Banaue & Batad

Tarasy ryżowe. Te w Banaue mają ponad 2000 lat i znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Te w sąsiednim Batad są młodsze, bo mają „jedynie” 1000 lat, ale to właśnie one zrobiły na nas największe wrażenie. Żeby się tam dostać z Banaue trzeba najpierw pokonać 12km tricyklem najbardziej hardcorową drogą jaką było nam dotąd dane jechać. Przejechanie tych 12km zajęło prawie godzinę. Potem 2km pieszo drogą pod górkę, a następnie kolejne 2km w dół doliny wąską ścieżką. Kolejne 40 minut marszu, żeby wejść na szczyt tarasów, skąd najlepiej widać jak niesamowite to miejsce. W wiosce mieszka 1500 osób.Wszyscy żyją z ryżu. Cały proces – od sadzenia, poprzez zbieranie, suszenie i łuskanie ryżu – odbywa się wyłącznie przy użyciu rąk i prostych narzędzi. Żadnych maszyn – we wiosce nie ma prądu.

Batad

Batad

Batad

Batad

Batad

Następna relacja będzie z Tajlandii

Sagada

Sagada, niewielka wioska wysoko w filipińskich górach. Z jakiegoś powodu właśnie ona, a nie inna wiocha w okolicy zdobyła ogromną popularność wśród turystów.

To co od razu się zauważa, to niesamowita cisza przerywana tylko pianiem kogutów i szczekaniem psów. Ruch samochodowy praktycznie nie istnieje, i ogranicza się do kilku autobusów i jeepneys dziennie. Kolejna rzecz to temperatura – położenie ponad 2000m powyżej poziomu morza sprawia, że można na chwilę odpocząć od upałów. Ranki i noce są dosyć chłodne. Super odmiana.

W Sagadzie zatrzymujemy się na trzy noce. Delektujemy się ciszą, spokojem i czystym powietrzem. Łazimy po okolicy, podziwiamy widoki i obserwujemy żyjących tu ludzi. Jedyny mankament tego miejsca, to to, że nie bardzo jest gdzie tu zjeść. Dokarmiamy się zupkami chińskimi :)

Sagada

Sagada

Sagada

Sagada

Sagada

Jajko niespodzianka

Z Puerto Galera jedziemy do Sagada, daleko na północ, w filipińskie góry.  Najpierw półtorej godziny łodzią, potem dwie i pół godziny autobusem do Manili, tam przesiadka na kolejny autobus na północ. Od mniej więcej ośmiu godzin jesteśmy w podroży. Ostatni posiłek zjedzony jakieś dziewięć godzin temu. Jesteśmy bardzo głodni. Całe szczęście autobus zatrzymuje się na kilkuminutowy postój. Jest szansa złapać coś do jedzenia. Na jednym ze straganów w sprzedaży jajka na twardo. Cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Jajko na twardo wydaje się być dobrym pomysłem. Bierzemy dwa.  Wszyscy jedzą ja na miejscu. Z zewnątrz jajka wyglądają jak zwykłe kurze, ale wszystkie skorupki porozrzucane wokół straganu są w środku ciemno brązowe. Hmm, dziwne, ale może to nie jajka kurze ale np. kacze? (nie mamy pojęcia jak wygląda jajko kacze). Pierwsze jajko obieramy w autobusie. Jest ciemno, wiec nie za bardzo widzimy, co robimy. Błonka, która jest na białku pod skorupką jakaś strasznie mocna, ciężko ją przebić. W środku strasznie cienka warstwa białka i przeogromne żółtko, z jakimś dziwnym ciemnym elementem. Ciężko zobaczyć co to, bo ciemno. Mnie coś nie pasuje, więc z jajka rezygnuję, ale Przemek zjada całe. Białko jakoś dziwnie bardzo twarde. Hmmm. Drugie jajko zostawiamy na później. Zabieramy się za nie następnego dnia, w hotelu, przy świetle dziennym. Obieramy, i znów trzeba się przedrzeć przez niespotykanie grubą błonkę, znów twarde cienkie białko i mega żółtko. A w żółtko…, hmmm, niespodzianka – płód kurczaka. Mniej więcej 4 cm długości, jeszcze daleko mu do pełnej dojrzałości, ale ma głowę, skrzydła, łapy, wszystko na swoim miejscu. Mnie automatycznie robi się niedobrze. Przemek mówi, że wczorajsze jajko na pewno nie miało tak wielkiego kurczaka jak ten, ale to coś ciemne w żółtku to na pewno była jaka tam forma kurczaka.

Dokumentacji fotograficznej brak. Nie dałam rady.

Fuj.

Co kraj to obyczaj.

