiego). Koszt to 11b, około 20 minut. Wysiąść przy Central Pier (przystań numer 1). Zaraz obok przystani jest stacja kolejki jednotorowej. To pierwsza stacja na trasie. Przejechać jedną stację i iść dalej jakieś 500m drogą wzdłuż której jedzie kolejka. Ambasada jest po lewej stronie.

Pieniądze

Nasze średnie dzienne wydatki na dwie osoby wynosiły $37, w tym sporo pamiątek. Nie licząc pamiątek wydawaliśmy $34 dziennie.

Dolary amerykańskie obowiązkowe. Muszą być w idealnym stanie, inaczej będą w Birmie bezużyteczne. Odpadają banknoty pogniecione, poplamione, trochę starte.
Dolary można wymienić na lokalną walutę (kyat) w hotelach lub na mieście u cinkciarzy. W Yangon i Mandalay na mieście najlepszy kurs wynosił 1005 kyatów za 1$ zakładając, że wymienia się banknot 100-dolarowy. W hotelach kurs wynosił 950.
W Bagan kurs wymiany wynosił tylko 930.
Nie ma problemów z wymianą kasy w Yangon czy Mandalay. Wystarczy chwile poszwendać się po centrum, a na pewno podejdzie przynajmniej jeden cinkciarz oferujący swoje usługi. Lubią oszukiwać, więc trzeba dokładnie przeliczyć kasę i dolary im dać dopiero jak kyaty się zgadzają.
Najwyższy nominał kyata to 1000 więc wymiana powiedzmy $200 oznacza, że stajemy się posiadaczem worka pieniędzy (dosłownie).
Dolarami płaciliśmy za hotele, wstępy i bilety na pociąg.
Jedzenie, transport drogowy, pamiątki w kyatach.
Bankomatów w Birmie nie ma.

Transport
Podróżowanie po Birmie to nie bułka z masłem. Infrastruktura drogowa jest w bardzo złym stanie, dlatego przejazdy pomiędzy poszczególnymi miejscami są niezwykle czasochłonne. Ważne, aby pamiętać o tym planując podróż po Birmie. Spora część przejazdów odbywa się w nocy, co oznacza, że kolejny dzień można częściowo spisać na straty.

Przykładowe godziny przejazdów:
Yangon – Inle Lake -18h
Inle Lake – Mandalay – 11h
Mandalay – Bagan – 7h
Bagan – Yangon – 16h
Hsipaw – Mandalay – 7h
Na każdej trasie jeździ kilka, a czasem kilkanaście firm przewozowych, jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu wszystkie autobusy wyjeżdżają o tej samej porze (np. z Hsipaw wszystkie autobusy w stronę Mandalay wyjeżdżają o 6 rano. Później przez cały dzień nie ma już na tej trasie żadnego autobusu).
Na krótszych trasach jeżdżą głównie tzw. local bus, których cechą charakterystyczną jest to, że poza pasażerami przewożą jeszcze towary i to w sporych ilościach.
Na dłuższych trasach jeżdżą autokary, które nie biorą cargo, a tylko pasażerów. Zdarzają się autokary z klimatyzacją, ale na nocne trasy ich nie polecamy, bo autokar zamienia się wtedy w lodówkę.
Ceny dla turystów oczywiście wyższe niż dla lokalsów.

Prezykładowe ceny przejazdów:
Yangon – Inle Lake – 16000
Inle Lake – Mandalay – 12000
Hsipaw – Mandalay – 4000
Mandalay – Bagan – 6000

W Mandalay i w Yangon dworce autobusowe są dosyć daleko od centrum, więc trzeba wziąć taxi. W Yangon kosztuje to od 4500 do 6000 w zależności od umiejętności negocjacyjnych pasażera i stopnia upartości kierowcy. W Mandalay cena wywoławcza to 6000 za 2 osoby, ale spokojnie można zejść do 4000, a przy trochę większym wysiłku do 3000.

W Yangon dojazd z/na lotnisko to około 5000 za 2 osoby.

Komunikacja
Korzystanie z internetu było jednym z najbardziej frustrujących doświadczeń w Birmie. Net jest koszmarnie wolny, wielu stron w ogóle nie dało się otworzyć. Ceny od 300 do 1000 za godzinę (najtaniej w Yangon). Jest dopłata, gdy nie ma prądu i trzeba używać generatora (np. w Bagan płaci się wtedy 2 razy więcej). Lepiej korzystać z netu rano, wtedy jest trochę szybszy niż po południu.

Lokalna rozmowa telefoniczna kosztuje 100 za minutę. Do Europy $5 za minutę.
Roaming nie działa.

