Ekwador i Galapagos – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Oficjalną walutą jest dolar amerykański (zastąpił lokalny pieniądz kilka lat temu). Banknoty o nominale $50 i $100 jest bardzo trudno rozmienić (nawet w bankach), więc najlepiej mieć same $10 i $20. Bankomat ani razu nie wypłacił nam nominału większego niż $20. Bankomatów jest sporo. Wszystkie kasują opłatę za transakcję, zazwyczaj około $1 – $1.5.

Nasze średnie dzienne wydatki w Ekwadorze kontynentalnym wyniosły $54 (na dwójkę, więc $27 na osobę). Na Galapagos wydawaliśmy $127 dziennie (szczegóły niżej w sekcji dotyczącej Galapagos).

Ceny niektórych produktów:
znaczek na kartkę do Polski – $2.25
paczka do Polski – $21 za 1kg (chyba najdroższe usługi pocztowe na świecie)
zestaw obiadowy – $1.8 – 2.5
piwo w knajpie – $1.5
piwo w sklepie – $1
pranie – $0.80 za 1 kg
butelka wina – $5

Transport

Kraj jest mały jak na Amerykę Południową, więc podróżowanie autobusem jest opcją najwygodniejszą. Autobusy są na dobrym poziomie, generalnie punktualne. Koszt to zazwyczaj około $1 za godzinę jazdy.
W autobusach nagminnie kradną, więc pod żadnym pozorem nie powinno się kłaść bagażu podręcznego pod siedzeniem, ani na półce nad głową. Najbezpieczniej jest trzymać go na kolanach.

Quito

W Quito są dwa dworce autobusowe – północny i południowy. Oba dosyć daleko za miastem (około $5 za taxi).

Mariscal to tzw. gringoland, czyli turystyczna dzielnica miasta. Tam znajduje się większość hosteli i agencji turystycznych. Hostele są w różnym standardzie. W tych tańszych dwójka kosztuje od $14 do $22, łóżko w dormie od $6. Restauracje na Mariscal są drogie, ale wystarczy wyjść ulicę czy dwie poza dzielnicę turystyczną, żeby zjeść obiad za $2.50.

Jeśli chodzi o szkołę hiszpańskiego to bardzo polecamy szkołę Guayasamin na Calle Calama w Mariscal. Wszyscy nauczyciele mają przygotowanie pedagogiczne i bardzo się starają. Godzina lekcji indywidualnej kosztuje oficjalnie $6, ale wystarczy poprosić o 10% zniżki, żeby ją dostać bez problemu. Szkoła organizuje dodatkowe, bezpłatne zajęcia takie jak nauka salsy, gotowanie ekwadorskich potraw, wycieczki na miasto itp. Szkołą organizuje też zakwaterowanie u rodzin ($12dziennie za osobę z wyżywieniem).

Taxi z lotniska do Mariscal kosztuje $6, do starego miasta $8.

Pomiędzy Mariscal a starym miastem najtaniej można przemieszczać się autobusem – $0.25. (Uwaga – w lokalnych autobusach jest bardzo dużo kieszonkowców).

Na wzgórze El Panecillo lepiej nie wybierać się pieszo (okolica jest bardzo nieciekawa). Taxi w jedną stronę kosztuje $8.

Do Mitad del Mundo najtańszy dojazd jest następujący – żółty Metrobus z Avenida Americas do samego końca (terminal Ofelia) – $0.25, około 40 min. Tam przesiąść się na którykolwiek autobus jadący do Mitad del Mundo – $0.15, 30-40 min. Ten autobus ma przystanek pod bramą do Mitad del Mundo. Bilet wstępu kosztuje $2.
Jakieś 7min piechotą od Mitad del Mundo znajduje się drugie „muzeum równika”. Ponoć to właśnie tam przebiega prawdziwy równik. To drugie miejsce gorąco polecamy. Wejście kosztuje $3.

Quito jest dosyć niebezpieczne po zmroku, więc lepiej nie chodzić wtedy nigdzie w pojedynkę. Przez 3 tyg pobytu w stolicy nasłuchaliśmy się od ludzi w szkole o wielu nieciekawych historiach, jakie im się przydażyło, więc problem na serio istnieje.

