Archipelag Bacuit – odsłona druga

Czwartego dnia pobytu w El Nido wybraliśmy się na kolejną wycieczkę po archipelagu. Tym razem  głównym celem było snorklowanie na rafie. Szybko okazało się, że będziemy mieć przez cały dzień dodatkową rozrywkę w postaci trzech chińskich turystek, wyglądających na matkę z dwoma córkami. Boże, jaki one nam zafundowały przedstawienie! W pierwszym miejscu snorklingowym zatrzymaliśmy się na 40 minut. Wszyscy pływali podziwiając rafę, a chińskie turystki przez dobre 20 minut zabierały się do opuszczenia łódki. Oczywiście w kapokach. Kiedy w końcu zebrały się na odwagę i weszły do wody to przez cały czas trzymały się wszystkie trzy drabinki przy łódce i ani na sekundę jej nie puściły. Ich snorklowanie ograniczało się na tym etapie do oglądania rafy znad wody. Zaczęłam podejrzewać, że one po prostu nie potrafią pływać, no ale kto jechałby na wakacje do kraju składającego się z ponad 7000 wysp nie umiejąc pływać?
W drugim miejscu snorklowaliśmy z plaży i chińskie turystki zebrały się tym razem na odwagę i zamoczyły się całe w wodzie – łącznie z głową – ale ani na moment nie oddaliły się od brzegu na więcej niż 2 metry. Oczywiście w kapokach. Biorąc pod uwagę, że rafa zaczynała się jakieś 10 metrów od plaży nie mam pojęcia co trzymało chinki w wodzie przez pół godziny – ileż można podziwiać piasek? Potem było jeszcze kilka przedstawień – np. kiedy przez wodę głęboką do łydek, przez którą trzeba było przejść do laguny, chinki musiały być przeprowadzana jedna po drugiej przez kierowcę łódki – oczywiście w kapokach i z maskami na twarzy oraz z rurkami w ustach. Było wesoło :)
Oczywiście chinki były tylko dodatkową atrakcją. Odwiedziliśmy pięć świetnych raf, każda wydawała się lepsza od poprzedniej, i mimo że snorklowaliśmy już wcześniej wielokrotnie to przy każdym zanurzeniu w wodzie czuliśmy się jak dzieci w sklepie z zabawkami – nie wiadomo było, gdzie patrzeć. Przemek co chwile wyszukiwał pod wodą specjały, których ja nie potrafiłam zauważyć – a to jadowitą scorpion fish, a to kraba, a to maluteńką murenę albo nemo.

img_1355

img_2081

img_2158

img_1765

img_1875

img_2145

Archipelag Bacuit

El Nido to bardzo ciekawe miasteczko. Np. prąd dostępny jest tylko pomiędzy 18.20 a 6 rano oraz od 12.30 do 16.00. W międzyczasie w restauracjach i sklepach uczęszczanych przez turystów pracują generatory, tak więc zimne piwko i internet dostępne są non stop. Są też i tacy, którzy nawet wtedy gdy prąd jest, dostarczają sobie światła tylko przy pomocy świeczek, być może w ramach oszczędności. Lokalesi mówią, że rząd buduje nową elektrownie i że od marca prąd ma być non stop. Chyba będzie wielkie święto we wsi.

Inną ciekawą rzeczą, której nie za bardzo rozumiemy jest to, że dosłownie w każdym domostwie jest co najmniej jeden kogut, przy czym nie widać żadnych kur. Przez te koguty musieliśmy w końcu marzenia o długim spaniu schować głęboko do kieszeni i odłożyć na później. Koguty zaczynają arię koło 4 rano, a jak zaczną to nie przestają przynajmniej do 7.

Ale nie o tym chciałam pisać. Chciałam pisać o tym dlaczego do El Nido ciągnie coraz więcej ludzi. Sprawcą zainteresowania północną częścią wyspy Palawan jest Archipelag Bacuit, czyli dziesiątki wysepek rozsianych po Zatoce Bacuit. Lokalne agencje turystyczne specjalizują się w wycieczkach po archipelagu, dlatego po dniu nicnierobienia stwierdziliśmy, że czas się ruszyć i zobaczyć to co w okolicy ponoć najlepsze. Wycieczka miała zacząć się o 9.00, więc na 8.00 poszliśmy na śniadanie. Okazało się, że wszystkie jadłodajnie we wsi przeżywają w tym czasie oblężenie, więc na podanie śniadania czekaliśmy 45 minut. Jakimś cudem pochłonęliśmy je w 7 minut i ruszyliśmy prawie biegiem na miejsce zbiórki. W zasadzie to można było się nie śpieszyć, bo wypłynęliśmy oczywiście z opóźnieniem, ale jeszcze po prostu nie przyzwyczailiśmy się do philippino time.

