Nepal – informacje praktyczne

Zaległe info praktyczne z Nepalu.

Wiza

Wizę można kupić na lotnisku w Kathmandu oraz na przejściach granicznych. Potrzebny jest wypełniony formularz, jedno zdjęcie i opłata (na lotnisku w Kathamandu przyjmowano dolary amerykańskie, euro, dolary australijskie i kilka innych walut). Wiza na 15 dni kosztuje  US$25, 30 dni to US$40, a 100 dni to US$100.
Wizę można przedłużyć w biurze imigracyjnym (na pewno są one w Kathmandu i Pokharze). Można przedłużyć na minimum 15 dni. Kosztuje to $30. Każdy kolejny dzień powyżej 15 dni to kolejne $2. Nie ma możliwości przedłużyć tylko o 2 czy 5 dni i zapłacić mniej.

Pieniądze i koszty

Walutą jest rupia nepalska. US$1 to na dzień dzisiejszy mniej więcej 73 rupie.

Nepal jest tani. Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły $16 na osobę, w tym wszystkie noclegi, przejazdy, jedzenie, pozwolenia na treking, pamiątki itp itd. Czyli wszystko-wszystko.

Nie ma problemu z dostępem do pieniędzy w Kathmandu i w Pokharze. W dzielnicach turystycznych tych miast jest sporo bankomatów i punktów wymiany pieniędzy. Bankomaty mają zazwyczaj limit jednej wypłaty na poziomie od 10 do 16tys rupii.

Przykładowe ceny:
– pokój 2 osobowy – 250-350 bez łazienki, 400-600 z łazienką, na treku zazwyczaj nie więcej niż 150r
– litrowa butelka wody – 10-20 r
– Cola 0.5l – 40r
– internet za godzinę – od 35 w Kathmandu do 100 w Pokharze i Chitwan
– thali – w knajpie nieturystycznej poniżej 100r, w turystycznej jakieś 120-140r
– momos – 60-100 za porcję w zależności od lokalu
– piwo w knajpie – od 200 r
– piwo w sklepie – 150-180r
– obiad na trasie trekingu wokół Annapurny – 200 do 400r za dania wegetariańskie
– pranie -50-60r za kg

Kathmandu

  • Oficjalna (przedpłacona) taksówka z lotniska na Thamel kosztuje 500r. Poza lotniskiem można wytargować taxi za połowę tej ceny, a nawet za darmo jeśli pozwolimy się zawieźć to „zaprzyjaźnionego” guesthousu.
  • dzielnica turystyczna nazywa się Thamel i składa się z guest housów, restauracji i sklepów wszelkiej maści. Zatrzymaliśmy się w Hotelu Poon Hill (jakieś 30m od Everest Steak House, który zna każdy taksiarz). 450 za dwójkę z łazienką.
  • zaraz obok (po lewej stronie patrząc na rodzaj pasażu, który prowadzi do hotelu), jest mała restauracyjka. Niestety nie pamiętamy nazwy. Jedna z najtańszych na Thamelu, dobre jedzenie. Większość restauracji w okolicy kasuje dodatkowo jakieś haracze typu 10% ‚service charge‚ i jeszcze 13% GST.
  • na obrzeżach Thamelu można zjeść za mniej niż 100r
  • codziennie o 7.00 odjeżdża z Thamelu (spod muru otaczającego ambasadę amerykańską) jakieś 10-15 autobusów do Pokhary. Niby są to autobusy turystyczne, ale 80% pasażerów stanowią lokalsi. Lokalne agencje sprzedają na nie biletu w cenie 400r. Autobusów jest jednak tak dużo, że nie ma sensu kupować biletu wcześniej. Rano można utargować z kierowcą lepszą cenę
  • internet na Thamelu kosztuje od 35 do 60r w zależności od miejsca
  • prądu nie ma co najmniej 5-6h dziennie. W guest housach mają wywieszony grafik z przerwami w dostawie prądu
  • w historyczne miejsca wokół Kathmandu (np. Patan) mozna dojechać tanimi jak barszcz lokalnymi minibusami