Mindo

Autobus do Mindo odjeżdża z terminala Ofelia. W weekend autobusy odjeżdżają o 7.40, 8.20 i jeszcze dwa po południu. W tygodniu jest tylko jeden autobus rano i jeden po południu.

Hostele w Mindo kosztują około $7 za osobę (ze śniadaniem).

Przejażdżka na linach nad dżunglą to $15 (2h).

Cotopaxi

To niby najpopularniejszy park narodowy w Ekwadorze, a mimo to nie da się do niego dojechać transportem publicznym (autobus wysadzi nas jakieś 30km przed bramą wjazdową do parku. Te 30 km trzeba albo przejść na pieszo, albo przejechać bardzo drogą taxi). Dlatego na Cotopaxi pojechaliśmy w ramach 1-dniowej wycieczki organizowanej przez agencję Gullivers (Calle Mera, Mariscal w Quito). Koszt to $35 za osobę. Samochodem wjeżdża się na 4500 m npm. Potem jest wejście do lodowca na 5000m, a później zjazd na rowerach do dolnej części parku. W cenie wycieczki jest też lunch. Polecamy.

Riobamba

Zatrzymaliśmy się w Hotelu Tren Dorado. Dwójka z łazienką i tv za $20.
Pociąg do Nariz del Diablo odjeżdża środy, piątki i niedziele o 6.30. Bilet kosztuje $20 za osobę. Nie można niestety już jechać na dachu pociągu. Pociąg kończy trasę w Alausi, skąd do Riobamby autobusy odjeżdżają co 30 min. $1.5.

Autobus z Riobamby do Cuenca odjeżdża o 5.30, 7.30, 9.30, 11.00, 13.00 i 17.00. $6. Dworzec autobusowy jest jakieś 20min piechotą od stacji kolejowej lub $1 taxi.

Cuenca

Hostal El Capitolio, $14 za dwójkę z łazienką na korytarzu.
Internet na każdym rogu za 50c.
Taxi z dworca do miasta $2.
Autobusy do Loja co godzinę, $7.5.

Vilcabamba

Z Loja można tam dojechać w godzinę autobusem za $1.
Hostal Las Margaritas, $20 za dwójkę z łazienką i śniadaniem.
Wycieczki konne $25 za 6h.

Galapagos

Najtańszy rejs po Galapagos kosztuje $499 i trwa według reklamy 4 dni i 3 noce. W rzeczywistości rejs trwa tylko 2 i pół dnia, bo pierwszego dnia na łódź wchodzi się dopiero po południu, a czwartego dnia z samego rana wraca się do Quito. Rejsy 8-dniowe to wydatek przynajmniej $900-1000 za osobę. Do tego trzeba jeszcze dodać przelot i bilet wstępu do parku narodowego.

Dlatego właśnie postanowiliśmy zobaczyć Galapagos bez rejsu, na własną rękę.

Na Galapagos latają dwie linie lotnicze – Tame i AeroGal. Teoretycznie obie mają identyczne ceny, ale w praktyce bilet w AeroGal kosztował $20 mniej niż w Tame. Obowiązują dwie taryfy w ciągu roku – ta w sezonie to $407 z Quito i $356 z Guayaquil. W niskim sezonie (1 maj – 15 czerwiec oraz 16 wrzesień – 31 październik) bilet kosztuje około $50 mniej. Te ceny są za przelot w dwie strony. Nie ma znaczenia czy bilet kupi się rok wcześniej, czy tydzień wcześniej – cena i tak będzie taka sama. Bilety można kupić w praktycznie każdej agencji w Quito.
Obie linie latają na wyspę Baltra oraz San Cristobal. Można polecieć na jedną wyspę, a wrócić z drugiej.

Każdy obcokrajowiec musi na lotnisku w Quito/Guayaquil przed wylotem kupić rodzaj pozwolenia na pobyt na Galapagos. Pozwolenie ma formę karty identyfikacyjnej dającej prawo pobytu na wyspach do 3 miesięcy. Taka karta kosztuje $10.