W małej sześcioosobowej bance ruszyliśmy na podbój okolic. Mieliśmy nadzieję zobaczyć na co liczyliśmy na Filipinach – krystalicznie czystej wody w najbardziej intensywnych odcieniach błękitu. I zobaczyliśmy.

W planie były dwa najbardziej interesujące miejsca archipelagu, czyli Mała i Duża Laguna. Żeby wpłynąć do Małej Laguny trzeba przesiąść się z łodzi na płetwy, bo prowadzi do niej otwór w skale o szerokości może 1 metra. Zaraz po przepłynięciu przez dziurę w skale znaleźliśmy się w jakby basenie otoczonym przez wysokie skały, z wodą o temperaturze kąpieli w wannie. Duża laguna też jest niezwykła. Tu można wpłynąć łódka, ale tylko w czasie przypływu, a i wtedy przy wejściu do laguny woda sięga do kolan. Nasz „kapitan” wyskoczył więc z banki i przepchał ją do laguny, bo na wpłynięcie z włączonym silnikiem nie było szans. Ciekawe jest to, że dosłownie kawałek po wpłynięciu do laguny głębokość wody gwałtownie zmienia się do 20 metrów. Tuż pod powierzchnią wody na skałach otaczających lagunę kwietnie życie podwodnej fauny i flory.

Odwiedziliśmy jeszcze dwie wyspy z całkiem fajnym skorkelingiem, i koło 17.00 wróciliśmy do El Nido. Ledwo co zdążyliśmy na 18.00 do naszej ulubionej knajpki Squidos (po 18.00 nie ma już szans na wolny stolik). Lubimy Squidosa nie tylko za dobre jedzenie, ale także za darmowy bezprzewodowy internet. (Odkąd jesteśmy na Filipinach nie wydaliśmy ani grosza na kafejki internetowe, bo wszędzie do tej pory był bezpłatny wifi – albo w knajpkach, albo w hostelach).

Bacuit Archipelago

Bacuit Archipelago

Bacuit Archipelago

Bacuit Archipelago

Następnego dnia wymyśliliśmy, że wynajmiemy sobie kajak i popłyniemy na pobliską wysepkę, żeby poleżeć sobie na plaży. Ale okazało się, że wszystkie kajaki we wsi są wypożyczone. Musimy się chyba nauczyć rezerwować pewne rzeczy wcześniej. Tak więc dzień spędziliśmy na leniwym przesiadywaniu na werandzie naszego „domku” z przerwami na posiłki. Życie jak w Madrycie :)