Pokhara

  • dzielnica turystyczna nazywa się Lakeside i składa się z guest housów, restauracji i sklepów dla turystów
  • z dworca turystycznego do Lakeside taksiarze zgodnie proszą o 130r. Wystarczy wyjść z placu dworca, by złapać coś za 100 albo i mniej. Można też iść pieszo. Do meeting point w Lakeside jest jakieś 25-30min z buta
  • spaliśmy w Elia Guest House, 330 za dwójkę bez łazienki. Bardzo czysto. Dużo młodych izraelitów, więc nie każdemu miejsce będzie odpowiadać. Żeby tam dojść trzeba skręcić w boczną drogę przy barze 7 Eleven. Hostel jest jakieś 100m od skrętu, po prawej stronie
  • jedzenie w Lakeside jest dosyć drogie, szczególnie w najbardziej ruchliwej części ulicy. Im dalej (w kierunku przeciwnym do zapory) tym taniej. Na krańcach można zjeść za mniej niż 100r
  • internet we wszystkich kafejkach kosztuje tyle samo – 100r za godzinę
  • Visa Extention Office niedaleko Lakeside działa o wiele sprawniej niż ten w Kathmandu i nikt nie próbuje nikogo oszukać (co jest ponoć normą w stolicy). Czynny od niedzieli do piątku od 10 rano. Załatwienie przedłużenia zabierze jakąś godzinę.
  • Pozwolenia na trekingi są wydawane w biurze Annapurna Area Conservation Project niedaleko tamy i dworca turystycznego. Pozwolenie na trek w region Annapunry kosztuje 2000r za osobę. Potrzebne są do niego dwa zdjęcia. Pozwolenie jest wydawane od ręki. Trzeba wyrobić jeszcze drugi permit, coś w rodzaju karty identyfikacyjnej. Kosztuje to $20 (płatne w rupiach po kursie z danego dnia). Także 2 zdjęcia, wydawane od ręki.

Park Narodowy Chitwan

  • autobus turystyczny z Kathmandu do Chitwan kosztuje 300r. Są też autobusy z Pokhary.
  • na miejscu jest sporo guest housów, ale wyraźnie droższych niż w Kathmandu i w Pokharze. Trzeba liczyć jakieś 550-650 za dwójkę z łazienką
  • przez większość dnia nie ma prądu
  • internet 100r/h
  • 4-godzinna wycieczka jeepem po parku kosztuje 800r + 500r za wstęp (za osobę). Są też wycieczki samochodowe 8-godzinne oraz piesze.
  • codziennie około 11.00 można przy rzece zobaczyć kąpiące się słonie. Cena wywoławcza za kąpiel z nimi to 100r za osobę
  • organizowane są przejazdy do granicy z Nepalem