Noclegi i inne informacje

Wszystkie hotele i guesthousy serwują śniadanie w ramach ceny. W 99% przypadków śniadanie jest takie samo, czyli jajko, tost, masło, dżem, banany, herbata i kawa.
Branie pokoju z klimą nie ma wielkiego sensu, bo prądu nie ma częściej niż jest. Tanie guesthousy mają generatory, ale używają ich w zasadzie tylko w nocy. Klimatyzacja nie działa, gdy prąd jest wytwarzany przez generator

Yangon
Spaliśmy w dwóch miejscach:

  • Motherland Inn 2 – trochę na uboczu, kawałek od centrum, ale plus ma to miejsce takie, że z lotniska można do niego za darmo dojechać (na lotnisku czekają na pasażerów pracownicy hotelu). Ceny za dwójki:
    bez łazienki – $10
    z łazienką – $12
    z łazienką i klimą – $15
  • Whitehouse Hotel – w samym centrum, 5 minut piechotą od ….. Pagoda. Słyszeliśmy od kilku osób o rewelacyjnym śniadaniu bufetowym tam serwowanym i głównie dlatego ostatnią noc w Birmie właśnie tam spędziliśmy. Śniadanie było ok, fajna odmiana po tych ciągłych jajkach i tostach, ale ceny pokoi naszym zdaniem ciut za wysokie
    dwójka z łazienką, bez okna – $10
    dwójka z łazienką, oknem i wiatrakiem – $15
    dwójka z łazienką, oknem i klimą – $18

Wejście do Shwedagon Pagoda – $5.
Przy wejściu trzeba ściągnąć buty. Buty można oddać na przechowanie, ale wtedy trzeba zapłacić „shoes donation”. Nie wierzyć, jak będą mówić, że nie można butów zabrać ze sobą (wszyscy lokalsi noszą buty w ręce).

Inle Lake
Spaliśmy w Teak House. Świetne miejsce, super klimat. Najlepszy guesthouse w jakim spaliśmy w Birmie. Najtańsze pokoje z łazienką były za $12, ale niestety wszystkie były zajęte. Lepsze pokoje za $15, był tylko jeden wolny, wytargowaliśmy tylko do $14. Najlepsze pokoje za $20 były puste.
Łódkę do zwiedzania jeziora spokojnie można znaleźć w przystani przy kanale przy końcu wioski. Ceny zaczynają się od około $10.
Wynajęcie roweru 1500 za dzień.
Bilet wstępu do Inle Lake kosztuje $3. Opłata jest pobierana przy wjeździe do miasteczka.
Na targu na jeziorze można kupić dużo fajnych pamiątek. Trzeba ostro się targować.

Mandalay
Royal Guest House. Nic specjalnego ale daje rade. Zaraz za rogiem jest Mann Restaurant z całkiem zjadliwym chińskim jedzeniem. Dwójka bez łazienki $7, z łazienką i klimą $13.

Riksza rowerowa na zwiedzanie atrakcji miasta – 4000 za dwie osoby.
Taxi na całodniową wycieczkę po okolicach Mandalay – 15000. Do samochodu spokojnie zmieści się 5 osób (jedna koło kierowcy, a 4 na budzie) co daje koszt osobowy zaledwie 3000 (tylko 1000 więcej niż zwiedzanie transportem publicznym, a wygoda dużo większa). Towarzystwo na wycieczkę bez problemu można znaleźć w hostelu.
W Inwa trzeba dodatkowo zapłacić 1000 za osobę za przeprawę przez rzekę. Zwiedzanie Inwa koniecznie bryczką, bo odległości spore. Spokojnie można utargować do 3000 za bryczkę (zmieści się 3 pasażerów).

Pyin U Lwin
Skorzystaliśmy z poleconego nam Bravo Hotel przy głównej ulicy. Hotel jest nowy, bardzo wygodny. Klima, tv z kablówką (tylko 2 kanały, ale zawsze to coś). Najelegantszy hotel w całej podróży jak na razie. Cena wywoławcza $20, utargowaliśmy do $15.

Hsipaw
Mr Charle’s Guesthouse. Jedyna opcja we wsi. Dosyć stary budynek, ale z fajnym klimatem. W ciągu pół roku ma być gotowe nowe, murowane skrzydło guesthousu. Dwójki z łazienką za $12 i $15 (w zależności od lokalizacji w budynku), bez problemu utargowaliśmy do $10.
Wynajęcie roweru 2000 za dzień, ale można utargować do 1500.
Wynajęcie motoru 10000 na dzień. Przewodnik na treking motorowy około 5000 za dzień.

Bagan
New Heaven Guesthouse. W bocznej uliczce, cicho i spokojnie. Każdy pokój z werandą. We wszystkich pokojach łazienka, wiatrak i klima. Opcja z tv za $12 (utargowaliśmy do $10), bez tv za $10.
Wynajęcie roweru 1000 za dzień.