Więcej zdjęć z archipelagu Bacuit tutaj

El Nido

Na dzień dzisiejszy są w zasadzie tylko dwie opcje transportu pomiędzy Coron a El Nido – regularnie kursującą na tej trasie banką, albo statkiem towarowym, który ma to do siebie, że nie trzyma się żadnego rozkładu i czasem trzeba czekać i trzy dni na jego odpłynięcie. O bance naczytałam się przynajmniej 20 bardzo złych opinii i tylko jedną nienegatywną (co nie znaczy, że pozytywną). No ale opcja statku towarowego nijak nam nie pasowała, więc wybraliśmy opcję banki. Powiedziano nam, że na tej trasie kursują dwie łodzie – 12- i 50-osobowe – i że nam trafi się ta większa. Zdawaliśmy sobie sprawe, że nie będzie to Queen Elizabeth II czy Queen Victoria II, ale miliśmy nadzieję na coś odrobinkę wygodniejszego. Nie mamy pojęcia jak miałaby wyglądać ta 8-godzinna przeprawa, gdyby na bankę rzeczywiście wsiadło 50 osób. Pewnie albo by zatonęłą, albo pasażerownie dostaliby szału z powodu niewygody. Było nas na pokładzie raptem 16 osób, a i tak niewygoda dawała się mocno we znaki. Nam na szczęście udało się dorwać miejsca leżące więc większość podróży przeleżeliśmy na niesłychanie wątkich ławkach, Może dzięki temu podróż zleciała w miarę szybko. Mniej więcej w połowie drogi minęliśmy się z łódką 12-osobową, która płynęła w przeciwnym kierunku. Wtedy dopiero zrozumieliśmy jakie mamy szczęście płynąć większą z banek. Pasażerowie maleństwa mieli do siedzenie tylko dwie drewniane ławki, a nad nimi troszkę daszku. I tak przez co najmniej 8 godzin. Nasze ławki były przynajmniej miękkie, a kabina w miarę zabudowana, co nie znaczy, że nie zmokliśmy, gdy pod koniec podróży rozpadał się deszcz. Do El Nido dotarliśmy dokładnie 8 godzin po opuszczeniu Coron. Uważamy się za szczęściarzy, bo czytałam wiele relacji, gdzie podróż trwała i 12 godzin. Szkoda tylko, że łodka nie jest w lepszym stanie (przydałoby się np. łatanie dachu), bo każdy pasażer w końcu płaci za tą średnio luksusową podróż po 2200 pesos, co jest kwotą sporą (dla ilustracji – za 600-800 można mieć nocleg w pokoju dwuosobowym z łazienką).

Pierwszą misją po dotarciu do El Nido było znaleznienie noclegu. Zajrzeliśmy do dosłownie każdego miejsca oferującego tu noclegi i wszędzie – poza jednym – wszystko było pozajmowane. Jedyny wolny pokój kosztował 1600p, a to było sporo powyżej naszego budżetu. Zaczęliśmy już snuć scenariusze spania gdzieś w jakiejś knajpie, gdy przypadkiem zauważyliśmy szyld do miejsca o szumnie brzmiącej nazwie Plaza Inn, który wcześniej przeoczyliśmy. Początkowo myśleliśmy, że to szyld po jakimś nieistniejącym już hostelu, bo jedyne co widzieliśmy za szyldem to wielka kałuża na niewielkim placu.Postanowiliśmy jednak spróbować. Przedarliśmy się przez kałużę, i okazało się, że jakiś „rezort” tu jednak jest. I co najważniejsze – z wolnymi pokojami. Pokoje minimalistyczne, a bardzo nędzna łazienka 50m od pokoju. Całość sprawiała dosyć podłe wrażenie, ale że nie mieliśmy alternatywy to wzięliśmy pokój. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po zrzuceniu plecaków była jeszcze jedna rundka po wszystkich noclegowniach we wsi w celu poszukiwania pokoju na kolejne noce. Znów bez powodzenia. 80% miejsc całkowiecie zarezerwowana do końca stycznia, w innych kazano nam przyjść rano, bo dopiero wtedy mieli wiedzieć czy coś się zwolni. Więc następny dzień zaczęliśmy znów od rundki po noclegowniach, w których była jakaś szansa na nocleg. W pierwszej z nich owszem pokój był, ale za 2000 pesos. Ruszyliśmy więc dalej. W końcu w piątym miejscu jakie odwiedziliśmy usłyszeliśmy, że na najbliższą noc nic nie ma, ale na kolejną już tak. Cena była troszkę wyższa niż mieliśmy nadzieję wydać, ale udało nam się utargować 50 pesos (niby mało, ale zawsze to coś). Zabukowaliśmy pokój na trzy noce, zapłaciliśmy depozyt i szczęśliwi wróciliśmy do naszej „nory”.

Reszte dnia chcieliśmy spędzić na nicnierobieniu, i w tym celu udaliśmy się na plażę. Że żar lał się z nieba złapaliśmy trickykla (motocykl z budką na pasażera), ale z powodu kłopotów z komunikacją kierowca zawiózł nas na inną plaże niż chcieliśmy, trochę bardziej oddaloną od miasteczka. Trochę na niej poleniuchowaliśmy i potem wzdłuż wybrzeża, po drodze mijając trzy inne plaże, ruszyliśmy w kierunku El Nido. Po drodze Przemek podjął udaną próbę rozbicia orzecha kokosu, ale niestety sok był zepsuty :( Później całkiem przypadkiem staliśmy się świadkami walki kogutów oraz przekonaliśmy się na własne oczy, że w jeepney (przerobiony na autobus amerykański gazik) można upchać conajmiej 4 razy więcej osób niż wynikałoby to z liczby miejsc w nim zamontowanym.

img_1064-male

untitled-1

img_1117-male

img_1123-male

img_1116-male

A lokalne dzieci są najpiękniejsze na świecie :)

img_1105-male

img_1099-male

img_1132

Busuanga c.d.

