Pierwsze dni w Patagonii, czyli polskie klimaty i ciasnota pod namiotem

Od września, kiedy przyjechaliśmy do Ameryki Południowej, spotkaliśmy na swojej drodze raptem trzech Polaków. Czyli bardzo niewiele. Statystyka drastycznie wzrosła, gdy w ciągu jakiś 4 godzin od przyjazdu do El Calafate spotkaliśmy aż dziewięciu rodaków. Trójka akurat wyjeżdżała, ale pozostali póki co nigdzie się nie wybierali, więc trzeba było to wykorzystać i się wspólnie trochę zabawić. Bawiliśmy się więc wyśmienicie przez dwa kolejne wieczory, zajadając kiełbaski z grilla i argentyńską wersję kaszanki. A to wszystko na lokalnych kempingu, gdzie mieliśmy przyjemność nocować. Bo rozpoczęła się w naszej podróży era kempingowania. Wyszło, że przed nami miejsca, w których spanie pod namiotem nie jest tylko tańsze, ale i praktyczniejsze. Więc zaopatrzyliśmy się w namiocik w Buenos Aires. Namiot w sumie ok, ale nie wiedzieć czemu producenci tego rodzaju sprzętu zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że ludzie podróżują z bagażem i śpiąc w namiocie chcieliby go w tym namiocie zmieścić. A tu nie ma szans. Namiot dwójka oferuje przestrzeń na dwie osoby i na nic więcej. Trzeba się więc było trochę nagimnastykować, żeby zmieścić na tych niecałych dwóch metrach kwadratowych.

Reklamy

Un club cada dia mas grande

Wizyta na stadionie Club Atletico Boca Juniors, Buenos Aires

Buenos Aires

I znów wylądowaliśmy w jakimś dziwnym hostelu. To znaczy hostel był w sumie normalny, ale ta lokalizacja! Na poziomie drugiego piętra, jakieś 30m od budynku, przebiega wiadukt, a na nim 3 pasy autostrady w każdym kierunku. To, że w hostelu było w związku z autostradą głośno to pół biedy. Gorsze było to, że za każdym razem, gdy autostradą w jednej chwili przejeżdżało równocześnie kilka aut (a częstotliwość tego była bardzo duża) cały budynek trząsł się, jakby zaraz miał się zawalić. To było zjawisko, do którego ciężko się przyzwyczaić, więc po nocy w trzęsącym się budynku postanowiliśmy się przenieść w nieco spokojniejszą lokalizację.

No ale miało być o Buenos Aires. Co tu dużo mówić. Miasto robi wrażenie. Jest rozległe, architektonicznie bardzo przyjemne, klimatycznie bardzo europejskie. Ilość tzw. atrakcji nie powala na kolana, ale tu samo spacerowanie szerokimi alejami i wąskimi bocznymi uliczkami jest atrakcją. Moglibyśmy tu mieszkać, i mówimy to zupełnie serio. Jest serio fajnie. Jedyny problem to sjesta. Koło 13.00 zamyka się dosłownie wszystko, i otwiera się znowu dopiero koło 17.00. W biurach też kilku godzinna przerwa. Tak zresztą jest w całej Argentynie. Tutaj tak po prostu funkcjonuje życie, ale dla nas to jakiś kosmos. Nasza polska natura mówi nam, że w pracy trzeba jak najszybciej zrobić co jest do roboty i wracać do domu delektować się wolnym czasem. Nawet raptem godzinna przerwa na lunch w Australii wydawała nam się stratą czasu. O ile przyjemniej byłoby skoczyć godzinę wcześniej?

Turystów w Buenos jakoś nie widać. Ale to pewnie dlatego, że mieszają się z lokalnym tłumem, który wygląda dokładnie tak jak tłumy w południowej Europie. I to nam się tutaj najbardziej podoba.

Buenos Aires, Argentina

Buenos Aires, Argentina

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Zanim wyruszyliśmy w naszą podróż, byliśmy przekonani, że zaspokoi ona nasze wszystkie podróżnicze marzenia i potrzeby. Wydawało się, że kilkanaście miesięcy to tak strasznie dużo, że zobaczy się tyle świata, tyle przeżyje, poczuje, spróbuje. A to wcale nie prawda.

Bo z podróżowaniem jest jak z dobrym winem. Jak się spróbuje, zasmakuje, trochę czasu spędzi razem, to nagle trudno przestać myśleć o tym, co daje tyle radości i przyjemności. Chce się więcej i więcej. Można to chyba nazwać uzależnieniem. I to co na początku jest być może tylko przygodą, czymś fajnym, przyjemnym, odskocznią od rutynowej rzeczywistości, nagle staje się bardzo ważne, może najważniejsze. I nie chodzi o sam proces podróżowania, a bardziej o to co on nam daje. A daje wolność i radość.

Więc 13 miesięcy za nami, a my myślimy. Myślimy nad tym co by było, gdybyśmy mieli kolejny rok do wykorzystania; gdybyśmy znów mieli taki stan konta jak rok temu; gdybyśmy jeszcze raz mieli podjąć decyzję o tym, czy warto „zmarnować” kilkanaście miesięcy życia. I tu nie ma żadnych wątpliwości – dalej byśmy podróżowali. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia.

To tak troche o naszych aktualnych przemyśleniach :)

Na zachód od Mendozy

Jesteśmy w finale – dzięki za głosy!

No i jesteśmy w finale wraz z dziesięcioma innymi blogami:) Dziękujemy wszystkim, którzy na nas głosowali. Teraz kolejny etap, czyli wybór przez jury tego najlepszego w każdej z kategorii. Wyniki mają być znane 1 lutego.

Właśnie rozpoczęło się także głosowanie na Bloga Bloggerów – wśród finalistów wszystkich kategorii internauci mają wybrać najlepszy blog. Znów głosuje się przez wysłanie SMSa. Jeśli macie ochotę – wyślijcie (D00045 na numer 7144). My w tym czasie skupimy się na czekaniu na wynik jury. A w zasadzie to czekać będziemy przy okazji podziwiania boskich widoków. Bo przed nami Patagonia :

Mendoza i wino

Winko, mniam mniam. To mówi Przemek, bo ja nie lubię za bardzo. Więc dla Przemka wizyta w Mendozie była jak wizyta w sklepie z zabawkami dla 3-latka.

Dawno, dawno temu francuskie wino było jedyne i najlepsze. Te czasy jednak już jednak minęły. Dziś wino robi się na wszystkich kontynentach i nie jeden kraj i region dogonił – a niektóre przegoniły – Francję, California, RPA, Hiszpania, Nowa Zelandia, Australia, Chile i Argentyna właśnie. A jak wino w Argentynie to tylko w Mendozie.

Odwiedziliśmy więc kilka winiarni. Jest z czego wybierać, bo w prowincji jest ich ponad 1200. Wizyta w winiarni przewiduje zajrzenie na plantacje, oglądanie maszyn, omówienie procesu produkcji i takie tam bajery, ale umówmy się – najlepsza w całej wizycie jest degustacja. Miła pani, pracownica winnicy, polewa wtedy dobre winko i przeprowadza ekspresowe szkolenie w kwestii tego jak pić owy napój. Kolor trzeba oceniać najlepiej w świetle naturalnym, potem winkiem wstrząsnąć, żeby je utlenić (nie wiem jak się to mówi po polsku), potem niby trzeba wąchać, ale i tak wszyscy czekają tylko na to, żeby się w końcu napić. Potem inne winko, czasem jeszcze jedno. Przyjemnie.