Goło i wesoło

Dziś znalazł się kupiec na sofę i w ten sposób udało nam się pozbyć ostatniego mebla :) Z korzyścią dla nas kupcy odbiorą swoje zakupy dopiero za jakieś dwa tygodnie, tak więc mimo, że teoretycznie nic już nie posiadamy to w praktyce nadal mieszkamy w pełni wyposażonym mieszkaniu. Może to dlatego jakoś nadal nie czujemy, że nasza przygoda zaczyna się za jedyne trzy tygodnie.

Birma jednak tak

Wczoraj zajrzałam na stronkę Air Asia i okazało się, że loty z Tajlandii do Birmy potaniały od ostatniej mojej wizyty na stronce taniego azjatyckiego przewoźnika. No i nie mogłam się powstrzymać i kupiłam (USD90 za bilet powrotny). Więc jednak do Birmy jedziemy. Początkowo nie byliśmy pewni czy tam dotrzemy z racji ograniczenia czasowego, ale stwierdziliśmy, że raz się żyje, a poza tym każdy kto był w Birmie jest absolutnie zachwycony tym krajem, więc trzeba zobaczyć co ten zachwyt wywołuje. Tak więc powoli trasa naszej podróży nabiera kształtu. Po Nowej Zelandii spędzimy 5 tygodni na Filipinach, potem 2 tygodnie na tajskich wyspach, a potem 3,5 tygodnia w Birmie. A dalej się zobaczy :) Pewnie północ Tajlandii i dalej do Laosu

Póki co wszystko gra

Ale nam się udało!!! Znajomy z pracy właśnie kupił dom i musi go teraz umeblować. Dogadaliśmy się i kolega zdecydował się kupić od nas praktycznie wszystko! Poszła lodówka, pralka, meble w sypilani, telewizor i wiele innych rzeczy z odkurzaczem włącznie :) Dodatkowy plus jest taki, że kolega nie wprowadza się do nowego domu do końca grudnia, więc właściwie do samego końca pobytu w Australii będziemy mieć wszystkie meble i sprzęty. Więc ułożyło się świetnie. Jedyne co zostało nam do sprzedania to sofa i mikrofalówka, ale z tym nie powinno być problemu.
Z innych plusów to to, że od jakiegoś tygodnia dolar jest stabilny i utrzymuje się na poziomie 67 centów amerykańskich, czyli nie aż tak bardzo źle biorąc pod uwagę fakt, że niedawno było to 61c. Byle tak dalej :)

50kg mniej

Dwa pierwsze pudła w drodze do Polski. 50kg. Nie wiem daczego, ale wydawało nam się, że się w sumie w jakiś czterech pudłach zmieścimy ze wszystkim co chcieliśmy sobie zostawić, ale chyba nic z tego. To będzie raczej sześć, a może i siedem pudeł. Nie mam pojęcia skąd te wszystkie rzeczy. Nie jesteśmy maniakami zakupów, którzy mają jakieś mega wielkie garderoby itp, a mimo wszystko nazbierało się tego trochę. Kto by pomyślał, że oboje przyjechaliśmy do Australii z jedną walizką.

W listopadzie w trzymiesięczną podróż przez morza i oceany ruszają kolejne dwa pudła. Trzeba wysyłać na raty, żeby celnikom nie zachciało się kasować cła za stare manele. No bo w załatwianie formalności związane z mieniem przesiedleńczym nie chce nam się bawić.

Tak więc lżejsi o 50kg dobytku czekamy na grudzień. I modlimy się o wzrost wartości dolara australijskiego. Póki co ciągle spada…

Travelfish.org

Jeśli szukasz dobrego źródła wiedzy o Azji Południowo-Wschodniej to nie ma chyba nic lepszego niż Travelfish.org (strona dostępna w języku angielskim). Stronka jest po prostu świetna. Szkoda wydawać pieniądze na przewodniki kiedy na Travelfish zupełnie za darmo jest wszystko, co trzeba wiedzieć gdy jedzie się do Kambodży, Laosu, Singapuru, Tajlandii lub Wietnamu. Oprócz ogólnych informacji o poszczególnych miejscach w każdym kraju, Travelfish ma mnóstwo danych o atrakcjach, noclegach i restauracjach oraz mapy. A do tego niezłe forum.

Mój ulubiony element tej strony to tzw. eFish. O co chodzi? Po pierwsze trzeba się zarejestrować. Po zalogowaniu w Member Centre znaleźć moża link do ‚Your eFish’.  Tam wybierasz z listy miejsce, które cię interesuje*, informacje jakie chcesz zebrać (atrakcje, noclegi, restauracji itp), rozmiar czcionki i układ dokumentu. Po przyciśnięciu ‚Go’ tworzony jest dokument PDF z tymi wszystkimi informacjami. PDF będzie siedział w twoim Member Center dopóki go nie wykasujesz. Super sprawa, bo nie trzeba marnować czasu kopiując informacje do Worda albo drukując bezpośrednio ze stronki.  Dodatkowym atutem jest fakt, że Travelfish jest regularnie uaktualniana.

