Niezbyt udana wycieczka do Doliny Nubra

Dlaczego niezbyt udana? Chyba głównie dlatego, że to co do tej pory widzieliśmy w Ladakh zrobiło na nas wielkie wrażenie i tego samego spodziewaliśmy się po Dolinie Nubra. A było średnio ciekawie. Po pierwsze, nie dopisała nam pogoda. W Ladakh jest ponoć 300 dni słonecznych w roku. Pozostałe 65 niesłoneczne dni zazwyczaj przypadają na zimę. I trafiło się, że kilka z owych pochmurnych dni  postanowiło nastąpić w czasie naszego pobytu w dolinie. A jak niebo szczelnie zakryte jest chmurami, to wszystko wygląda jakoś tak nijak. Dopiero trzeciego dnia, w drodze powrotnej do Leh, rozchmurzyło się. Po drugie, były tzw. atrakcje, które miały nam umilić wycieczkę. Pierwszą miała być Kharung La (5600 m npm), najwyższa przejezdna przełęcz na świecie. Widok z obu stron przełęczy piękny, ale sama przełęcz zawalona jest tandetnymi blaszanymi barakami, z których każdy jest brzydszy od poprzedniego, przez co miejsce te zaliczyć można do tych, z których chce się jak najszybciej uciekać. Drugą „atrakcją” miały być gorące źródła w Panamik. Uzbroiliśmy się w stroje kąpielowe, bo zamiarem naszym było wymoczenie się w wodzie z owych źródeł. Na miejscu okazało się, że na dzień dzisiejszy gorące źródła to rozmokła ziemia. Budynek, w którym ma być basen nadal w budowie (o czym oczywiście nie raczyła nas poinformować agencja, w której wypożyczyliśmy samochód). Jedyna opcja na zażycie „kąpieli” to strasznie brudna, betonowa budka wielkości latryny z dziurą w ziemi, do której przez rurę wlewa się woda z gorącego źródła. To ulubione miejsce lokalsów na robienie prania, no bo woda ciepła i za darmo. Nie trudno się domyśleć, że nie tego się spodziewaliśmy. Były też wielbłądy na lokalnych wydmach, które nie wyglądały na szczęśliwe ze swojego żywota polegającego na wożeniu turystów na swoich grzbietach. Krótko mówiąc było trochę inaczej niż się spodziewaliśmy, ale w końcu nie wszystko w życiu układa się zawsze po naszej myśli. Więc nie rozpaczamy.

Reklamy

Tso Pangong

Tso po ladakijsku oznacza jezioro. Pangong to długie na 130km jezioro, którego większa część leży w Tybecie. My pojechaliśmy zobaczyć tą mniejszą część leżącą w Ladakh. Mieliśmy do przejechania jakieś 135km wąską, krętą drogą przez góry. Celem było jezioro, ale już sama droga była przepiękna. Najpierw przez dobre dwie i pół godziny wspinaliśmy się – to znaczy samochód się wspinał – mozolnie z 3500m npm, gdzie leży Leh, na 5360m npm, czyli na przełęcz Chong La. Chong La to trzecia najwyższa na świecie przełęcz przez którą można przejechać samochodem. Im bardziej zbliżaliśmy się do przełęczy tym robiło się zimniej i przybywało śniegu. Z ponad metrowych ścian zmarzniętego śniegu, które otaczały na pewnym odcinku drogę, zwisały grube i długie sople. Na przełęczy ktoś zbudował małego bałwana.

Z przełęczy kolejne dwie godziny z hakiem. Krajobraz zmieniał się cały czas. Były wielkie głazy przyniesione przez lodowiec, były mini wydmy z białego jak sół piasku, były góry we wszystkich możliwych odcieniach.