Bilet wstępu do Bagan kosztuje $10. Bilety sprzedawane są przy wjeździe do miasta. Numer z biletu jest niezbędny do zameldowanie się w hotelu.
Dużo różnych pamiątek można kupić przy świątyniach. Ceny wywoławcze wysokie, ale bez większego problemu da się wytargować za 50% albo i mnie.

1litr wody – 250-300
5l wody – 1000
puszka Coli – 500-700
piwo Dagon w sklepie – 1000
piwo Myanmar w sklepie – 1200
smażony ryż – 700-1200
dania mięsne – 1500-2500
w hinduskiej knajpie w mandalay można się nieźłe najeść za jakieś 2000 za osobę
pizza w Bagan – 2500-4500
paczka czipsów – 300

Reklamy

Bagan

Dostanie się w Hsipaw do Bagan wymaga przesiadki w Mandalay. Tam z Hsipaw dojechać można pociągiem lub autobusem. Ten pierwszy potrzebuje na przejechanie trasy 13 godzin, drugi – 7. Wybór wydaje się prosty, ale w rzeczywistości nic nie jest proste. Otóż wszystkie autobusy na tej trasie to tzw. local bus, które poza pasażerami przewożą także towary. Wróć! Powinnam chyba napisać, że poza towarami przewożą pasażerów. Bo towary różnej maści zdecydowanie przeważają. Kilka ostatnich rzędów siedzeń jest wymontowana i autobus jest tam zapakowany aż po sam sufit różnymi pudłami i worami z Bóg wie czym. Pod siedzeniami ogromne worki z ryżem, więc siedzieć można tylko z kolanami przy brodzie. W przejściu beczki po piwie, więc każde wyjście z autobusu na postoju to mini ścieżka zdrowia. Na dachu dziesiątki pudeł ułożonych w piramidę, która jakimś cudem nie rozpada się. Jestem pewna, że gdyby zorganizować mistrzostwa świata w pakowaniu samochodów i autobusów Birmańczycy pobiliby konkurencje na łeb i szyję.

Do Mandalay dojechaliśmy z bardzo obolałymi tyłkami, więc kontynuowanie podróży do Bagan tego samego dnia odpadało. Przespaliśmy się i rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Cóż to była za podróż. Do dziś wierzyć nam się nie chce, że droga łącząca drugie największe miasto w kraju z największą atrakcją turystyczną kraju wygląda jak wygląda. Przez mniej więcej połowę dystansu trudno nazwać to w ogóle drogą, bo nie ma na niej żadnej nawierzchni. Odcinki które nawierzchnię posiadają są szerokości jednego pojadu i do tego koszmarnie dziurawe. Droga dwa razy przecina rzeczki, ale mostów w tych miejscach nie ma. Pora była sucha, więc autobus przejechał przez wodę, ale nie wyobrażam sobie tej przeprawy w porze deszczowej.

Na jednym z postojów autobus się zepsuł, choć naszym zdaniem popsuł go kierowca do spółki z mechanikiem, którego każdy autobus ma tu na stanie. Już mieliśmy ruszać dalej, silnik pięknie chodził, ale kierowca nie był do końca zadowolony. Wysłał więc mechanika, żeby ten pogrzebał w silniku. Mechanik tak na grzebał, że autobus zupełnie nie chciał zapalić. Zaczęły się więc próby naprawy. Po pewnym czasie mechanik porzucił silnik i zainteresował się akumulatorem. Nie wiem co z nim robił, ale co jakiś czas się iskrzyło. Potem wrócił do silnika i w końcu dokręcił właściwą śrubkę. Odetchnęliśmy z ulgą.

Na miejsce dotarliśmy po południu. Od razu dało się zauważyć, że inaczej tutaj niż w reszcie kraju. Tutaj życie kreci się wokół i dzięki turystom. Mnóstwo restauracji serwujących dania najróżniejszych kuchni, mnóstwo guesthousów, wypożyczalni rowerów, sklepików.