Po przylocie na Galapagos trzeba wykupić także bilet wstępu do Parku Narodowego za $100.

Ceny przelotu, pozwolenia i biletu do parku narodowego nigdy nie jest wliczona w cenę rejsu. Tak więc na starcie – czy się jedzie na rejs, czy na samodzielne zwiedzanie – trzeba wyłożyć jakieś $500.

Poza tymi wstępnymi kosztami, nasze dzienne średnie wydatki przez 10 dni pobytu na Galapagos wyniosły $127 (na parę). W tym są noclegi, jedzenie, transport między wyspami, wycieczki oraz nurkowanie. Krótko mówiąc wszystko. Osoby które nie nurkują wydadzą mniej (nurkowanie na Galapagos jest drogie o czym dalej). Kwota $127 na dzień wydaje się być może wysoka, ale jadąc na 10-dniowy rejs wydalibyśmy przynajmniej 2 razy tyle.
Zakwaterowanie i jedzenie w knajpach nie są dużo droższe niż na stałym lądzie (za to produkty w sklepach kosztują praktycznie 2 razy więcej). Największą część budżetu pochłaniają wycieczki.

W czasie pobytu na Galapagos zwiedziliśmy cztery wyspy – Santa Cruz, Floreana, Isabela i San Cristobal. W ramach jednodniowych wycieczek z Santa Cruz można zobaczyć także inne wyspy, np. North Seymour, Bartolome, Santa Fe.

Jadąc na własną rękę nie ma się niestety możliwości zobaczyć tych odleglejszych wysp, ale to co zobaczyliśmy na czterech głównych wyspach i tak dało nam ogromną satysfakcję.

Teraz szczegóły:

Santa Cruz

Lotnisko obsługujące wyspę Santa Cruz leży na sąsiedniej niewielkiej wyspie Baltra. Na lotnisku trzeba wsiąść w bezpłatny autobus, który zawozi nas na przystań. Tam wsiadamy w łódź za $0.50 (5 min), a następnie w autobus do miasteczka Puerto Ayora – $1.80.

W Puerto Ayora zatrzymaliśmy się w Hostal Espana, $25 za dwójkę z łazienką i tv, wi-fi.

Zestaw obiadowy w miasteczku kosztuje około $3.

W miasteczku są 3 bankomaty.

W Puerto Ayora znajduje się kilkanaście agencji turystycznych, z którymi można popłynąć na różne jednodniowe wycieczki. Te agencje pomagają też szukać tanich rejsów (tanich w sensie tańszych niż te kupowane w Quito) .
Ceny zależą od tego gdzie się jedzie i z jaką agencją. np. cena wycieczki na Floreane z różnymi agencjami wahała się od $65 do $130. Najdroższe były agencje polecane przez Lonely Planet. Wycieczki można rezerwować z dnia na dzień. Większość ma w programie snorkeling.

W Puerto Ayora jest też kilka centrów nurkowych. Wycieczki kosztują około $130-150 w zależności od agencji. W cenie jest cały sprzęt, dwa nurkowania, lunch. Przemek popłyną nurkować na Gordon’s Rock i wrócił bardzo zadowolony.

Z Puerto Ayora codziennie o 14.00 odpływają łodzie na Isabelę i San Cristobal. Bilet kosztuje $30, a podróż trwa 2.5-3h. Bardzo rzuca, więc koniecznie trzeba wziąć coś na chorobę morską (tabletki można kupić w aptece w Puerto Ayora).

Z bezpłatnych atrakcji w okolicach Puerto Ayora jest Charles Darwin Station, 15 min piechotą od centrum, gdzie można zobaczyć żółwie giganty i iguany. Koniecznie trzeba się wybrać na spacer na Tortuga Bay (40min piechotą od centrum). Piękna plaża, bardzo dużo iguan, sporo ptaków.
Można też taksówką ($20) pojechać zobaczyć tunele z lawy.

Isabela

Isabela to największa z wysp archipelagu, praktycznie nigdy nie odwiedzana przez wycieczki na łodziach.