Treking wokół Annapurny

  • mapę treku można kupić za kilkaset rupii w praktycznie każdym sklepie w dzielnicach turystycznych w Pokharze i Kathmandu. Otrzymując pozwolenie na trek dostajemy także małą książeczkę z informacjami o odległościach, różnicach wysokości i czasach marszu pomiędzy kolejnymi wioskami na trasie. Bardzo praktyczne, choć trochę niedokładne
  • Iść można w obu kierunkach. My zaczynaliśmy od strony Bhulbhule, bo to oznaczało trochę krótsze podejście pod przełęcz
  • codziennie o 6.30 z dworca turystycznego w Pokharze odjeżdża autobus do Besisahar (400r). Tam teoretycznie zaczyna się szlak, ale przez pierwsze 16km prowadzi mało interesującą zakurzoną drogą. Więc lepiej wsiąść w kolejny autobus, który zawiezie nas do Bhulbhule. Cena dla turystów 200r (lokalsi płacą 150). Przy odrobinie cierpliwości można utargować niżej.
  • Pomiędzy Bhulbhule a Mandi wioski są od siebie oddalone o nie więcej niż 2 godziny marszu (zazwyczaj jest coś co godzinę, półtora). Dlatego nie trzeba iść według przewodnika LP czy jakiegoś innego, który sugeruje pewne wioski jako punkty noclegowe. Każda wioska ma przynajmniej kilka guesthousów. Standardowo koszt noclegu to 100-150r za dwójkę. Można się dogadać z właścicielami i obiecując im stołowanie się u nich, zejść z ceną pokoju do zera rupii. Wybierając miejsce noclegowe warto dowiedzieć się jak jest z ciepłą wodą. Większość miejsc ma wodę grzaną słońcem. W takich miejscach najlepiej brać prysznic zaraz po dotarciu do nich. Jak tylko zachodzi słońce woda robi się chłodna. Kilka miejsc na trasie miało wodę grzaną gazem. Czasami trzeba za prysznic zapłacić coś ekstra, ale takich miejsc widzieliśmy mało.
  • jedzenie i napoje na trasie są droższe niż na nizinach i ceny rosną wraz z każdą odwiedzaną wioską. Cena posiłku to zazwyczaj 200-300r. Większość posiłków jest bezmięsna. W kilku miejscach mięso jest oferowane, ale takie danie może kosztować o 700r.
  • w każdej wiosce można znaleźć punkt poboru wody, którą lokalsi używają na co dzień. Korzystaliśmy tylko i wyłącznie z takiej wody (bezpłatnie) z dodatkiem tabletek odkażających.
  • w guest housach można kupować wrzątek w termosach. Wrzątek jest zdecydowanie tańszy niż herbata w termosie, więc warto mieć swoje espresówki.
  • na trasie można kupić batony, czekolady, ciastka, piwo, colę. Wszystko oczywiście w odpowiedniej cenie
  • w kilku miejscach była nawet możliwość korzystania z internetu. Ceny z kosmosu (jakieś 2-3r za minutę).
  • na trasie nie ma bankomatów, ale w jednej czy dwóch wioskach były sklepiki, które wydawały pieniądze z kart kredytowych
  • standardowo przejście trasy zabiera jakieś 16 dni. W tym jest jeden dzień postoju w Mandi. Nam przejście zabrało 14 dni, z dniem postoju w Tatopani.
  • wiele osób korzysta z pomocy przewodników i tragarzy. W naszym odczuciu przewodnik jest zupełnie zbędny, bo trasa jest dobrze oznaczona. Bez tragarza też można sobie poradzić (nam i wielu innym ludziom się to udało0. Grunt to nie brać rzeczy zbędnych, a na takim treku prawie wszystko jest zbędne. Nie mieliśmy śpiworów, korzystaliśmy z kołder i koców, które ma każdy guest house. Na sobie mieliśmy spodenki + koszulkę + dobre buty trekingowe + czapkę + kijki. W plecakach dodatkowo była jedna koszulka na zmianę (jedna spokojnie starczy, codziennie robiliśmy pranie), jedna zmiana bielizny, jedna zmiana skarpet, cienka bluza, polar, malutka kurtka przeciwdeszczowa, lekkie ciuchy do spania. Przemek miał dodatkowo polarowe kalesony, które w razie zimna wkładał pod spodenki. Ja miałam na zmianę cienkie długie spodnie. Mieliśmy każdy po parze klapek gumowych, jeden ręcznik na spółkę, podstawowe kosmetyki na spółkę. Aparat. I to wszystko. Wyszło gdzieś po 6kg na osobę i mieściło się w 35-litrowych plecakach.
Reklamy

Z Nepalu do Indii

Podróż z Parku Nardowego Chitwan w Nepalu do Varanasi w Indiach miała być wieloetapowa. Trzeba by najpierw dojechać autobusem do oddalonego o kilka km od granicy miasteczka, tam przesiąść się w rikszę do granicy, prawdopodobnie przespać się w jednym z hosteli, rano przekroczyć granicę, złapać autobus do Gorakhpur, a tam kolejny autobus lub pociąg do Varanasi.
No ale my nie musieliśmy przez to wszystko przechodzić. My podróżujemy z klasą ;)