Następnego dnia rano wynajęliśmy rowery i ruszyliśmy na podbój Baganu. Popełniliśmy jednak błąd taktyczny czekając na rozpoczęcie zwiedzania do 10.30. Wcześniej nie chciało nam się wychodzić, i okazało się, że to była bardzo zła decyzja. Gdzieś po 30 minutach pedałowania byliśmy już zlani potem i mieliśmy dosyć. Wytrzymaliśmy jakoś do 13.00 pedałując po okolicach Starego Baganu. Mimo że otaczające nas świątynie były piękne, jakoś nie mogliśmy się na nich skupić, bo gorąc był nie do zniesienia. Dlatego drugiego dnia – mądrzejsi o wczorajsze doświadczenie – na śniadanie zameldowaliśmy się punktualnie o 7.00, i już przed 7.30 pedałowaliśmy w stronę świątyń. Tym razem tak szybko jak można było zjechaliśmy z drogi asfaltowej i ruszyliśmy w głąb świątynnej dżungli. Z perspektywy roweru zupełnie nie trafia do człowieka jak tych świątyń jest dużo, więc wdrapaliśmy się na jedną z pagód, żeby przyjrzeć się okolicy z góry. Cóż tu wiele mówić – widok zapierał dech w piersi. Wszędzie wokół nas, aż po horyzont setki świątyń. Jedne malutkie, inne trochę większe, jeszcze inne przeogromne. Ten wieczny pył w powietrzu, który tak nasz wszędzie indziej w Birmie denerwował tu tworzył najbardziej niesamowity klimat. Na chwilę obecną w Baganie jest około 2200 świątyń i pagód, ale w czasach świetności było ich ponad 4000! Niestety trzęsienie wieku sporą ich część zniszczyło.

bagan2male

Przez trzy dni pedałowaliśmy tak od świątyni do świątyni nie mogąc nacieszyć nimi oczu. Przy tych większych zdesperowani sprzedawcy pamiątek, których liczba wielokrotnie przekraczała liczbę turystów, próbowali nam wcisnąć najróżniejsze rzeczy. Ich desperacja była ogromna, ale niestety nie można od każdego czegoś kupić bo poszlibyśmy z torbami.

Bagan

Rozmawialiśmy dosyć długo z chłopakiem sprzedającym obrazki malowane na podkładzie z piasku, i usłyszeliśmy od niego dużo smutnej prawdy o życiu mieszkańców Baganu. Z powodu zamieszek w 2007 roku i cyklonu, który nawiedził Birmę w 2008 roku, liczba turystów zmalała dramatycznie. A jak w Baganie nie ma turystów to jego mieszkańcy nie mają pieniędzy. A pieniądze oznaczają jedzenie. Chłopak mówił nam, że czasami przez cały tydzień nie może sprzedać ani jednego obrazka. Jego licencja na handel, za którą płaci co roku $30, daje mu prawo sprzedaży swojego towaru tylko przy jednej świątyni. Oprócz niego takie same obrazki sprzedają przy tej świątyni jeszcze dwie inne osoby. A że nie jest to jakaś wielka i bardzo znana świątynia, to turystów odwiedza ją codziennie raptem kilkudziesięciu. Alternatywnej pracy w Bagan w zasadzie nie ma. Ten sam problem mają właściciele dziesiątek restauracji – normą są dni, gdy nie zjawia się ani jeden gość. Najbardziej wzruszyły nas kilkuletnie dziewczynki, które z racji trwających właśnie wakacji szkolnych pracowały sprzedając pocztówki. Komplet 10 pocztówek kosztuje zaledwie $1, a mimo to sprzedaż tylko jednego kompletu dziennie oznacza sukces. Małe okazały się poliglotkami, podobnie jak dziewczynki z Inwa, ale te w Bagan mówiły nawet trochę po polsku. Świetnie liczyły do dziesięciu, umiały się przedstawić, zapytać o imię, a Przemkowi nawet powiedziały z całkiem niezłym akcentem, że jest przystojny ;) Nam zleciły nauczenie ich tego jak się mówi „1500” i „czarno-białe” (miały w swojej ofercie takie pocztówki).

Bagan

Bagan

Bagan

Ostatniego dnia wymyśliłam sobie, że pojadę zobaczyć wschód słońca. W tym celu wstałam już o 5 rano. Przemka oczywiście wyciągnęłam ze sobą, choć był średnio entuzjastycznie nastawiony do pedałowania w całkowitych ciemnościach. A ciemności rzeczywiście były kompletne, bo w momencie, gdy wsiadaliśmy na rowery wyłączony został w całej okolicy prąd. Zrobiło się tak ciemno, że czubka własnego nosa widać nie było. Uzbrojeni w latarki ruszyliśmy przed siebie mając nadzieję nie wpaść w jakąś dziurę. Jechaliśmy tak przez jakieś 20 minut mijając po drodze zmierzających dokądś (pewnie do pracy) ludzi, którzy szli w tych egipskich ciemnościach bez żadnego światła.