W końcu dotarliśmy nad jezioro. A razem z nami kilkanaście innych samochodów, większość pełna głośnych indyjskich turystów. Coś takiego mają w sobie Indusi, że nie potrafią normalnie rozmawiać tylko muszą krzyczeć. Szlag człowieka trafia, bo przyjeżdża nad absolutnie przepiękne jezioro, a tu gromada wrzeszczących Indusów. Odjechaliśmy więc od największego tłumu i poszliśmy na spacer jeszcze dalej, z nadzieją, że zaznamy trochę spokoju. Nie na długo. Szybko zjawiła się 6-osobowa rodzina, która zdecydowała się na sesję fotograficzną dokładnie w tym samym miejscu, w którym my usiedliśmy, żeby nacieszyć się w ciszy widokami. Rodzinka miała kilometry brzegu do wyboru, ale musiała wybrać fragment zaraz obok nas. Niby robili zdjęcia wodzie i górom, ale tak się ustawiali, żeby nas mieć w kadrze, oczywiście bez pytania. Hałasu narobili jak szkolna wycieczka 13-latków.

A jezioro? Jezioro jest przepiękne. Niesamowicie niebieskie i bardzo spokojne, otoczone przez góry z ośnieżonymi szczytami. Okolica troszkę przypominała nam boliwijskie Altiplano. Brakowało tylko flamingów. Cudo.

Festiwal w Hemis

Poszczęściło nam się. Doroczny festiwal w Hemis przypadł akurat w czasie naszego pobytu w Ladakh. Hamis to jeden z największych zakonów buddyjskich w Ladakh, a festiwal obchodzony jest z okazji urodzin Guru Padmasambhava, który uważany jest za poskromcę demonów i obrońcę lokalnej ludności. To największy festiwal w Ladakh, więc spodziewaliśmy się tłumów. I nie zawiedliśmy się w tej kwestii.

Ruszyliśmy w drogę wczesnym rankiem, żeby się na jakieś dobre miejsce załapać. Na podobny pomysł wpadło jeszcze kilkudziesięciu lokalsów, bo nasz autobus szybko zapełnił się po brzegi, a potem ponad dach – na dachu wylądowało mniej więcej tyle osób, co w środku. W efekcie autobus toczył się powolutku do przodu i jechaliśmy wieki. Po drodze mijały nas dziesiątki innych taksówek i minibusów pełnych turystów i lokalsów, więc już straciliśmy nadzieję na dobre miejsce. Że jednak wszystkie pojazdy wysadzały pasażerów na dobry kilometr przed klasztorem, a my chodzimy szybko, to dotarliśmy na miejsce przed największym tłumem.

Widzowie podzielili się na dwie grupy. Tych skłonnych zapłacić kilkaset rupii za przywilej siedzenia tuż przy występujących lub na balkonach i dachu. Cała reszta usadowiła się za sznurkiem oddzielającym ich od występujących i od bogatych turystów na miejscach vip. Widzów przybywało z prędkością światła i szybko było tak ciasno, że trudno byłoby szpilkę wcisnąć. Dominowali lokalsi, ale całkiem sporą grupę stanowiły ‚blade twarze’, z których jakaś połowa wyposażona była w aparaty z półmetrowymi lufami, nerwowo walcząca o każde możliwe ujęcie. Gdy tylko ktoś nieopatrznie wszedł im w kadr głośno krzycząc pozbywali się przeszkody w kolejnym cennym ujęciu. Krótko mówiąc cyrk.

IMG_8893

IMG_8896

IMG_8892

IMG_8897

Po ponad dwóch godzinach czekania w słońcu w końcu się zaczęło. Była procesja mnichów, były różnego rodzaju rytualne tańce w tradycyjnych strojach, były maski demonów, było gra na trąbach i bębnach. Wyglądało to mniej więcej tak.

IMG_9136

IMG_9107

IMG_9074

IMG_9108

IMG_9087

IMG_9101

Długa droga do Leh

W Daramshali jednym z naszych codziennych rytuałów było sprawdzanie informacji o stanie drogi z Manali do Leh, stolicy prowincji Ladakh w północnych Indiach. Droga ta, będąca jedną z najwyżej położonych na świecie, przez większą część roku jest nieprzejezdna, bo kompletnie zasypana przez wielometrową warstwę śniegu. Każdego roku, zazwyczaj w połowie czerwca, droga otwiera się na jakieś 3 miesiące. Sprawdzaliśmy więc codziennie njusy o tym czy już można jechać. W końcu pojawiła się informacja, że droga otwarta. Dzień później okazało się, że na przełęczy, przez którą biegnie droga, spadło sporo świeżego śniegu, więc drogę znów zamknięto. Kolejne dwa dni i znów jest info o tym, że droga otwarta. Mieliśmy nadzieję, że tym razem na dobre. Kupiliśmy więc bilet do Manali.