Będąc w Chitwan i zajadając późne śniadanie w lokalnej knajpce, zauważyliśmy podjeżdżający autokar. Z lustracji napisów na pojeździe wynikało, że autokar jest w Indii. A konkretnie z Varanasi. Z autokaru wysypała się grupa Induskich turystów w średnim wieku. Przemek rzucił myśl, że może by ich zapytać kiedy wracają do Varanasi i czy przypadkiem nie mogliby nas ze sobą zabrać. Mnie wydawało się, że taki plan nie ma szansy powodzenia, ale w sumie spróbować można. Nic to nie kosztuje. Przemek poszedł więc pogadać z kierowcą. Ten po angielsku mówić za bardzo nie potrafił i odesłał go do pilota wycieczki. A pilot wycieczki z uśmiechem na twarzy oznajmił, że nie ma problemu, że możemy jechać. Wyjazd jutro z samego rana. Mieliśmy w Chitwan zostać jeszcze jeden dzień, ale takiej okazji nie można odpuścić, więc obiecaliśmy się stawić o umówionej godzinie.

Rano wszyscy Indusi kręcący się wokół autokaru przyglądali się nam z ciekawością. Zdecydowanie było widać, że pilot wycieczki już zdążył oznajmić jej uczestnikom, że na pokład wchodzą dziś dwie blade twarze. Mieliśmy być atrakcją dalszej części ich podróży. Wycieczka składała się z jakiś 32 turystów i 9 osób obsługi – prawdziwie Induska wydajność :) Był kierowca, pilot, cztery osoby od gotowania, reszta obsługo od Bóg wie czego. Wszyscy bardzo mili i bardzo nas ciekawi.

W autobusie bez przerwy nas czymś częstowano i zasypywano pytaniami. My też pytaliśmy o wiele rzeczy, wiele spraw dotyczących Indii nam wyjaśniono. W porze obiadu wyciągano z autokaru garnki, talerze, kuchenkę gazową i gotowano świeży posiłek. Zostaliśmy nakarmieni i napojeni. Dostaliśmy zaproszenia na odwiedziny. Odbyliśmy długą sesję fotograficzną. A gdy pilotowi wycieczki próbowaliśmy zapłacić za transport i za jedzenie usłyszeliśmy, że żadnych pieniędzy nie przyjmie, że to prezent dla nas od Indii.

I tak dojechaliśmy do Varanasi przez przesiadki i z miłymi wspomnieniami.

IMG_7259

Słoń w kąpieli

Park Narodowy Chitwan, Nepal

Ile może unieść tragarz?

Na trasie wokół Annapurny można spotkać dwa rodzaje tragarzy. Pierwsza kategoria to tragarze wynajęci przez leniwych turystów do noszenia ich plecaków. Ich można zaliczyć do szczęściarzy – na plecach mają zazwyczaj nie więcej niż 30kg ładunku, który taszczą tylko kilka godzin dziennie.

Druga kategoria to tragarze noszący na plecach cargo, czyli zaopatrzenie dla wiosek leżących na trasie. W całkiem sporo miejsc towaru nie da się w żaden sposób przywieść, więc trzeba go przynieść. Tragarze wnoszą więc wszystko co może się przydać mieszkańcom wiosek i turystom – jajka, żywe kurczaki, ryż, ziemniaki, piwo, wodę, colę, słodycze, ale także mydło, kołdry, ubrania, metalowe elementy do konstrukcji mostków, kable itp. itd. Ci niscy i drobni mężczyźni w mocno zużytych klapkach lub ewentualnie tenisówkach co rano wkładają na plecy swoje przeogromne ładunki, które ponoć nie rzadko ważą sporo więcej niż 50kg, i idą powoli krok za krokiem, tak długo jak starcza im siły. Zatrzymują się przy strumykach żeby się napić, odsapnąć przez kilka minut i ruszają dalej. Wieczorem, po wielu godzinach mozolnej wędrówki, zrzucają ładunek i w sekundzie zasypiają w jednym z gueshousów, by następnego dnia znów dalej ruszyć w drogę. I tak aż do celu.