Przy okazji oglądania wschodu słońca byliśmy też światkami tego, jak ostatni w tym sezonie balon wznosi się, aby pokazać piękny Bagan szczęśliwcom, którzy gotowi byli za to zapłacić po $275 za głowę. Też byśmy tak chcieli…

Więcej zdjec w galerii

Hsipaw

Z Pyin U Lwin do Hsipaw postanowiliśmy pojechać pociągiem. Wyłącznie dla sportu, bo autobusem dojechalibyśmy w 4godziny, a pociągowi przejechanie tej samej trasy zabrało godzin aż 7. Pociąg – wbrew wielu relacjom z podróży po Birmie jakie wcześniej czytaliśmy – podjechał na peron spóźniony jedynie o 15 minut. Cała reszta podróży była dokładnie taka jak w opisach innych ludzi – pociąg jechał przeraźliwie wolno, był maksymalnie zapchany, ludzie siedzieli na ziemi, w przedsionkach, przy ubikacji, wszędzie walały się różne pakunki, ludzie rzucali śmieci na ziemię i za okno (absolutna norma w Birmie, coś z czym nie za bardzo potrafiliśmy się pogodzić), no i oczywiście wszyscy się na nas dosyć intensywnie gapili, co po pewnym czasie było trochę męczące.  Do celu dotarliśmy cali, choć dosyć zmęczeni. Na peronie szybko wyłapał nas z tłumu facet z Mr Charle’s Gueshouse – jedynego we wsi miejsca, w którym można się przespać w jako takich warunkach. W guesthousie okazało się, że poza nami jest jeszcze tylko jeden gość. Wiadomość tą wykorzystaliśmy oczywiście przy negocjowaniu ceny za pokój (wiadomo, że im mniej gości tym właściciel bardziej zdesperowany żeby wynająć pokój).
Hsipaw to niewielka górska wioska jakieś 180km na wschód od Mandalay. Górskie położenie oznacza oczywiście, że wieczory, noce i poranki są przyjemnie chłodnawe, a dni zupełnie znośne. Czyli super. Do Hsipaw przyjechaliśmy głównie, żeby pojechać na treking motocyklowy do położonego 80km na północ Namsan, co polecili nam chłopaki z NeverendingTrip (spotkaliśmy się z nimi na Ko Tao, a później w Bangkoku). Jednak po dotarciu do Hsipaw treking postanowiliśmy sobie jednak odpuścić. Marzec to okres wypalania ziemi pod uprawy, plus pora sucha, a ta mieszanka oznacza straszne ilości pyłu i kurzu w powietrzu, co bardzo ogranicza widoczność. Więc zamiast pięknych widoków była tylko wiecznie wisząca w powietrzu pomarańczowa chmura. Szkoda nam było strasznie tego trekingu, ale serio nie było sensu się na niego pchać. Dlatego Hsipaw postanowiliśmy wykorzystać do celów wypoczynkowych. Poza leniwym wysiadywaniem na werandzie i wielogodzinnych dyskusjach z jedynym poza nami gościem w guesthousie pierwszego dnia działo się niewiele. Drugiego dnia zjawiła się para z Niemiec, która narzekała, że w Hsipaw jest dla nich za zimno (coś musiało być z nimi zdecydowanie nie tak ;) ), i wielogodzinne dyskusje i wymiany doświadczeń z podróży odbywały się już w większym kręgu. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że nie można tyle czasu spędzać nic nie robiąc, więc wynajęliśmy rowery i ruszyliśmy na rekonesans okolicy.
Uzbrojeni w mapę z gueshousu ruszyliśmy w drogę. Szybko okazało się, że mapa jest średnio przydatna, bo rysowana od ręki jest kompletnie niewyskalowana, a przez to dosyć myląca. Na początek postanowiliśmy pojechać nad lokalny wodospad. Początek był interesujący, bo po zjechaniu z głównej drogi trasa wiodła przez stary buddyjski cmentarz. Jednak po przejechaniu przez niego, wzdłuż drogi pojawiła się wielka sterta śmieci, która z każdym przejechanym metrem robiła się coraz większa. Pomyśleliśmy, że to jakieś mini-wysypisko śmieci, ale kiedy 500m dalej śmieci było jeszcze więcej, zrozumieliśmy, że to całkiem spore wysypisko. Postanowiliśmy odpuścić sobie wodospad. Widoczność z powodu pyłu w powietrzu nie była najlepsza, ale wystarczająco dobra, żeby zobaczyć, że góra śmieci ciągnie się wzdłuż drogi aż po horyzont.
Wróciliśmy się więc kawałek i wjechaliśmy w jakąś boczną drogę. Bardzo szybko droga zmieniła się w wąziutką ścieżkę, na której ledwo mieścił się rower. Byliśmy otoczeni polami i ciszą. W końcu dotarliśmy do małej wioski, gdzie wywołaliśmy niemałą sensację wśród dzieciaków. Wszystkie machały do nas jak szalone i nie wiedzieć czemu wołały „bye bye” zamiast „hello”. Tak zresztą było w całym Hsipaw (może mają tam niedouczonego nauczyciela angielskiego? ). Dorośli witali nas szerokim uśmiechem, który robił się jeszcze szerszy, gdy wołaliśmy do nich „minagalaba” (witaj po birmańsku). I tak jeździliśmy po polach i łąkach przeprowadzając rowery kilkanaście razy przez strumyki i niewielkie rzeczki, aż znów znaleźliśmy się w naszym guesthousie.
A wieczorem okazało się, że jest nas już 17 osób. W ciągu jednego popołudnia nastąpił przyrost osobowy o prawie 350%! Na werandzie zrobiło się ciasno, ale za to bardzo wesoło. My jednak postanowiliśmy następnego dnia opuścić Hsipaw. Cel był bardzo ekscytujący – Bagan.