Między Daramshalą a Manali jest dokładnie 253km. Kto zgadnie ile czasu trzeba, by przejechać taki dystans autobusem? W Indiach potrzeba na to 12 godzin. Ok, droga wiodła przez góry (ale była na całej długości asfaltowa), więc to w jakiś sposób wpływa na czas podróży, ale 12 godzin na 253km??? To średnio 21km/h! Jak to możliwe? A no możliwe. Bo są pewne wynalazki, które w Indiach (zresztą nie tylko tam) do dziś się nie przyjęły. Jednym z takich wynalazków jest przystanek autobusowy. W Indiach coś takiego nie istnieje. Autobus zatrzymuje się na żądanie. To nas jakoś bardzo nie dziwi, bo w wielu krajach tak to właśnie funkcjonuje, ale autobus na trasie Daramshala – Manali pobił wszelkie rekordy zatrzymując się dosłownie co 300m, a czasem i częściej. Czasem ledwo ruszył, a zaraz znów hamował, żeby zabrać albo wysadzić kolejnego pasażera. Ktoś wsiadał na początku płota i ledwo zdążył zapłacić za przejazd już wysiadał na końcu płota 300m dalej. Autobus zatrzymywał się na dworcu autobusowym na 10-minutowy postój, ale zaraz za jego bramą, 10 sekund po wyjeździe z dworca, zatrzymywał się znowu, żeby zabrać pasażerów, dla których pofatygowanie się 50m było zbyt kłopotliwe. I tak przez całą drogę. Do tego trafił nam się autobus z tych co to nadają się wyłącznie do przewozu Pigmejów, tudzież niewysokich zazwyczaj Indusów, bo odstępy pomiędzy kolejnymi rzędami siedzeń wynosiły szaleńcze 18cm (zmierzone!), więc komfort był żaden. I tak oto, 12h i 253km później, dotarliśmy do Manali.

Jeszcze zanim wjechaliśmy na dworzec autobusowy oczom naszym ukazała się rzeka ludzi, sunąca główną ulicą miasteczka. Tysiące ludzi! Takich tłumów nie ma chyba nawet w długi majowy weekend w Zakopanem. Bo Manali to takie indyjskie Zakopane właśnie. Indusi zjeżdżają tu, podobnie jak do Daramshala, żeby odpocząć od upałów. Ale jeśli wcześniej Daramshala wydawała nam się zatłoczona, to po wizycie w Manali, Daramshala jest jak oaza spokoju.

Nie dość, że miasteczko zupełnie nam się nie spodobało to bardzo szybko okazało się, że droga do Leh po raz kolejny została zamknięta. Na trasie spadło znowu dużo śniegu i deszczu, i według przewidywań tydzień miało potrwać odśnieżanie i naprawianie uszkodzonego przez wodę odcinka.