Szacunek dla tych ludzi. Wielki szacunek.

Wokół Annapurny – długa droga w dół i Poon Hill

W górach już tak to jest, że jeśli przez dłuższy czas szło się w górę to prędzej czy później trzeba będzie zacząć iść w dół. Dla nas ten moment to dotarcie na przełęcz. Teraz ma być już głównie na dół i to sporo na dół. Po 3h męczącego wspinania się na 5416m npm czeka nas teraz jakieś 4h drogi na 3880m npm. Czyli 1600m w dół. To dużo. Bardzo dużo. Szczególnie, gdy zejście jest strome. Po 10 minutach takiego marszu wąską i stromą ścieżką człowiek kompletnie zapomina o tym jak jeszcze przed chwilą męczył się w górę. Zejście wydaje się nie mieć końca. Czuć to we wszystkich mięśniach w nogach no i w kolanach. Ale to jedyna droga.

Co celu, czyli do wioski Muktinath (3800m) docieramy po jakiś 4h od zdobycia przełęczy. Nogi bolą bardzo, więc pocieszamy się pierwszą na trasie mięsną potrawą – stekiem z yaka. Potem kręcimy się trochę po miasteczku, które samo w sobie jest bardzo przyjemna. Rano, gdy niebo jest czyste, okazuje się tak, że jest pięknie położone.

Wychodzimy trochę później niż zwykle, bo mamy nadzieję część dzisiejszej trasy przejechać jeepem. Najpierw jednak idziemy pieszo 6km do Kagbeni (2800m). Na trasie żadnych turystów. Mimo że trasa wiedzie drogą, mijają nas tylko dwa samochody. W Kagbeni nikt nie potrafi nam jasno odpowiedzieć skąd i kiedy odjeżdża jeep do oddalonego o 7km Jomsom. Każda osoba ma inną wersję i w końcu po straceniu prawie godziny wracamy na główną drogę i tam udaje nam się złapać transport. Ładujemy się na tylne siedzenie jeepa. Droga jest bardzo kręta i wyboista, tylne drzwi jeepa się nie domykają, więc jedziemy w obłoku kurzu. W Jomsom okazuje się, że autobus na dalszą trasę odjeżdża dopiero za 1.5h, więc z niego rezygnujemy i idziemy pieszo do kolejnej wioski – Marpha.

Marpha jest prześlicznym miejscem, a przy okazji prawdziwym jabłkowym zagłębiem. Tu wyrabia się przepyszny sok jabłkowy, którego kilka butelek od razu wypijamy, jabłkowe czipsy, jabłkowe brandy, ciasto z jabłkami. Jest też rewelacyjny ser z yaka. Jest pysznie.

W guesthousie spotykamy parę emerytowanych Australijczyków, którzy po Nepalu trekują od 64 dni. Od nich też po raz pierwszy słyszymy o planowanym na za kilka dni strajku generalnym.

Następmny dzień jest od rana pochmurny, więc widoki żadne, ale za to idzie się szybko i bez zmęczenia. Docieramy Kalopani (2535m) i zatrzymujemy się w Annapurna Coffee Shop. Słyszeliśmy o tym miejscu z dwóch źródeł, trzeba więc było sprawdzić o co tyle hałasu. No i okazało się, że jeśli jest na trasie treku wokół Annapurny jedno miejsce, w którym koniecznie trzeba się zatrzymać to jest to właśnie Annapurna Coffee Shop w Kalopani. Przede wszystkim ze względu na przepyszne jedzenie. Strogonof z baraniny, curry i grillowany kurczak nie były tanie, ale po tylu dniach wędrówki należała nam się odrobina przyjemności kulinarnych. A jakość jedzenia była nie to pobicia. Jedliśmy z uśmiechem na twarzy. Do tego dochodzą królewskie wręcz warunki mieszkaniowe. Wzięliśmy pokoje w wersji delux – wielkie łóżka z niesamowicie wygodnymi materacami i własna łazienka. Wykafelkowana! To się na trasie nie zdarza często. I to wszystko za 12zł. Biorąc pod uwagę, że do tej pory płaciliśmy za noclegi na treku 0zł lub ewentualnie 4zł, to 12 zł brzmi jak rozpusta. I tak właśnie czuliśmy się w Kagbeni :)