W trzeci i ostatni dzień pobytu na Busuanga planowaliśmy zrobić sobie wycieczkę banką (tak się nazywają tutjsze łodzie) po okolicy. Cena za wynajem łódki – 1500p – była za wysoka, więc zaczęliśmy poszukiwania kogoś, kto chciałby się z nami zabrać i podzielić w ten sposób koszty. Niestety ci, których pytaliśmy mieli już plany, więc stwierdziliśmy, że sobie odpuszczamy. Postanowiliśmy więc spędzić dzień na obijaniu się i nicnierobieniu. Gdy wybraliśmy się na chwilę do sklepu zaczepił nas Ricardo, lokalny przewodnik, i zaproponował łódkę za 1300p. Trochę się potargowaliśmy i w końcu stanęło na 1000p. To nadal trochę więcej niż mieliśmy nadzieję wydać dzieląć łodkę z kimś, ale stwierdziliśmy, że pewnie w najbliższej przyszłości tutaj nie przyjedziemy po raz drugi, więc nie ma sensu z powodu kilku $ nie zobaczyć lokalnych atrakcji. Szybko wróciliśmy do pokoju zabrać potrzebne rzeczy i kupiliśmy jedzonko na lancz na łódce.

Nasz sympatyczny „kierowca” i przewodnik w jednym, którego z braku uzębienia ciężko było zrozumieć, zaprowadził nas do swojej banki i w ciągu dosłownie 15 minut od dogadania się co do ceny byliśmy już w drodze.

img_0488-copy

Pierwszym celem było miejsce zwane Seven Islands, wokół którego stworzono rezerwat, dzięki czemu rafa jest w świetnym stanie. Przez godzinę snoorklowaliśmy jak wariaci, nie wystawiając głowy ponad wodę ani na moment. Wokół nas pływały setki ryb we wszystkich kolorach tęczy; widzieliśmy kilkanaście rybek powszechnie znanych jako Nemo; korale miękkie i twarde, i to wszystko dosłownie 2 metry pod wodą.

img_1724

img_1686

Kolejnym punktem było jezioro Kayagan, jedno z trzech jezior znajdujących się na wyspie Coron. Ich niezwykłość polega na tym, że po pierwsze znajdują się one jakby w kraterze i ze wszystkich stron otoczone są wysokimy skalistymi ścianami; a po drugie są tak niesamowicie czyste, że trudno to opisać. Jezioro Barracuda, na które nie udało nam się dotrzeć z powodu deszczu, jest jeszcze ciekawsze, bo woda na powierzchni ma temperaturę około 29 stopi, a na głębokości 10 metrów aż 40!

img_1009-copy

img_1023-copy

Na koniec popłynęliśmy do najdziwnieniejszych gorącychy źródeł jakie dotąd spotkaliśmy – słona woda o temperaturze dobrze ponad 40 stopni. Wymoczyliśmy się trochę, ale za długo nie dało się wytrzymać. W ramach rozrywki przypatrywaliśmy się chińskim turystom, którzy w tych głębokich na jakieś 80cm basenikach z gorącą wodą pluskali się w kapokach (zresztą oni wszyscy nie zbliżają się do jakichkolwiek zbiorników wodnych bez kapoków).

Następnego dnia czekała nas co najmniej 8-godzinna przeprawa do El Nido. Ale o tym w kolejnej relacji.