Tydzień w Manali, wśród tych dzikich tłumów, brzmiał jak wyrok. No i ten cenny czas. Nie zostało go nam już wiele i jakże ciekawszą perspektywą wydawało się być przebywanie w pięknym, górzystym i spokojnym Ladakhu zamiast w zatłoczonym i głośnym Manali. Jest do Leh droga alternatywna – przez Kaszmir. Kiedy zdecydowaliśmy, że w czasie pobyty w Indiach pojedziemy do Ladakh, planowaliśmy nią tam właśnie jechać. Ale w międzyczasie spotkaliśmy trochę ludzi, którzy nas skutecznie do tej drogi zniechęcili. Bo to Kaszmir. A Kaszmir leży przy granicy z Pakistanem. Bo Pakistan i Indie za sobą nie przepadają. Bo Pakistan uważa, że cały Kaszmir powinien być ich. Co Indiom się oczywiście nie podoba. W rezultacie obszar ten jest politycznie niestabilny, mieszkańcy skłonni do protestów, zdarzają się strajki, wszędzie pełno wojska. Krótko mówiąc atmosfera niekoniecznie wakacyjna. Więc pomysł przejazdu do Leh przez Kaszmir odrzuciliśmy. Ale teraz, gdy okazało się, że czeka nas kilka długich dni w Manali, pomysł wrócił. Podsunęli nam go spotkani Polacy, którym siedzenie w Manali również nie było na rękę. Razem zdecydowaliśmy, że jedziemy. Kaszmir nie może być przecież aż taki straszny.

Droga miała być bardzo długa. Najpierw nocny autobus do Jammu, w którym wytrzęsło nas niemożliwie, więc spaliśmy w sumie chyba nie więcej niż godzinę. W Jammu przesiadka. Wybór pomiędzy tanim, ale wolnym i zatłoczonym autobusem, drogim i równie zatłoczonym, za to bardzo szybkim jeepem, oraz wygodnym, odrobinę wolniejszym niż jeep, ale tańszym minibusem. Wybór padł na minibusa. Naszym celem było Srinagar. Na miejsce mieliśmy dotrzeć po 7 godzinach.
Kierowca sprawiał wrażenie niesamowicie pewnego siebie, bo cały czas prowadził jedną ręką, mimo że droga składa się głównie z ostrych zakrętów. Druga ręka z telefonem przy uchu lub ewentualnie za oknem, zimny łokieć. Staraliśmy się nie skupiać na tym zbyt dużej uwagi, bo to wydaje się być w Indiach jedyną strategią na radzenie sobie ze stresem spowodowanym przez kierowców.

Po pięciu godzinach jazdy nagle wyrósł przed nami korek. Nie wiadomo było co się dzieje. Sznur samochodów przesuwał się bardzo wolno. Minęła godzina zanim okazało się, że korek to wynik obsunięcia ziemi. Na miejscu pojawili się żołnierze, którzy usiłowali zaprowadzić porządek, ale Indie i porządek to są słowa, które nie mają se sobą wiele wspólnego. Niecierpliwi kierowcy wyrywali się z kolejki czekających i w rezultacie bardzo szybko cała droga zastawiona była trzema sznurkami samochodów. Oczywiście efekt był taki, że wszystko trwało 2 razy dłużej niż by mogło, bo gdy droga była w końcu częściowo przejezdna i zaczął się ruch wahadłowy, samochody jadące z naprzeciwka nie miały jak przejechać. Zaczęła się gimnastyka z cofaniem, wciskaniem pomiędzy inne pojazdy itp. I zamiast czekać godzinę na przejazd, czekaliśmy prawie trzy. Na tym nie koniec, bo kilka kilometrów dalej ukazało się naszym oczom drugie obsuwisko. I znów czekanie, i znów niecierpliwi kierowcy robiący burdel. W efekcie do Srinagar dojechaliśmy o 23.00 zamiast o 17.00.

Rano ciąg dalszy. Wybraliśmy się na dworzec autobusowy po bilety do Leh. Bus is full, usłyszeliśmy w kasie. No i teraz dylemat – zostać tu dzień i jechać autobusem jutro, czy może bierzemy jeepa i dojeżdżamy do Leh tego samego dnia. Dylemat tym większy, że rozdźwięk cenowy pomiędzy tymi dwoma środkami transportu był spory. W końcu stanęło na jeepa. Zdecydowaliśmy się po rozmowie z chłopakiem, któremu udało załapać się na bilet na autobus, i który próbował ów bilet komuś sprzedać. Mówił, że autobus jest przeładowany i w kiepskim stanie. A że droga do Leh nie jest niemiecką autostradą ani nawet przeciętną polską drogą, to takie szczegóły jak stan autobusu i ilość ludzi ma pewne znaczenie. Dodatkowo autobus jedzie dwa dni (z przerwą na nocleg), a nam trochę szkoda czasu. Wzięliśmy więc jeepa. Trafił nam się przemiły kierowca i telepiący się samochód. Kierowca zapewniał, że to droga taka nierówna, ale mieliśmy wątpliwości. W każdym razie w drogę.