Następny dzień to 1 mają, czyli oficjalnie pierwszy dzień strajku. Chcieliśmy do Tatopani (20km od Kalopani) pojechać autobusem, ale te prawdopodobnie dziś z powodu strajku jeździć nie będą. Idziemy więc pieszo. Po kilku godzinach mija nas jednak autobus, ale jest pełny, więc nie pozostaje nam nic innego jak dalej iść.

W Tatopani straszny upał. Jesteśmy już na 1200m, więc o przyjemnych temperaturach można zapomnieć. Jest ze 30 stopni. W Tatopani jedną z atrakcji są gorące źródła, ale przy takiej temperaturze moczenie się w gorącej wodzie to bardziej jak kara, anie przyjemność.

Tatopani leży na 183-kilometrze trekingu. Dalej trzeba wspinać się pod górę na Poon Hill (3200m), albo można wracać autobusem do Pokhary. Dochodzimy do wniosku, że chodzenia już nam starczy, więc rano idziemy czekać na autobus. Czekamy i czekamy, a autobusu nie ma. W końcu ktoś nam mówi, że dziś strajk ruszył na dobre i że na pewno nie będzie żadnego transportu. Czyli wychodzi, że idziemy jednak na Poon Hill. Jest koło 9.00, a więc jest już ciepło, a przed nami mozolna wspinaczka. Przy wyjściu z wioski stoi duży kamień. Z jednej strony namalowana strzałka i słowo „way to Beni”. Z drugiej strony także strzałka i nieczytelny napis. Do Beni iść nie chcemy, więc wychodzimy z założenia, że droga na Poon Hill jest tam, gdzie pokazuje druga strzałka. Idziemy więc pod górę, ale po jakiś 30min stwierdzamy, że nie chce nam się iść w takim upale. Wracamy więc do Tatopani i robimy sobie wolny dzień. Jutro pójdziemy dalej.

Następnego dnia ruszamy o 6.00. Idziemy tą samą drogą, którą zaczęliśmy się wspinać wczoraj. Trasa to strome kamienne stopnie. Dziwi nas tylko, że nie ma na trasie żadnych innych turystów. Ale idziemy dalej. Po ponad godzinie marszu w górę ścieżka wchodzi na pola kukurydzy i kończy się. Nie bardzo wiemy gdzie dalej. Widzimy niedaleko jakiegoś faceta, który informuje nas, że to nie droga na Poon Hill, że trzeba się cofnąć. Ale jak daleko, pytamy? Na sam dół, odpowiada. Okazuje się, że wchodzimy na nie tą górę co trzeba…. Szlag nas trafia na miejscu. Jesteśmy wściekli na siebie za głupie założenie, że idziemy dobrą drogą. Założyć się możemy, że jesteśmy jedynymi ludźmi w historii Nepalu, którzy pomylili górę i zorientowali się o tym dopiero po prawie 1.5h…. Całe szczęście, że ścieżka się skończyła, bo gdyby nie to, to pewnie szlibyśmy dalej i Bóg wie, gdzie byśmy doszli… Nie wiadomo czy śmiać się z siebie czy płakać. Na początku się wkurzamy, ale szybko zaczynamy się z sami z siebie nabijać.

