When in India, do as the Indians do

Pushkar, Radzastan

Reklamy

Jaipur

Nie podobała nam się Manila, nie zachwyciły nas duże miasta w Chinach, nie padliśmy z zauroczenia na kolana na widok Limy. Nie wszystkie miejsca odwiedzane w tej podróży przypadły nam do gustu. To w sumie chyba zupełnie normalne. Nie bylibyśmy normalni, gdyby każda jedno miejsce wywoływało w nas euforię. Jaipur też możemy do tych niespecjalnie ciekawych miejsc zaliczyć.

Mówią o Jaipur Różowe Miasto. Na dzień dzisiejszy ten róż jest mocno przykurzony, albo odpada on z budynków z tynkiem. Historyczne centrum jest mocno zapuszczone i chaotyczne. Ale turyści i tak przyjeżdżają. Szczególnie ci, którzy do Indii wpadają tylko na krótką objazdówkę. Przyjeżdżają do Jaipur, bo miasto leży blisko Delhi i Agry. No i jest w Radżastanie, więc turyści przyjeżdżają tu, żeby zobaczyć Rajastan. Mieszkańcy Jaipuru dobrze wiedzą, że turyści przyjeżdżają i prawdopodobnie zawsze będą przyjeżdżać, więc nie starają się jakoś bardzo. Zabytków się nie remontuje – a szkoda, bo wiele starych budynków jest piękna – a śmieci wywozi chyba rzadziej niż w innych miastach. Więc jeśli wybieracie się do Indii to mamy dla Was radę – na Jaipur szkoda czasu.

Upał

Najgorzej jest tak między 11.00 a 16.00. Nie da się wtedy robić nic poza leżeniem i czekaniem na wieczór. Choć wieczór i noc nie przynoszą jakiejś drastycznej ulgi. Temperatura spada wtedy co prawda o jakieś 15-20 stopni, ale nadal jest 30 stopni na plusie. Tak – 30 stopni w nocy. A w dzień? Varanasi – 47. Agra 48. Jaipur – 45. Puskar i Bundi – 50. Pięćdziesiąt stopni!

Czegoś takiego nie przeżyliśmy nigdy. Taką temperaturę trudno opisać. To po prostu piekło. Gorąco jest wszędzie i gorące jest wszystko. Mango kupione na straganie parzy w rękę. Szampon w łazience ma temperaturę niedawno zaparzonej herbaty. Gumowe klapki-japonki miękną pod stopami. W zimnej butelce wody zostawionej na kilkanaście minut na słońcu można parzyć kawę. Pod prysznicem, z obu kurków, leci gorąca woda. Powiew powietrza, który przy normalnych – takich do 35 stopni – upałach przyniósł by ulgę, tutaj odczuwa się jakby ktoś machał nam przy twarzy rozpaloną do czerwoności pochodnią. Jest przeraźliwie gorąco. Riksiarze śpią w cieniu, sklepikarze śpią na podłogach swoich sklepików, na ulicach ludzie z twarzami zawiniętymi dokładnie w chusty chroniące ich przed słońcem. Wszyscy wyraźnie mają dosyć upałów.

Nigdy też nie byliśmy w tej podróży tak zmęczeni jak teraz. Męczy spacerowanie, męczy czekanie na zamówione jedzenie, męczą przejazdy zapakowanymi do granic możliwości autobusami, w których dominuje woń spoconych ciał. Na początku także spanie było męczarnią. Rozgrzany pokój, w którym nawet w nocy utrzymywała się temperatura jak w ciągu dnia. Był wiatrak, ale w zasadzie mogłoby go nie być. Budziliśmy się milion razy zlani potem i kompletnie wykończeni upałem. Po czterech nocach takiej męczarni idziemy po rozum do głowy i od tego momentu bierzemy już tylko pokoje z klimatyzacją. Trudno, że trzeba zapłacić więcej. Ten pokój z klimą jest jedynym miejscem, w którym można odsapnąć. Bez niego też by się pewnie dało, ale my nie przyjechaliśmy tu żeby się umartwiać nad sobą i przechodzić męczarnie. Więc dnie spędzamy w chłodzie klimatyzowanego pokoju, a ranki i późne popołudnia wywlekamy się na zewnątrz, żeby zobaczyć Indie. Nie zobaczymy ich tyle i tak jak byśmy chcieli, ale w tych warunkach nic więcej chyba nie jest możliwe.

Długo nie damy tak rady. Więc jest decyzja, że Rajastan oglądamy w ekspresowym tempie – po dwie, góra trzy noce w każdym miejscu – i uciekamy na północ. Do Ladakh. W indyjskie Himalaje. Sprawdziliśmy w internecie – w Leh temperatura w ciągu dnia wynosi teraz jakieś 20 stopni. Nie możemy się doczekać.

Ikona. Słowa są zbędne.

Taj Mahal, Agra

Swięty Ganges w Varanasi

Łódź. To słowo przeciętny turysta w Varanasi słyszy kilkadziesiąt razy dziennie. Idąc wzdłuż brzegu Gangesu bez końca słyszy się pytanie Would you like a boat? Bo oglądanie ghatów w Varanasi z łodzi to obowiązkowy punkt programu dla każdego turysty. Panowie od łódek dobrze o tym wiedzą i nie omieszkają zaproponować wycieczki każdemu przechodzącemu turyście. Być może ten jeszcze łodzią w Varanasi nie płyną. My zabraliśmy się za pływanie po Gangesie dopiero trzeciego dnia pobytu w mieście. O 5.00 zameldowaliśmy się przy wodzie, by przez dwie godziny podziwiać ludzi i ich rytuały.