Do celu, czyli do Leh było 420km. Jak na Indie i jak na góry to bardzo dużo. Jakoś trudno nam było uwierzyć w zapewnienia, że dotrzemy na miejsce tego samego dnia, ale się zobaczy. Początkowo droga wiodła przez kolejne wioski. W Kaszmirze jest tak bardzo nie-indyjsko, że aż trudno to opisać. Mężczyźni z długimi brodami i w turbanach, kobiety w chustach na głowach, wszyscy o zdecydowanie innej od Indusów urodzie. Na szyldach napisy po arabsku. Kaszmir to zdecydowanie nie są Indie.

Po wioskach zaczęły się bajkowe widoki. Doliny pokryte resztkami śniegu, topiące się mini-lodowce na zboczach gór, lodowe ściany wzdłuż drogi. Stada baranów i kóz. I przepiękne góry. Zaczął się najgorszy ponoć odcinek drogi. Wąsko, bez nawierzchni, z milionem dziur. Do tego droga wiodła zboczem stromej góry, więc była adrenalinka. Wjechaliśmy na pierwszą przełęcz, nieco powyżej 3000m npm. Dalej było już coraz mniej śniegu, a góry były bardzo skaliste. Roślinności coraz mniej, aż nagle zniknęła ona zupełnie i widok dominowały łagodne góry usypane jakby z piachu. Przepięknie. W międzyczasie powoli zmieniali się także ludzi i wioski. Coraz mniej meczetów i kobiet w chustach, coraz więcej typowych tybetańskich domków i charakterystycznie wyglądających ich mieszkańców. Na 200km przed Leh byliśmy już maksymalnie zachwyceni. Po drodze przejechaliśmy jeszcze dwie kolejne przełęcze, jedna z nich na 4 tysiącach metrów.

Ostatnią część trasy przejechaliśmy w kompletnych ciemnościach. Było wąsko i nad przepaścią, ale nasz kierowca znał tą trasę jak własną kieszeń i bezpiecznie dowiózł nas na miejsce. Zgodnie z obietnicą dojechaliśmy tego samego dnia.

Na całej trasie z Jammu do Srinagar i dalej do Leh głównym źródłem rozrywki były tablice ustawione wzdłuż drogi przez BRO (Border Roads Organisation), czyli instytucję odpowiedzialną za drogi przygraniczne w Indiach. Hasła na tablicach były przeróżne, ale wszystkie w klimatach bezpieczeństwa na drodze. Nasze ulubione to After whiskey life is risky, Stay alive for your wife i Don’t be silly in the hilly. Pozostałe tablice były w podobnym klimacie, większość z rymem, a jakże by inaczej. Na drodze ze Srinagar do Leh doszły jeszcze hasła o zabarwieniu motywacyjnym w klimatach a la If you can dream it, you can do it. Obstawialiśmy czy w Bro jest etatowy wierszokleta od tych haseł, czy też może dzieła należy przypisać wielu twórcom.

Do Leh dotarliśmy w jednym kawałku. W Kaszmirze nikt na nas nie napadł, nikt nas nie chciał zastrzelić, nie trafiliśmy na żadną minę, ani żadne wrogie spojrzenie. Więc może nie taki straszny diabeł jak go malują? Choć z drugiej strony te nieopisane ilości wojska na trasie sugerują, że nie jest to najbardziej sielankowe miejsce pod słońcem. A szkoda, bo z tego co widzieliśmy Kaszmir musi być fascynujący.