Busuanga

Z Manili na wyspę Busuanga lecieliśmy lokalnymi tanimi liniami lotniczymi Cebu Pacific. Na lotnisko pojechaliśmy taksówką. Kierowca chciał od nas wyciągnąć 250p, ale wystarczyło powiedzieć, że w hostelu nas poinformowali, że nie powinno być drożej niż 150p i koleś się zgodził. Na lotnisku środki ostrożności jakich nigdzie indziej nie widzieliśmy – każdy samochód jest sprawdzany i przeszukiwany (pobieżnie, ale jednak), a bagaże skanują zanim się wejdzie do terminalu. Nadanie bagażu poszło gładko, ale szybko miny nam zrzedły, kiedy okazało się, że trzeba usiścić „terminal fee” w wysokości 200p za osobę. W jednym okienku pani kasowała pieniądze i przyklejała do karty pokładowej kuponik, po to, żeby w następnym okienku, dosłownie 3 metry dalej inna pani oderwała od tego kuponiku niewielką część i wbiła pieczątkę na kartę pokładową. Moja teoria jest taka, że chodzi o to, żeby jak najwięcej ludzi miało pracę, więc tworzone są takie bezsensowne procedury. Teoria chyba coś w sobie ma, bo potem już na bramce pojawiło się z 5 osób z obsługi, mimo że to był malutki samolot z 60 pasażerami. Do samolotu zaczęli nas wpuszczać 15 minut po planowej godzinie odlotu, a wcześniej oczywiście ani razu nikt nie pofatygował się, żeby pasażerów poinformować, że będzie opóźnienie. Kiedy już w końcu nadszedł czas wejścia do samolotu okazało się, że stoi on gdzieś daleko i trzeba do niego nas wszystkich podwieźć, więc podjechał 8-osobowy minibus. Przypominam, że pasażerów było 60-ciu… Odlecieliśmy z 45-minutowym opóźnieniem.

Na lotnisku w Busuanga wsiedliśmy z minibusa, który miał nas zawieźć do Coron, głównego miasteczka na wyspie. Od razu poczuliśmy, że jesteśmy na prowincji, bo droga asfaltowa skończyła się dosłownie 200m po wyjeździe z lotniska. Potem co jakiś czas pojawiał się odcinek asfaltu, który zniknał po 100m, kilkaset metrów była droga żwirowa, i znów 100 czy 200m asfaltu. I tak przez jakieś 20km. Próbowaliśmy zrozumieć logikę budowania drogi tak odcinkami, ale nic nam nie przyszło do głowy.

Ulokowaliśmy się w Seadive Resort, o którym dużo dobrego czytałam w różnych relacjach z podróży. Jest naprawdę miło – nad samą wodą, z widokiem na piękne zachody słońca, z restauracją serwującą pyszne jedzonko. Są też oczywiście pewne niedogodności. Np. w pokoju za ścianą nocuje chyba niedźwiedź i tak głośno chrapie, że ma się wrażenie, że śpi z nami w tym samym łóżku. Ale cudowny wakacyjny klimat nam tę niedogodność rekompensuje.

Busuanga, Philippines

img_0215

To co nas zaskoczyło to to, ja szybko na Filipinach robi się ciemno. O godzinie 19-tej panują już egipskie ciemności, za to już przed 6 rano jest jasno. I nawet, gdyby chciało się dłużej pospać to się nie da, bo ściany są jak z papieru, a obsługa resortu – zupełnie jakby nie pamiętając o tym, że wokół pełno ludzi, którzy płacą po 800p za pokój – od wczesnego ranka prowadzi ożywione dyskusje.

Samo miasteczko Coron nie należy do zbyt pięknych, ale nie ono jest tutaj atrakcją. Są nią przede wszystkim wraki japońskich statków z czasów II wojny światowej. Wybraliśmy się dziś na nurkowanie na trzy z nich – tzn. Przemek nurkował, a ja wylegiwałam się na łódce, tudzież pływałam z maską i rurką. Dwa pierwsze wraki leżą głęboko – 36m i 25m – więc nic z powierzchni wody nie widziałam.Przemek mówi, że oba są ogromne, jeden z nich ma 180m długości! Trzeci wrak leży bardzo płytko i przy odpływie częściowo wystaje ponad wodę. Ileż na nim było korali wszelkiego koloru i kształtu! Piękne!