Z portu do miasteczka Puerto Villamil jest jakieś 20min piechotą lub $1 za osobę za taxi.

Zatrzymaliśmy się w nowym hostelu na rynku Rincon de George, $25 za dwójkę z łazienką i tv. Można korzystać z kuchni.

Warto wybrać się na wycieczkę do krateru wulkanu Sierra Negra. Wycieczka jest samochodowo-konna (około 4h na koniu). Koszt to $45. Wycieczka organizowana przez Hostal San Vincente. Polecamy.

Koniecznie trzeba popłynąć na Las Tintorenas, wulkaniczne wysepki około 20min łodzią od miasteczka. Kupa iguan, ptaków, rekinów, lwów morskich, można popływać z ogromnymi żółwiami morskimi i lwami morskimi. $20 za 3h. Zabrał nas właściciel hostelu. W miasteczku można pożyczyć piankę, co jest polecane, bo woda jest zimna.

Jakieś 30min spaceru od miasteczka można zobaczyć żółwie giganty.

Łodzie do Santa Cruz odpływają o 6.00. Przy wyjeździe trzeba zapłacić opłatę portową $5. Nie ma bezpośrednich łodzi na San Cristobal. Trzeba płynąć na Santa Cruz i tam się przesiąść na kolejną łódź.

San Cristobal

Puerto Baquerizo Moreno to nasze ulubione miasteczko na Galapagos.

Zatrzymaliśmy się w Hostal San Francisco. $15 za dwójkę z łazienką (zimna woda) i tv.

Pojechaliśmy na wycieczkę snorklingową na Kickers Rock i Lobo Island, $50. Sporo żółwi i lwów morskich, także rekiny młoty.

Warto wybrać się na plaże La Lobreria, jakieś 30min piechotą lub $1 taxi od miasteczka. Ogromne ilości lwów morskich i iguan.

Spokojna plaża z dziesiątkami lwów morskich jest przy latarni morskiej za Interpretation Center. Do Interpretation Center też warto się wybrać, bo w ciekawy sposób opowiada o historii i problemach archipelagu.

Jest też kilka innych wycieczkek po wyspie, np.do jeziora, albo do miejsca z żółwiami gigantami.

Lotnisko jest jakieś 20min piechotą od centrum lub $1 taxi.

Jesli dzis poniedzialek, to jestemy w Peru

Ostatnie dni w Ekwadorze minely nam na dosyc intensywnym obijaniu sie. Choc plan byl inny. Ale nie po raz pierwszy okazalo sie, ze planow w takiej podrozy lepiej za wiele nie miec, bo dosyc czesto szlag je trafia. Tak bylo i tym razem. Z Cuenca pojechalismy do Vilcabamba, malej wsi na poludniu kraju, z planami na trekking, jazde konna, czyli generalnie na intensywne spedzenie czasu. Szlag ten plany trafil, gdy pierwszego dnia nie zauwazylam kraweznika i walnelam w niego duzym palcem prawej stopy. Ze mialam na nogach ulubione buty podroznika, czyli gumowe japonki, to nic palucha nie ochronilo. Pobolalo i myslalam, ze rano bedzie po wszystkim, ale rano paluch byl spuchniety, w kolorze glebokiego fioletu, i na tyle bolacy, ze przez trzy kolejne dni chodzic moglismy tylko na posilki do pobliskich restauracji. Tak wiec przebimbalismy ostatnie dni w Ekwadorze. I wraz z koncem miesiaca ruszylismy do Peru.

Najpierw z Vilcabamba do Loja – 1h. Potem cala noc z Loja do Piury w Peru – 9h. Kolejne 7h do Tujillo, 5h czekania, i kolejny nocny autobus do Caraz – 10h.

Na miejsce dotarlismy mega zmeczenie i srednio pachnacy. Prysznic, kimanko, rekonesans, zakupy i jutro ruszamy na 4 dni w gory. Gory ponoc piekne – Cordilliera Blanca. Wiec aktywnosci blogowej nie planujemy wczesniej niz w sobote. Wiec do soboty (a moze niedzieli).