*Funkcja eFish nie jest jeszcze dostepna dla wszystkich miejsc

Pokusy, których warto uniknąć

Podjęcie decyzji o wyruszeniu w podróż jest początkiem długiego procesu. Podróż nie rozpoczyna się bowiem w momencie, kiedy na plecy wrzucasz plecak i ruszasz przed siebie, tylko w momencie podjęcia decyzji. Bo pomiędzy decyzją, a realizacją jest jeszcze bardzo ekscytujacy etap przygotowań. Etap tak escytujący, że łatwo dać się ponieść emocją i wpaść w sidła kilku pułapek…

TRASA. A w ramach tej kategorii dwa podpunkty: a) czyli próba upchania w plan podróży ogromnej ilości miejsc, i b) czyli zbyt dokładne planowanie trasy. ‚b’ często jest wynikiem ‚a’ – wymyśla się plan typu „15 państw w 3 miesiące”, więc potem nie ma wyboru, tylko trzeba planować dokładnie dzień po dniu, bo inaczej planu nie da się zrealizować. Jeśli wpadniesz w tą własnie pułapkę zastanów się przez chwilę co właściwie w ten sposób osiągniesz. Takie podróżowanie to w zasadzie gwarantowany stres, zmęczenie i nerwy. A chyba nie o to chodzi. W pierwszym odruchu też chcieliśmy jechać wszędzie – i do Azji Płd-Wsch, i do Japonii, i do Indii, i do Nepalu i do Chin. Szybko jednak dotarło do nas, że to po prostu bez sensu. Zredukowaliśmy więc liczbę krajów, które chcemy w czasie podróży odwiedzić, i zrezygnowaliśmy z dokładniejszych planów. Co ma być to będzie.

PRZEWODNIKI. Nie wiem jak to wygląda w Waszym przypadku, ale jedną z pierwszych myśli jaka naszła mnie zaraz po podjęciu decyzji o wyjeździe, była myśl o zakupie przewodników. I nie chodziło o jakiś tam jeden marny przewodnik. Ja chciałam mieć je wszystkie! Książka na każdy kraj, który chcieliśmy odwiedzić! Oj jak trudno było mi się powstrzymać. Sklep internetowy Lonely Planet miał akurat promocję pt. kup dwie książki, a trzecia będzie za darmo. Więc zamówiłam trzy przewodniki – Indie, Chiny i Southeast Asia on a Shoestring. Ależja byłam podekscytowana, kiedy przyszła paczka! Piękne, błyszczące, nowiuteńkie, prosto z drukarni. Ze dwa dni spędziłam wertując je. I potem nagle mnie olśniło – po co mi te przewodniki? Indie (z odwiedzenia których w końcu jednak zrezygnowaliśmy) wypadłyby gdzieś w czwartym czy piątym miesiącu podróży,  a ja nie mam zamiaru dźwigać ze sobą tej ponad 1000-stronnicowej knigi. To samo z Chinami – nie będe tej książki potrzebować przez dobre pierwsze trzy miesiące. Więc co zrobiłam? Indie i Chiny sprzedałam na eBay… na szczęście z niewielką stratą. A zaraz potem odkryłam, że lokalna biblioteka ma całkiem niezły zbiór przewodników…

SPRZET. Duży plecak, buty jedne, buty drugie, mały plecak, ubrania, polary, śpiwory, kuchenki gazowe, aparaty fotograficzne itp, itd. Wszystkie kolorowe magazyny o podróżach karmią nas reklamami super sprzętu, i wmawiają nam, że bez niego podróż nie może być udana. Jak tu się nie oprzeć? Nam się na szczęście jakoś udało. Więc zanim rzucisz się w wir zakupów, daj sobie moment na zastanowienie. Zobacz co masz w domu i co z tego nadaje się do zabrania w podróż. Kup tylko to, co na serio potrzebujesz. Będziesz w drodze przez pewien czas, więc nie ma sensu wydawać kasy na ciuchy, które po powrocie i tak będą nadawać się tylko do wyrzucenia. Lepiej wykończyć te ciuchy, które już masz. A zanim zainwestujesz w spiwór czy polar, zastanów się czy tam gdzie jedziesz będą ci te rzeczy wogóle potrzebne. Motywacją do powstrzymania się od zbędnych zakupów niech będzie to ile za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze będziesz mógł zobaczyć i przeżyc tam, gdzie jedziesz.

Powodzenia w planowaniu!

Nie jest dobrze…

Nie jest za dobrze. Kryzys w USA wpłynął także na sytuację gospodarczą w Australii, a konkretnie na kurs tutajszej waluty. W lipcu $1 australijski kupował nawet 97c amerykańskich. W dniu dzisiejszym już tylko 68c… Ma to oczywiście wpływ na naszą podróż, bo nagle okazuje się, że za nazbierane pieniądze możemy kupić poza Australią prawie 1/3 mniej niż kilka mięsiecy temu. Liczymy na to, że sytuacja poprawi się w ciągu najbliższych tygodni, i że zanim ruszymy w drogę, dolar australijski trochę odzyska na wartości. A jeśli nie, to trzeba będzie albo skrócić podróż, albo podróżowac najtaniej jak się da. I jedno i drugie nam się nie uśmiecha. Ale z dwojga złego chyba wybralibyśmy skrócenie podróży… W końcu nie po to wyjeżdżamy, aby w trasie liczyć każdy grosz, aby spać w obskurnych miejscach, aby rezygnować z atrakcji  w imię oszczędności. Ta podróż ma być przyjemnością, a nie biciem rekordu pt. jak przeżyć za $5 dziennie. No ale może niepotrzebnie się przejmujemy; może do grudnia nasze oszczędności w australijskich dolarach zwiększą swoją wartość, może nie trzeba będzie zmieniać planów….