White Beach, Puerto Galera

Po niesamowitym doświadczeniu jakim było pływanie z rekinami wielorybimi, ruszyliśmy na północ, w kierunku Manili. Ale nie mieliśmy zamiaru się w Manili zatrzymywać. Po spędzeniu 10 godzin w autokarze z Lagazpi niedaleko Donsol, dotarliśmy do Manili około 5.30 rano, i od razu wsiedliśmy w autobus jadący do miasta Batangas. Kolejne dwie godziny drogi, przesiadka na dużą bankę i po następnej godzinie byliśmy w Puerto Galera na wyspie Mindoro. Samo Puerto Galera to typowa filipińska mieścina, a większość turystów przyjeżdża tu do leżącej 6km za wschód turystycznej mekki Sabang. Przez moment rozważaliśmy czy jechać właśnie do Sabang, czy 14km w przeciwnym kierunku, na White Beach, ulubionej weekendowej bazy wypadowej manilijskiej klasy średniej. Zdecydowaliśmy się na White Beach. I okazało się, że wybór był to bardzo dobry. Plaża szeroka i długa, woda czysta, ceny pod filipińczyków, a nie pod turystów. Ludzi całkiem sporo (akurat był walentynkowy weekend), ale gdyby z plaży przegonić wszystkich tych, którzy próbowali coś sprzedać, czy wynająć swoją łódkę, to okazałoby się, że jest całkiem ok.

White Beach, Puerto Galera

White Beach, Puerto Galera

W sobotę było już bardzo dużo ludzi, ciężko było znaleźć miejsce w restauracji, ale przynajmniej zobaczyliśmy jak się bawią Filipińczycy. Gwoździem programu był występ w jednej z restauracji dziewczynek z siusiakami, jak to mówi na nich Przemek. Show był przedni, do tego kupa śmiechu, bo chłopaki (dziewczyny?) robili sobie jaja sami z siebie. Zdjęcia w poprzednim wpisie.

Przy okazji pobytu na White Beach zafundowaliśmy sobie też trochę luksusu, w formie codziennego masażu na plaży. Bardzo bardzo fajna sprawa :) Wynajęliśmy też motorek, żeby pojeździć trochę po okolicy. Podjechaliśmy między innymi do Sabang, zobaczyć, czy coś straciliśmy wybierając White Beach. No i okazało się, że nasza decyzja to był strzał w dziesiątkę. W Sabang plaża właściwie nie istnieje, no bo nie można tak nazwać pasma brudnego piasku o szerokości 50 cm. Ceny z kosmosu (np. ten sam masaż, który na White Beach kosztował 200 pesos w Sabang kosztuje aż 500!), a poza siedzeniem w barze i piciem koszmarnie drogiego piwa nie ma w zasadzie co robić. No chyba, że ktoś nurkuje, ale nurkować można też będąc na White Beach, a tam przynajmniej jest ładna plaża. Przejechaliśmy się też do wodospadu. Wodospad taki sobie, ale po drodze zobaczyliśmy trochę prawdziwego filipińskiego życia. Po trzech dniach błogiego lenistwa ruszyliśmy dalej, tym razem do północnej części kraju.

Puerto Galera

Puerto Galera

Puerto Galera

Przed nami był ostatni, piąty tydzień pobytu na Filipinach, a także całkowita zmiana scenerii. Ale o tym w kolejnym odcinku :)

Chłopiec czy dziewczynka?

White Beach, Puerto Galera. Ulubione miejsce na wypady weekendowe manilijskiej klasy średniej.

img_1845

img_1868

img_1851

img_1835

img_1785

img_1879

img_1803

Jeepney ride

Jeepney ride

Jeepney ride

img_1719

Donsol, czyli pływanie z rekinami wielorybimi

Będąc na wyspie Panglao mieliśmy straszny dylemat, gdzie jechać dalej. W okolicy było kilka miejsc, które potencjalnie nas interesowały, i w końcu padło na miasteczko Dumaguate. Dumaguate samo w sobie nie ma właściwie nic do zaoferowania, ale celem była malutka wysepka Apo, położona o przysłowiowy rzut beretem od Dumaguate. A wokół Apo rafa jest ponoć przepiękna. Tylko co z tego, skoro przez dwa bite dni lało tak, że nie bardzo było jak wyjść z hotelu żeby coś zjeść, o nurkowaniu i snorklowaniu nie wspominając. Więć przesiedzieliśmy dwa dni w hoteliku, podczas gdy drogami płynęły rzeki, a miejscami wody było do pół łydki. Przechodzenie przez ulicę było prawdziwym wyzwaniem, a żaden parasol czy kurtka przeciwdeszczowa nie miały szans. Po dwóch dniach czekania na lepszą pogodę stwierdziliśmy, że nie ma sensu marnować czasu i trzeba jechać dalej. A kolejnym celem było to na co czekaliśmy od bardzo dawna – mała mieścina Donsol i pływanie tam z największymi rybami w oceanie, czyli z rekinami wielorybimi. Żeby tam dotrzeć spędziliśmy 26 godzin w podróży. Najpierw z Dumaguate trzeba się było dostać do Cebu (4 godziny na promie). Potem było 6 godzin czekania w Cebu. Kolejny etap to 14 godzin na promie z Cebu na wyspę Masbate. Zanim wielki, stary prom wyruszył w swoją nocną trasę przez głośniki kapitan odmówił modlitwę w intencji szczęśliwej podróży. Nie bardzo wiedzieliśmy jak to interpretować (filipińskie promy znane są z raczej kiepskiego stanu technicznego), ale później okazało się, że modlitwa jest na Filipinach normą przed długimi podróżami. Początkowo myśleliśmy, żeby zatrzymać się w Masbate na kilka dni w jakimś hoteliku na plaży, ale miasteczko zrobiło na nas bardzo średnie wrażenie, a i pogoda była kiepska, więc w ciągu pół godziny od zejścia na ląd byliśmy znów na promie, tym razem tym płynącym do miasteczka Pilar na południowym skraju wyspy Luzon. Po kolejnych dwóch godzinach na morzu w Pilar złapaliśmy jeepny, który jechał do Donsol.