Cuenca

Pociąg

We wszystkich przewodnikach po Ekwadorze jakie wpadły nam dotąd w ręce jest napisane, że jedną z głównych atrakcji kraju jest przejazd pociągiem przez Nariz del Diablo. To taka góra, z której pociąg zjeżdża w dół zygzakiem – raz do przodu, raz do tyłu. Widoki w drodze z Riobamby do Nariz del Diablo są według przewodników rewelacyjne. No więc pofatygowaliśmy się do Riobamby w celu przejechania się owym pociągiem. Tym co z pewnością przyciągało do pociągu sporą liczbę turystów była także możliwość jazdy na dachu. Piszę „była”, bo to już niestety przeszłość odkąd dwójka pewnych Japończyków prawdopodobnie w wyniku ekscytacji wstała w czasie jazdy, nie zauważyła kabli i straciła w efekcie głowę.

No ale skoro widoki miały być takie super, to jedziemy – mimo że na dachu nie można.

Cała trasa zabiera raptem 4.5h, ale z jakiegoś powodu pociąg odjeżdża już o 6.30 rano. Strasznie to bez sensu, ale przecież dla nas rozkładu nie zmienią. Zaspani przychodzimy na stację kolejową. Szukamy pociągu. Nigdzie go nie widać, za to jest coś co wygląda jak autobus postawiony na torach. Nie, no to nie może być to. To ma być w końcu wycieczka pociągiem, a nie autobusem. Ale wygląda na to, że tym autobuso-pociągiem mamy jechać.

No więc wsiadamy i jedziemy. Oczywiście 90% pasażerów stanowią gringos. Trafia nam się w „pociągu” emerytowana ekwadorska nauczycielka, która za wszelką cenę chce zostać gwiazdą imprezy i wymyśla jakieś głupie zabawy, które wcale nie są zabawne, a do których wszystkich zmusza. Widoki – owszem – przyjemne, ale nie powiem, żeby nas powalały na kolana. Jazda zygzakiem w dół Nazir del Diablo – owszem – interesująca, bo nigdy takiego rozwiązania zjazdu stromym zboczem góry nie widzieliśmy, ale to także nie powala. Jesteśmy pewni, że 80% zachwytu jaki zionie z przewodników po Ekwadorze na temat tej trasy  wynika z tego, że ich autozy jazdę odbyli na dachu prawdziwego pociągu, a nie w środku autobusu na torach. Nie ma dwóch zdań – gdyby i nam dane było przejechać się na dachu to teraz czytalibyście serenady na temat tej trasy. Ta wycieczka to był dowód na to, że punkt widzenia zdecydowanie zależy od punktu siedzenia.

Cotopaxi

To był nasz pierwszy śnieg w tej podróży. To znaczy pierwszy jaki mogliśmy dotknąć. Wcześniej widzieliśmy śnieg w Nowej Zelandii i w Chinach, ale tylko na odległość. Tu było go pod ręką na tyle, że można było lepić bałwany. No ale nie na bałwany przyjechaliśmy do Parku Narodowego Cotopaxi. Cotopaxi to jeden z najwyższych, aktywnych wulkanów świata. Dotąd wybuchał dosyć regularnie – mniej więcej co 100 lat. A że ostatnia erupcja miała miejsce 106 lat temu, to miejscowi mówią, że kolejny wybuch może nastąpić choćby jutro. Chyba można się nie stresować tym specjalnie, bo w Ekwadorze – kraju pełnym aktywnych wulkanów – specjaliści potrafią chyba przewidzieć zbliżający się wybuch z wyprzedzeniem większym niż jeden dzień. Póki co ostrzeżeń nie ma, więc Cotopaxi niczemu i nikomu nie zagraża.