Daramshala

W Daramshala mieszka Dalai Lama. Od 51 lat. Gdy w 1959 roku, 9 lat po tym jak Chińczycy zajęli Tybet, dalsze przebywanie Dalai Lamy w Lhasa (stolica Tybetu) stało się zagrożone, duchowy przywódca Tybetańczyków przedostał się do Indii. Pewnie nie spodziewał się wtedy, że zostanie poza swoim krajem aż tak długo. Minęło 51 lat i nadal nic nie wskazuje, żeby powrót do Tybetu miał być możliwy.
Wraz z Dalai Lamą do Daramshali, na przestrzeni lat, przybyło wielu Tybetańczyków, dla których życie pod chińską okupacją nie jest opcją. Dlatego miasteczko jest tak mało indyjskie, a tak bardzo tybetańskie. Tybetańczycy prowadzą tu większość guest house’ów i restauracji i praktycznie zdominowali uliczny handel pamiątkami.
Indusów w Daramshala też nie brakuje, ale większość z nich to wczasowicze z Delhi i innych części Indii, uciekający tu przed upałami. Bo Dharamshala o tej porze roku ma wyśmienity klimat. Ciepło, ale nie upalnie (poniżej 30 stopni) i przejściowe, ożeźwiające deszcze. Więc nam też Daramshala przyniosła ulgę.
Dalai Lamy akurat nie było w Daramshala, kiedy my tam byliśmy. Jego obecność pewnie i tak dla nas nie byłaby zauważalna, bo spotkanie tego niezwykłego mnicha nie jest sprawą prostą. Stoi on w końcu na czele rządu (na uchodźstwie), a z głowami rządów tak to już jest, że nie spotyka ich się ot tak sobie.
Pięćdni w Daramshala minęło leniwie na snuciu się po okolicy, czytaniu, wizytacji lokalnych knajpek i na filmach. Co wieczór lokalna organizacja pozarządowa Tibet Hope Center organizowała projekcje filmów o Tybecie. Były głównie dokumenty, ale też trafiło się „Siedem Lat w Tybecie”. Wszystkie filmy niezwykle ciekawe, pokazujące sprawę tybetańską z różnych perspektyw. Dla nas wiele z tego co zobaczyliśmy było nowe. Bo okazało się, że o problemie tybetańskim wiemy niewiele. A to co się dowiedzieliśmy – jak przebiegają negocjacje, jak niszczona jest tybetańska kultura, jak prześladowani są mieszkańcy Lhasy – nie wygląda dobrze. Wygląda wręcz bardzo źle. Trzymamy kciuki za Tybetańczyków i mamy nadzieję, że wytrwają, bo wygranie z chińskim kolosem nie będzie łatwe.

Pod obserwacją

Wydawać by się mogło, że Indie to jedno z ostatnich miejsc, w którym osoba o europejskich rysach jest atrakcją, ale jeszcze nigdy nikt tak się na nas nie gapił jak w Indiach właśnie. Ani lata brytyjskich rządów, ani też miliony odwiedzający ten kraj każdego roku nie wystarczyło, żeby Indusi przyzwyczaili się do widoku „bladych twarzy”.

I to nie jest dyskretne gapienie. To jest gapienie zupełnie otwarte i bezwstydne. Gdy z oddali dostrzeże nas jakiś podlotek, podekscytowany szturcha swoich kolegów i paluchem wskazuje na nas, jakbym ja była co najmniej bollywódzką gwiazdą filmową, a Przemek członkiem drużyny narodowej krykieta. Matki pokazują nas swoim dzieciom jakbyśmy mieli po dwie głowy i niebieską skórę. W autobusie czy pociągu potrafią się na nas gapić bez końca, przy czym zupełnie nie peszy ich, gdy równie głęboko patrzymy im w oczy próbując ich zniechęcić. Odważniejsi podchodzą i proszą o wspólne zdjęcia, ale większość bez pytania wali nam fotki. Ci mniej sympatyczni podgwizdują i rzucają w Hindi jakieś teksty w naszym kierunku. Nie mamy pojęcia jakie, ale z wyrazu ich twarzy i z reakcji kolegów można wnioskować, że nie używają w stosunku do nas języka poetów. Hello mówi co druga mijana osoba. Co trzecia próbuje uścisnąć rękę. Przy pierwszych dziesięciu takich konfrontacjach w danym dniu człowiek reaguje z uśmiechem. Po jakiś dwudziestu zaczyna się czuć zmęczenie. Później jest już tylko irytacja objawiająca się kompletną ignorancją otoczenia. Podejrzewamy, że wielkie gwiazdy kina i muzyki przeżywają coś w tych klimatach tylko jakieś 10 razy bardziej intensywnie. Serdecznie owym gwiazdom współczujemy.