Busuanga, Philippines

Busuanga, Philippines

Busuanga, Philippines

img_1648-male

Teraz siedzimy sobie w restauracji, drinkujemy – Przemek piwo San Miguel, ja koktajl z mango – kilkadziesiąt metrów dalej w karaoke na otwartym powietrzu mieszkańcy wioski męczą kolejne filipińskie i zagraniczne hity muzyki pop.  Bezprzewodowy internet wisi w powietrzu całkowicie bezpłatnie. Jest naprawdę fajnie :)

img_0479-copy

Więcej zdjęć z Busuanga tutaj

Manila

Nie będę się patyczkować i napiszę wprost – Manila jest wstrętna. Zazwyczaj jestem zachwycona nowymi miejscami i w chaosie i bałaganie dużych miast potrafię dojrzeć coś urokliwego, ale w przypadku Manili mam odczucia jedynie negatywne. Przemek czuje to samo. Jest strasznie brudno, śmierdzi sikami, a jak nie sikami to w powietrzu unosi się jakiś inny, równie nieprzyjemny zapach, którego pochodzenia wolimy nie znać. Przed bankami stoją strażnicy z bronią w ręku i to nie jakimiś tam małymi pistoletamni tylko z pełnowymiarowymi karabinami. Może nie są nabite i służą tylko jako straszak, ale z ich powodu traci się poczucie bezpieczeństwa. I do tego ten szalony ruch uliczny. Naprawdę ciężko to opisać i większy chaos na drogach to widziałam tylko w Indiach. Jedyne miejsce w Manili warte uwagi to stare miasto Intermuros, które powstało w czasach hiszpańskiej kolonizacji. Niestety to chyba za mało, żeby polecić komuś Manilę.

Całe szczęście z Manili uciekamy jutro rano. Lecimy na rajski ponoć Palawan. Tak więc następna relacja będzie z raju :)

img_0170

img_0176

Kuala Lumpur po raz n-ty

Nie będę ukrywać, że nasz jednodniowy postój w KL był zmotywowany głównie przez sprawy kulinarne. W zasadzie po wylądowaniu w KL mogliśmy lecieć 3 godziny później do Manili, ale nie mogłam nie skorzystać z okazji najedzenia się w stolicy Malezji. Ale od początku.

Z Gold Coast do Kuala Lumpur polecieliśmy liniami Air Asia, które przy okazji otwarcia niedawno połączeń z Australią sprawiły sobie nowiutkiego Airbusa 330. Zaraz po wejściu na pokład samolotu okazało się, że Air Asia postawiła sobie za cel upchać do niego maksymalną ilość osób, bo kazali Airbusowi zamontować same fotele dla dzieci (tak przynajmniej one wyglądały). W życiu nie widzieliśmy tam wąskich foteli. Odległość pomiędzy rzędami też była ograniczona do minimum. Gdy usiedliśmy na swoje miejsca okazało się, że fotele dla liliputów nie mają też normalnej opcji odchylania oparcia do tyłu, tylko zamonotwano w nich jakiś chory mechanizm, który działał w ten sposób, że aby zwiększyć nachylenie oparcia trzeba przesunąć do przodu część fotela, która jest pod tyłkiem. W ten sposób oparcie obniżało się, ale odległość do rzędu z przodu zmniejszała się do tak małego dystansu, że tylko dzieci miały szansę na wygodny lot z rozłożonym fotelem. Zaraz po starcie stewardesa zakomunikowała, że bardzo przeprasza, ale nie ma na pokładzie słuchwek więc nie będzie możliwe oglądanie filmów, i zaraz dodała, że kocy i poduszek też na tym locie nie ma i że bardzo jej przykro. Nam też było przykro, że przez 8 godzin trzeba się będzie męczyć, no ale cóż – tanie linie to tanie linie. Trzeba brać co dają. Całe szczęście samolot był mniej więcej w 1/3 pusty więc Przemek przeniósł się do innego rzędu co dało nam troszkę więcej swobody i jakieś tam szanse na pokimanie.