Samochodem wjechaliśmy na 4500 m npm. Pierwszym zadaniem było wejście do schroniska na 4800. Czyli wchodzimy 300 m wyżej. Dystans do przejścia – 1 km. I to był chyba nasz najdłuższy kilometr w życiu. Podejście bardzo strome, podłoże bardzo luźne, bo to w końcu wulkaniczne kamienie. Pierwsze 10 minut idziemy bez przerwy, ale potem trzeba się zatrzymywać co kilkanaście kroków. Ciężko się oddycha, powietrze wyraźnie rzadsze. Z trudem dochodzimy do schroniska. Jeśli wcześniej marzyło mi się wejście na 6-tysięcznik w Boliwii to teraz stwierdzam, że chyba mogę na chceniu poprzestać. Przemek też nie jest szczególnie zainteresowany. No ale zobaczymy…

Drugie zadanie to wejść jeszcze trochę wyżej, na 5000 m npm, żeby zobaczyć lodowiec. Tu jest dużo łątwiej. Nie jest tak stromo, jest dużo śniegu, więc grunt pod nogami bardziej stabilny. Jesteśmy na 5000 m npm! Wyżej nas wcześniej nigdy nie było :) Do szczytu jest jeszcze 897m.

Schodzimy na dół na 4500, i tam zabieramy się za trzecie zadanie. Najprzyjemniejsze. Zjazd na rowerze w dół. 14km z górki. Przemek idzie na całość i zanim się orientuję jest tak daleko, że nie bardzo potrafię go namierzyć na horyzoncie. Ja zaczynam trochę zachowawczo, ale szybko decyduję, że trzeba zaszaleć. W końcu ubezpieczenie mamy ;) Popuszczam hamulec i też zasuwam w dół. Jest świetnie. Piękne uczucie.

Cotopaxi w pełnej krasie nie udaje nam się jednak tego dnia zobaczyć. Wulkan schował się w chmurach. Za to widzieliśmy go kilka dni wcześniej z samolotu wracając z Galapagos. Co to był za widok! Niebo zasnute chmurami, a znad chmur wystaje wulkan. Bajka.

p.s. Tez zwierz na zdjeciu to lis

San Cristobal

Bilet na samolot w dwie strony – $360
Wstęp do Parku Narodowego Galapagos – $100
Pływanie z żółwiami i lwami morskimi – bezcenne

Czyli debiut filmowy za nami :)

Wyspa San Cristobal będzie nam się zawsze kojarzyć z lwami morskimi. Tu lwy morskie występują w ilościach prawie takich jak bezdomne psy w Bangkoku. Są dosłownie wszędzie. Wysiadamy z łodzi, która nas tu przywiozła, a tu jeden wielki śpi przy schodkach prowadzących na molo. Siada człowiek na ławce na deptaku przy wodzie, a po chwili orientuje się, że pod ławką, albo obok niej śpi tłusty lew. Jemy śniadanie w jednej z knajpek, a tu maszeruje taki jeden po deptaku. Łodzie zaparkowanie w przystani też oblężone przez lwy, które mają niezwykłą umiejętność wskakiwania na nie z wody. Z fascynacją oglądamy jak to robią. W końcu nie mają się od czego odbić, a i rąk, którymi mogą się złapać też w końcu brak. Idzie się na plażę, a tam nie jeden, nie dwa, ba nawet nie pięć, a trzydzieści i więcej leży i się wygrzewa. Większość śpi, a te co nie śpią leniwie spoglądają jednym okiem na to co się dzieje. Czasami któremuś zrobi się za ciepło i leniwie powędruje do wody. Tylko maluchy są bardziej aktywne i ochoczo pozują do zdjęć.

Czyli lew morski na lądzie to przede wszystkim lew morski śpiący. Za to ten w wodzie to już zupełnie inna bajka. Podpływają cwaniaki człowiekowi pod sam nos i w ostatniej chwili zmieniają kierunek. Pewnie nieźle się bawią widząc wystraszony wzrok co niektórych, niepewnych czy lew wyrobi czy nie. Lew jednak zawsze wyrabia. Pływa wokół, im dłużej tym coraz odważniej i bliżej nas, wyraźnie się z nami (albo nami) bawiając. Ale nam fajnie :)

A z innej beczki to było też na San Cristobal sporo iguan i ptaszysk.

Wielki błękit

Nurkowanie przy Gordon’s Rock, Galapagos

Wszystkie zdjęcia Przemka