Po ulokowaniu się w jednym z ‚resortów’ ruszyliśmy do pobliskiego centrum informacji, które organizuje pływanie z rekinami. Zarejestrowaliśmy się i zarezerwowaliśmy łódkę na następny ranek. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że mamy 99% szans na zobaczenie rekina.

Rekiny wielorybie to największa ryba świata, osiągająca do 12 metrów długości. Zupełnie jakby nie była rekinem żywi się planktonem, małymi rybami i krewetkami i jest całkowicie nieszkodliwa dla człowieka (czytaj – nie ma szans na atak z jej strony). Co roku między styczniem a majem kilkadziesiąt okazów pojawia się w okolicach Donsol, a przyciągają je tu bogate w pożywienie wody.

Tak więc o 8 rano ruszyliśmy w morze. Oprócz nas na łódce była jeszcze piątka równie podekscytowanych podróżników oraz przewodnik-wypatrywacz rekinów. Zaczęło się poczukiwanie wielkich ryb. Minęło 45 minut i nic. Atmosfera na łódce zrobiła się troszkę nerwowa, no bo wszyscy tłukliśmy się tutaj godzinami, żeby zobaczyć rekiny, i byłoby wielkim rozczarowaniem ich nie spotkać. I nagle nasz przewodnik krzyczy „Zakładać maski, zakładać płetwy, do wody!!”. W 30 sekund wszyscy jesteśmy gotowi i skaczemy do wody. Jakieś 2-3 metry pod nami przepływa rekin wielorybi. Ma jakieś 5 metrów długości. Gonimy go, ale mimo, że jego ruchy wyglądają na wolne, ryba płynie bardzo szybko i po chwili tracimy ją z oczu.

Z uśmiechem od ucha do ucha wracamy na łódkę. Przewodnik mówi, że ten okaz był akurat mały i że może uda się zobaczyć większy. Jakoś trudno nam uwierzyć, że ryba może być większa niż to co przed chwilą widzieliśmy. Kilka minut później zauważamy jakieś 10-12 innych łódek krążących kawałek dalej. A w wodzie ludzi. A skoro w wodzie są ludzie to znaczy, że pod wodą jest rekin. Szybko wskoczyliśmy do wody i ruszyliśmy w miejsce zbiegowiska. Włożyłam głowę pod wodę i popatrzyłam przed siebie, ale nic nie widziałam. Gdzie się kurcze wszyscy gapią? Przecież tu nic nie ma. W tym momencie spojrzałam w dół, pod siebie. I zobaczyłam go. Nie więcej niż 2 metry pode mną, prawie na dotknięcie płetw, przepływał akurat przeogromny rekin. Trudno opisać co w tym momencie poczułam. Mniej więcej 9-metrowy olbrzym na wyciągnięcie ręki. Przemek był bardziej przytomny ode mnie i wcześniej zauważył olbrzyma, i udało mu się zrobić mu zdjęcie kiedy ten akurat nabierał w paszczę wodę.

img_2513

Próbowaliśmy gonić rekina i robić przy okazji zdjęcia, ale nie było łatwo. Razem z nami to samo próbowało robić jakieś 50 innych osób. Trzeba było uważać, żeby nie dostać w twarz czyjąś płetwą. A przed wypłynięciem mówiono nam, że wokół jednego rekina może pływać maksimum sześć osób….

Olbrzym szybko się nami znudził i powoli zniknął nam z oczu zanużająć się głębiej i głębiej. Wszystko trwało może 1,5 minuty. Po powrocie na łódkę nikt nie mógł usiedzieć spokojnie, wszyscy wymieniali się wrażeniami i czekali na kolejne okazje na wskoczenie do wody. Mieliśmy je jeszcze dwie. Za pierwszym razem ten sam olbrzym znów znalazł się tuż pod powierzchnią wody, a później inny, ciut mnieszy okaz zafundował nam maraton. Płynął przez kilka minut dosyć płytko więc świetnie było go widać. Ja niestety po pewnym czasie musiałam się poddać (forma nie ta), ale Przemek gonił rekina dosyć długo.

Spotkanie z olbrzymami było jednym z najbardziej niesamowitych momentów jakie było nam dotąd doświadczyć. Mimo, że bezpośredniego obcowania z rekinami nie było w sumie więcej niż może 5 minut, to wrażenia pozostaną w nas pewnie na zawsze. Dla takich właśnie momentów warto podróżować.

img_1691

img_2523-male