Hsipaw

Hsipaw

Hsipaw

Hsipaw

Hsipaw

Pyin U Lwin

Pyin U Lwin leży zaledwie 69km od Mandalay, ale za to na wysokości 1050m. A to oznacza, że w Pyin U Lwin jest jakieś 8 stopni chłodniej niż w Mandalay. I to wystarczyło, żeby przekonać nas do odwiedzenia tego miasteczka. Na miejscu okazało się, że jest inny, chyba jeszcze lepszy powód, żeby do miasteczka przyjechać. Powód nazywa się Golden Triangle Cafe & Bakery. Birmańskie jedzenie – nudne i niespecjalnie smaczne – dosyć poważnie rozstroiło nasze przewody pokarmowe. Nie raz, i nie dwa znaleźliśmy w jedzeniu robala. Nie ma się co lokalnemu żarciu za bardzo przyglądać. Więc gdy zobaczyliśmy menu w Golden Triangle, prawie wpadliśmy w ekstrazę. Świeżo pieczone bagietki, ciasta, ciastka, drożdżówki. Prawdziwy żółty ser (z Australii). Prawdziwe masło (z Irlandii). Radość nasza była wielka. Przez dwa dni, dwa razy dziennie meldowaliśmy się na kolejną kanapkę, herbatę z cytryną, jakiś deser. Pokusa, że zostać dłużej była wielka. Ale gdy tylko podreperowaliśmy żołądki ruszyliśmy dalej.

Wokół Mandalay

Z Carlą i Maximo spotkaliśmy się z samego rana. Dołączyła do nas jeszcze francuzka mieszkająca w Luxemburgu. Objazd okolic Mandalay odbywać się miał lokalną taksówką, czyli malutką niebieską Mazdą – modelu nie udało nam się ustalić – przerobioną na pick-upa. Mazda prawdziwie zabytkowa, z pewnością starsza niż my.

Na początek skierowaliśmy się do Amarapura. W tamtejszym klasztorze, codziennie o 10.15 rano 1000 mnichów zjada razem śniadanie. Po drodze zatrzymaliśmy się w warsztacie, w którym robione są tradycyjne birmańskie kukiełki. Zakochaliśmy się w nich od pierwszego wejrzenia. Zaczęło się więc ostre targowanie. 30 minut później zarówno my jak i włosi byliśmy posiadaczami pięknych kukieł.

Do klasztoru dotarliśmy w momencie, gdy mnisi ustawiali się w kolejce, żeby wejść do jadalni. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tylu mnichów w jednym miejscu. Większość z nich to młodzi chłopcy, każdy ze swoją miską, powolutku przesuwali się do przodu czekając na swoją porcję ryżu. Niesamowite widowisko. Piętnaście minut później byliśmy w klasztorze jedynymi bladymi twarzami. Inni zniknęli tak szybko, jak się pojawili. Snuliśmy się trochę i przypadkiem trafiliśmy na inną jadalnię, w której śniadanie jedli „cywile”, tzn. nie-mnisi. Nie bardzo potrafiliśmy się dowiedzieć co to za ludzie – być może rodziny mnichów, a może lokalni turyści. W każdym razie, gdy nas obsługa kuchni zobaczyła, od razu posadziła nas przy stole, przyniosła kilka potraw i z zainteresowaniem przyglądała się jak jemy. Był ryż, ryba, gotowany groch i zupa. Próbowaliśmy już po wszystkim zapłacić za gościnnę, ale nikt nie chciał przyjąć od nas pieniędzy. Niesamowice mili ludzie.

Amarapura

Amarapura

Po wizycie w klasztorze ruszyliśmy do Sagaing, na słynne wzgórze. Chłopaki i francuzka ruszyli do góry, a ja z Carlą postanowiłyśmy zrelaksować się w cieniu.