Amritsar

Droga z Jaisalmer do Amritsar była długa i męcząca. Najpierw musieliśmy dojechać do Bikaner drogą wiodącą przez pustynię, więc w rezultacie na miejsce dojechaliśmy dokładnie pokryci piachem. W Bikaner udało nam się kupić ostatnie bilety na podróż do Amritsar, 520km na północ. Mieliśmy jechać wieczorem tego samego dnia. Nocna podróż to nie był szczyt naszych marzeń. Nie po tym jak już dosyć dobrze poznaliśmy zwyczaje drogowe lokalnych kierowców. Zwyczaje owe można posumować stwierdzeniem, że nigdy nie należy rezygnować z okazji do wyprzedzenia pojazdu jadącego przed nami. Kierowcy w Indiach biorą sobie owy zwyczaj bardzo mocno do serca przez co my jeździmy autobusami z sercami w gardle. W Indiach wyprzedza się wszystko i w każdej możliwej sytuacji. Nie ważne, że jest pod górkę i na ostrym zakręcie – przecież jest 50% szansy, że z naprzeciwka nic nie jedzie. A 50% to sporo. Nie ważne, że z naprzeciwka jedzie wielka ciężarówka – przecież na pewno uda nam się wcisnąć na swój pas w ostatniej chwili, unikając zderzenia raptem o kilka centymetrów. Nie ważne też, że jedziemy jako trzeci czy czwarty pojazd w kolumnie wyprzedzającej wolną ciężarówkę i że nie mamy pojęcia czy się wyrobimy. Koniecznie też trzeba unikać łagodnego wyprzedzania po łuku. W Indiach trzeba bardzo szybko podjechać pod samą dupę pojazdu jadącego przed nami, prawie go dotykając i gwałtownie wykonać manewr kierujący nasz pojazd na pas obok. Potem – równie gwałtownie, a najlepiej po kątach prostych – trzeba wrócić na swój pas. Lokalsi jakby zupełnie nie widzą w takiej jeździe dla siebie zagrożenia. Chyba tylko my się stresujemy…

Tak się zdarzyło, że do Amritsar dotarliśmy na weekend, kiedy do miasta zjeżdża nawet 3 razy tylu pielgrzymów co w dni powszednie. A to oznacza nieopisane tłumy. Pielgrzymi to Sikhowie. Przyjeżdżają tu odwiedzić Złotą Świątynię – najświętsze dla nich miejsce. Więc ulice wokół świątyni to nieprzerwana rzeka mężczyzn w charakterystycznych turbanach z długimi brodami, oraz ich rodzin. Sikhowie nigdy nie obcinają włosów ani nie golą bród. Wierzą, że obcinanie włosów to jak obcinanie daru od Boga. Długie włosy zawijają więc w kolorowe turbany. Dorośli mężczyźni noszą turbany sporych rozmiarów, bo i włosów przez lata dużo narosło. Młodzi chłopcy noszą coś co wygląda jak czepek ze sporą kulką z przodu głowy. W kulce włosy.

Sama Złota Świątynia to niewielki budynek pokryty prawdziwym złotem, który jest częścią dużego kompleksu. W jego środku znajduje się ogromny kwadratowy zbiornik z wodą, a Złota Świątynia stoi w owym zbiorniku, połączona ze „stałym lądem” chodnikiem. Pobożni Sikhowie obchodzą zbiornik dookoła po drodze zatrzymując się na rytualne zanurzenie w wodzie, a potem w długiej kolejce czekają na wejście do Złotej Świątyni.