Wcześniej przez dwa dni snuliśmy się wzdłuż brzegu świętej rzeki obserwując fascynujące życie toczące się wzdłuż niej.

Święty Ganges zawsze kojarzył nam się z dwoma rzeczami – z paleniem zwłok i wrzucaniem do rzeki prochów, oraz z rytualnymi kąpielami. Na miejscu okazuje się jednak, że dla mieszkańców Varanasi Ganges i jego brzeg służy do wielu innych celów. To nie tylko miejsce skupienia i modlitwy. Jest na przykład klub pływacki, w którym co rano zbierają się okoliczne dzieciaki na kolejne lekcje. Jest też codzienna sesja yogi przy wodzie. Wieczorami odbywają się bardzo popularne turnieje krykieta z kilkusetosobową grupą widzów. Tuż obok ghatu, gdzie pali się zwłoki, dzieciaki urządzają skoki do wody. Co rano w kilku miejscach ustawiają się praczki ze stertą ubrań. Każdego wieczoru przez godzinę przy głównym ghacie trwa fascynująca ceremonia ku czci Matki Rzeki. Poza ty są oczywiście setki pielgrzymów z całych Indii odbywających kąpiele. Można się im przyglądać godzinami. W wodzie modlą się, wielokrotnie zanurzają całe ciało, płuczą usta.

Pewien młody Hindus, pytany o kwestie czystości rzeczki, wyjaśnia nam, że wszystko jest kwestią przekonania. Że tym, którzy głęboko wierzą w czystość i moc rzeki, nie może zaszkodzić mycie się w niej czy picie wody z niej. Że otwarty umysł i głęboka pobożność są niezbędne, by docenić Matkę Rzekę.

Na wieczornej ceremonii siadamy obok grupy kobiet w kolorowych sari. Widząc, że mamy aparat proszą o zrobienie im zdjęć. Kobiety nie znają angielskiego, więc nie możemy się porozumieć, ale widać wyraźnie, że sesja fotograficzna sprawia im ogromną przyjemność, oraz że są bardzo przejęte byciem w Varanasi. Potem od młodego chłopaka – jak się okazuje ich przewodnika – dowiadujemy się, że kobiety przyjechały do Varanasi z oddalonej o ponad 1500km wioski pod Mumbajem. Większość z nich na tę podróż czekała niesamowicie długo. To dla nich jeden z najważniejszych momentów w życiu.

Równie interesujące jest życie na plątaninie wąskich uliczek kilkadziesiąt metrów od rzeki. Spacerujące krowy, kolorowo ubrane kobiety, chudzi sadhu, dziesiątki sklepików i kramików.

Varanasi to niezwykle fascynujące miejsce.

Z Nepalu do Indii

Podróż z Parku Nardowego Chitwan w Nepalu do Varanasi w Indiach miała być wieloetapowa. Trzeba by najpierw dojechać autobusem do oddalonego o kilka km od granicy miasteczka, tam przesiąść się w rikszę do granicy, prawdopodobnie przespać się w jednym z hosteli, rano przekroczyć granicę, złapać autobus do Gorakhpur, a tam kolejny autobus lub pociąg do Varanasi.
No ale my nie musieliśmy przez to wszystko przechodzić. My podróżujemy z klasą ;)

Będąc w Chitwan i zajadając późne śniadanie w lokalnej knajpce, zauważyliśmy podjeżdżający autokar. Z lustracji napisów na pojeździe wynikało, że autokar jest w Indii. A konkretnie z Varanasi. Z autokaru wysypała się grupa Induskich turystów w średnim wieku. Przemek rzucił myśl, że może by ich zapytać kiedy wracają do Varanasi i czy przypadkiem nie mogliby nas ze sobą zabrać. Mnie wydawało się, że taki plan nie ma szansy powodzenia, ale w sumie spróbować można. Nic to nie kosztuje. Przemek poszedł więc pogadać z kierowcą. Ten po angielsku mówić za bardzo nie potrafił i odesłał go do pilota wycieczki. A pilot wycieczki z uśmiechem na twarzy oznajmił, że nie ma problemu, że możemy jechać. Wyjazd jutro z samego rana. Mieliśmy w Chitwan zostać jeszcze jeden dzień, ale takiej okazji nie można odpuścić, więc obiecaliśmy się stawić o umówionej godzinie.

Rano wszyscy Indusi kręcący się wokół autokaru przyglądali się nam z ciekawością. Zdecydowanie było widać, że pilot wycieczki już zdążył oznajmić jej uczestnikom, że na pokład wchodzą dziś dwie blade twarze. Mieliśmy być atrakcją dalszej części ich podróży. Wycieczka składała się z jakiś 32 turystów i 9 osób obsługi – prawdziwie Induska wydajność :) Był kierowca, pilot, cztery osoby od gotowania, reszta obsługo od Bóg wie czego. Wszyscy bardzo mili i bardzo nas ciekawi.

W autobusie bez przerwy nas czymś częstowano i zasypywano pytaniami. My też pytaliśmy o wiele rzeczy, wiele spraw dotyczących Indii nam wyjaśniono. W porze obiadu wyciągano z autokaru garnki, talerze, kuchenkę gazową i gotowano świeży posiłek. Zostaliśmy nakarmieni i napojeni. Dostaliśmy zaproszenia na odwiedziny. Odbyliśmy długą sesję fotograficzną. A gdy pilotowi wycieczki próbowaliśmy zapłacić za transport i za jedzenie usłyszeliśmy, że żadnych pieniędzy nie przyjmie, że to prezent dla nas od Indii.

I tak dojechaliśmy do Varanasi przez przesiadki i z miłymi wspomnieniami.

IMG_7259

Słoń w kąpieli

Park Narodowy Chitwan, Nepal