Do KL przylecieliśmy o 4 rano. Jacy byliśmy zmęczeni! A najgorsze było to, że pokój w hostelu był dostępny dopiero od godziny 14. Przesiedzieliśmy więc na lotnisku do 7, bo nie było po co się pchać do miasta wcześniej. Dotarliśmy tam koło 8. Ponieważ następnego ranka mieliśmy już o 7.20 lecieć do Manili to bardzo zależało nam na zakwaterowaniu gdzieś niedaleko stacji Sentral, skąd odjeżdżają autokary na lotnisko (czekało nam łapanie autokaru o 4 lub 4.30 rano). Opcji zakwaterowania w tej okolicy nie jest za wiele, więc mając wybów pomiędzy Hiltonem na YMCA z racji zasobności portfela wybraliśmy ten drugi. Hostel ciut droższy od tych w Chinatown czy w okolicach Jalan Bukit Bintag (RM80 zamiast RM60 za dwójkę z łazienką), ale za to raptem 400 metrów od Sentrala więc idealnie.

Poszliśmy do hostelu z nadzeją porzucenia tam bagaży, a potem mieliśmy się kręcić po mieście aż do 14, ale miła pani w recepcji dała nam propozycję, którą ciężko było odrzucić po spędzeniu nocy w najwęższych fotelach lotniczych świata – za dodatkowe 50% stawki za pokój nie musimy czekać do 14-tej tylko możemy mieć pokój od razu. Z budżetowego punktu widzenia nie było to najmądrzejsze posunięcie, ale byliśmy bardzo zmęczeni, średnio pachnący i niezbyt entuzjastycznie nastawieni do opcji 6-godzinnej włóczęgi po KL. Więc z oferty skorzystaliśmy.

Pokój trafił nam się bardzo fajny i pewnie na takie luksusy długo sobie nie pozwolimy – klimatyzacja, tv, ręczniki.

Prysznic postawił nas na nogi więc zamiast do spania ruszyliśmy w miasto.

Szalone Kuala Lumpur. Miasto kosmicznie wysokich chodników i nieziemsko głębokich kanałów deszczowych (kto był w Malezji w porze desczowej wie dlaczego); miasto cierpiące na deficyt przejść dla pieszych, gdzie przechodzenie przez ulice to walka o przetrwanie, a pieszy znajduje się najniżej drabiny społecznej (na szczycie są motocykliści); miasto, gdzie jak i w reszcie kraju, nie obowiązują kolejki czy zasady ruchu drogowego, a tylko zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Już sama nie wiem, która to moja wizyta w tym KL. Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy w styczniu 2003 wszystko było takie egzotyczne i inne, że nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć najpierw. Potem odwiedziłam KL w tym samym roku jeszcze 3 albo 4 razy (spędziłam w stanie Penang 10 miesięcy na praktyce, a do KL przyjeżdżałam odwiedzać innych Polaków-praktykantów), potem był stop-over w KL chyba w 2005 roku, no i w końcu zeszłoroczne wakacje w Malezji, kiedy razem z Przemkiem przewinęliśmy się przez miasto dwa razy. Tak więc ta wizyta nie miała nic wspólnego z chęcią zobaczenia czegoś nowego, a z jedzeniem, o czym wspomniałam na początku.

Gdyby ktoś zapytała mnie jaka jest jedna rzecz, którą trzeba zrobić w Malezji to powiedziałabym, że trzeba się porządnie najeść. A jest z czego wybierać. Ja osobiście najbardziej lubię restauracje Nasi Kandar, czyli te prowadzone przez hinduskich muzułmanów – świetna mieszanka kuchni malajskiej i indyjskiej.

Dzień zaczęliśmy od roti chanai, czyli hinduskiego placka z curry. O jakie to dobre! Jak ktoś z was będzie w Malezji to koniecznie musi tego spróbować. Roti można też zamówić w wersji z serem lub z jajkiem, ale dla tych co wolą na słodko – z bananem.

img_0098-copy

Na lancz była niesłychanie prosta, a zarazem niesłychanie dobra potrawa pt. nasi ayam, czyli chicken rice, czyli ryż z kurczakiem. Dwie porcje plus coś do picia kosztowało nas zawrotną sumę RM15 za co w Sydney można kupić przy odrobinie szczęścia kanapkę.

Potem był deser, czyli smażone banany. Rewelacja.

Na kolację oczywiście kurczak tandori z chlebkiem naan. P ękamy!

img_0131-copy

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, i przed nami 5 tygodni filipińskiego jedzenia, o którym póki co słyszałam mało pozytywnych opinii. Ale myślę, że damy radę :)

2589907352_18fbabd17c_b