Kolejnym punktem programu było Inwa. Podjechaliśmy naszą rozklekotaną Mazdą do miejsca, z którego odpływa łódka na drugą stronę rzeki, do Inwa właśnie, i od razu samochód otoczyła grupa siedmiu czy ośmiu dziewczynek, w wieku od 6 do 10 lat. Każda z pękiem koralików na sprzedaż. Skąd jesteście, zapytały wszystkie naraz. Maximo mówi, że z Włoch i w tym momencie one wszystkie zaczynają mówić do niego po włosku!!! I to z takim akcentem, jakby mieszkały we Włoszech od małego. Nam wszystkim szczęki opadły. Maximo zaczął coś do nich mówić, a one odpowiadają jakby nigdy nic – po włosku! Normalna konwersacja, oczywiście bardzo nieskomplikowana, ale jednak. Za moment te same dziewczynki zaczynają rozmawiać po francusku z naszą Francuzką. Słyszymy, że z innymi ludźmi mówią po niemiecku. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem.

W Inwa wynajęliśmy bryczkę i objechaliśmy okoliczne atrakcje. Spokojnie i ładnie – fajna odmiana po strasznie męczącym Mandalay.

Inwa

Inwa

Inwa

Później jeszcze raz odwiedziliśmy Amarapurę, tym razem, żeby zobaczyć słynny most, zwany U Bein’s Bridge. To najdłuższy na świecie most z drzewa tekowego – ma aż 1200 metrów i trzyma się całkiem dobrze, mimo dosyć zaawansowanego wieku ponad 200 lat. Setki jeśli nie tysiące ludzi przemierza most każdego dnia. Najfajniej most wygląda z wody, więc wynajęliśmy łódkę, przy okazji licząc na fajny zachód słońca. Widok był rewelacyjny, ale zachód słońca był strasznie nijaki – w zasadzie w ogóle go nie było.

U Bein's Bridge

U Bein's Bridge

Nasz przegrzany i ciasny pokój w hostelu w Mandalay powitaliśmy po długim dniu z wielką radością. Byliśmy koszmarnie zmęczeni i szczelnie pokryci grubą warstwą kurzu.

Więcej zdjec tutaj

Mandalay

Po trzech dniach relaksu w sielskiej-wiejskiej scenerii jeziora Inle ruszyliśmy do Mandalay. Jeśli droga z Yangon nad jezioro była drogą przez mękę, to na opis drogi z jeziora do Mandalay trudno znaleźć słowa. Podróż nie była jakoś bardzo długa (9 godzin), jednak dała nam w kość jak żadna inna dotąd podróż. Jakimś cudem jadąc z Yangon nad jezioro przespaliśmy odcinek między Thazi a Shwenyaung, ale w drodze do Mandalay nie udało nam się na nim zmrużyć oka. Droga wąska, bardzo kręta i prawie ciągle w dół. Asfaltu tylko na szerokość jednego pojazdu, więc każde mijanie się z jadącymi z naprzeciwka autobusami, ciężarówkami i samochodami wymagało zjechania na pobocze. Pobocze kamieniste. Asfalt koszmarnie dziurawy, a miejscami prawie całkowicie zdarty. Droga z pewnością nie widziała remontu od bardzo wielu lat. I tak przez jakieś 5 godzin. Rzucało nami wszystkimi niemiłosiernie. Wielu osobom nie wytrzymały żołądki i co chwila słychać było (i czuć) kolejne wymiotowanie. Na dojazd do Mandalay czekaliśmy jak na zbawienie.

Na miejsce dotarliśmy o koszmarnej porze, bo o 4 rano. Z jadącą w tym samym autokarze parą włochów postanowiliśmy poszukać transportu z dworca do centrum miasta. Oczywiście ceny kosmiczne. Maximo, męska połowa włoskiego duetu, okazał się jednak mistrzem targowania. Zabrało mu to co prawda jakieś 30 minut, ale z wywoławczej ceny 6000 kyatów za dwie osoby zszedł na 4500 za sześć osób (w międzyczasie dołączyła do nas para Niemców).

Mandalay. Jest kilka takich miast w Azji, które z racji swojej nazwy zawsze wydawały mi się magiczne. To między innymi Shangri-la w Chinach, Kathmandu w Nepalu i właśnie Mandalay. Okazało się jednak, że magiczna nazwa kompletnie niczego nie gwarantuje. Mandalay jest bure, zawalone kupą śmieci, bardzo zakurzone, ze sporą dawką chaosu. Na mojej liście miast, w których mogłabym trochę pomieszkać raczej by się nie znalazło. Prąd jest tu towarem wyjątkowo deficytowym, który znika bez żadnego ostrzeżenia, aby pojawić się ponownie czasem po kilku minutach, a czasem po kilku godzinach. Na szczęście w każdym mieście mieszkają ludzie i w przypadku Mandalay ratują oni miastu twarz. Birmańczycy są absolutnie fantastyczni. Ich entuzjazm w stosunku do gości zagranicznych jest niezwykły, przy czym jest to entuzjazm całkowicie bezinteresowny. Każdy uśmiecha się do nas, macha i woła „hello”. Gdy odpowiadamy po birmańsku mingalaba uśmiech na ich twarzach robi się jeszcze większy. Ci, którzy znają angielski podchodzą i zadają tysiące pytań i naprawdę są zainteresowani odpowiedziami. Ludzie są zdecydowanie najciekawszą stroną podróżowania po Birmie.

Na objazd głównych atrakcji Mandalay wybraliśmy się rikszą rowerową. Nasz przeraźliwie chudy kierowca dzielnie pedałował na swoim starym, rozklekotanym rowerze wywołując w nas straszne poczucie winy. Każdy przejazd przez skrzyżowanie powodował przyspieszone bicie serca, bo większość skrzyżowań w Mandalay pozbawiona jest sygnalizacji świetlnej, a jedyną panującą na nich zasadą jest „kto pierwszy ten lepszy”. W jednej ze świąyń mówiący całkiem dobrze po angielsku mnich próbował przekonać nas do zakupu złotego listka, który przykleja się do posągu buddy. Na posągu takich listków były już dziesiątki, jak może i setki tysięcy. Kolejka ludzi ustawionych po zakup listków spora. Zadziwiające jest to, że w kraju, w którym panuje taka bieda ludzie wolą pieniądze przeznaczać na złote listki, a nie na jedzenie czy ubranie dla swoich dzieci. Choć z drugiej strony być może właśnie ta straszna bieda sprawia, że ich wiara jest tak silna, że jest ona dla nich ostatnią nadzieją na lepsze życie.

Po drodze trzy razy spotkaliśmy włoską parę z autokaru, Maximo i Carlę, i umówiliśmy się z nimi na kolejny dzień na zwiedzanie atrakcji wokół Mandalay.

In Mandalay

In Mandalay

In Mandalay

In Mandalay

Jezioro Inle

Chłód zaskoczył nas. Spodziewaliśmy się, że będzie mniej upalnie niż w Yangon, ale do głowy nam nie przyszło, że ranki będą aż tak zimne. Po prawie 30-stopniowych upałach w Tajlandii i w Yangon, poranne temperatury poniżej 20 stopni przyniosły nam ulgę, której bardzo potrzebowaliśmy.

Podróż z Yangon wycisnęła z nas wszystkie siły, więc większość dnia spędziliśmy śpiąc i snując się po miasteczku. Wizytę na jeziorze Inle zostawiliśmy sobie na kolejny dzień.

Jezior Inle to niezwykłe miejsce. 22km długości, 11km szerokości w najszerszym miejscu, 160tys mieszkańców, 450 wiosek, a w nich szkoły, przychodnie, świątynie. Wszystko na wodzie.

Każda wioska ma swoją specjalizację, z której żyją wszyscy jej mieszkańcy. Specjalizacje są bardzo różne – od garncarstwa, poprzez wyrób wina ryżowego, wyroby ze srebra, uprawy warzyw w pływających na wodzie ogrodach (ten wynalazek zrobił na nas duże wrażenie), uprawy ryżu, wyrób papierosów, wytwór tkanin i wiele wiele innych. Codziennie w innym regionie jeziora mieszkańcy okolicznych wiosek spotykają się próbując sprzedać swoje wyroby.

Kierowca łódki/przewodnik trafił nam się świetny. Jego 30-letnie doświadczenie okazało się bezcenne – pan Tan pokazał nam jezioro w taki sposób, że przez cały dzień widzieliśmy nie więcej niż sześć innych łodzi z bladymi twarzami.

Ranek był najbardziej niesamowity. Nisko wiszące chmury i mgła sprawiały, że linia horyzontu między wodą, a niebem byłą praktycznie niewidoczna. Wszędzie wokoło rybacy wracający z nocnych połowów (sieci zarzucają kilka godzin przed zmierzchem, a potem całą noc spędzają na łodziach).

Pan Tan zabrał nas w odwiedziny do domów dwóch swoich znajomych. W każdym z nich ugoszczono nas herbatą i lokalnymi przekąskami, między innymi pieczoną rybą z wszystkimi wnętrznościami. Był też poczęstunek winem ryżowym, którym Pan Tan trochę się upił. Całe szczęście był z nami jego siostrzeniec, który przejął stery, gdy Pan Tan głęboko spał na łódce.

Inle Lake

Inle Lake

Inle Lake