Szybko schodzimy w dół i po dwóch godzinach od wyjścia z Tatopani znów jesteśmy we wiosce. Mamy już w nogach w sumie 2 godziny marszu, a dystans na Poon Hill nie zmniejszył się ani o sto metrów…Szybko znajdujemy właściwą drogę, która oczywiście jest zaraz za zakrętem i zaczynamy kolejne już dziś wejście do góry. Chcieliśmy dziś dojść do Ghorepani (2870m), ale w związku z zaistniałą durną sytuacją chyba nie damy rady. W dodatku bardzo wcześnie, bo po 11.00 zaczyna mocno padać i wygląda na to, że utkniemy we wiosce jakieś 7km od Ghorepani. Chyba jednak natura chce nam trochę pomóc, bo przestaje padać, niebo się rozchmurza i wygląda na to, że deszczu już więcej nie będzie. No i jakimś cudem starcza nam sił i docieramy do Ghorepani. W sumie 8h marszu, wliczając w to te nieszczęsne wejście na niewłaściwą górę….

W Ghorepani bierzemy pokój na ostatnim piętrze guesthousy z oknami na trzech z czterech ścian. Bo widoki są tu przepiękne, i chcemy to wykorzystać. Z jednego okna widać Annapurnę (10-ta najwyższa góra świata) i Annapurnę South, z drugiego Dhaulagiri (7-ma na świecie).

Jeszcze lepsze widoki są z Poon Hill. Oczywiście tylko w Nepalu miejsce, które leży na wysokości 3200m npm może nazywać się wzgórzem :)

A widoki z Poon Hill są takie:

A potem było koszmarne zejście w dół. Jedni mówią, że kamiennych stopni prowadzących z Ghorepani do Birethani jest 1800, inni, że 1300. Nasza mapa mówi, że ponad 3000. Bez względu na to, kto ma rację było tych schodów zdecydowanie za dużo. Bolały kolana, łydki, kostki, palce w stopach. Na miejsce dotarliśmy bardzo zmęczeni, ale i szczęśliwi, że dotarliśmy do końca trasy.

Trek był fantastyczny. To jedna z najlepszych rzeczy jaką zrobiliśmy w tej podróży.

Wokół Annapurny – w drodze na przełęcz

Piątego dnia treku dochodzimy do Manang (3540m npm). To ostatnia wioska z prawdziwego zdarzenia przed przełęczą. Dalej będę już tylko pojedyncze guesthousy. Manang jest przeuroczym miejscem, cudownie położonym i bardzo klimatycznym. Trafiamy tu dosyć wcześnie, bo koło południa. Do tej pory codziennie wczesnym popołudniem zbierały się chmury i padał deszcz, ale wygląda na to, że Manang jest już na tyle wysoko, że deszcz tego miejsca nie dotyczy. Większość ludzi robi sobie w Manang jednodniowy postój aklimatyzacyjny. Też mieliśmy to w planie, ale na miejscu okazuje się, że czujemy się bardzo dobrze (może zahartowało nas długie przebywanie na dużych wysokościach w Ameryce Południowej?) i następnego dnia chyba jednak pójdziemy dalej.

Pokój z tarasem w Manang

Popołudnie przeznaczamy na rekonesans po okolicy. Idziemy na pobliskie jeziorko stworzone z topiącego się lodowca, a potem trochę snujemy się po wiosce. Dwie małe dziewczynki z zapałem bawią się naszymi kijkami i chętnie pozują do zdjęć.

Rano ruszamy w kierunku oddalonego o 3.5h marszu Yak Kharka (4050m npm). Powoli zaczyna być czuć, że powietrze jest tu trochę rzadsze, bo szybciej się męczymy. Trasa przepiękna, więc robimy zdjęcia jak japońscy turyści. Jest wcześnie więc można by spokojnie iść dalej, ale mamy czas i zostajemy tu na noc.

W nocy było tak zimno, że zamarzła woda w umywalce. Także w miejscu pobierania czystej wody spływającej z gór wisi z gumowego węża sopel lodu. Ubieramy się więc ciepło i ruszamy w dalszą trasę. Z czasem robi się coraz cieplej i jeszcze piękniej. Po 3h męczących godzinach dochodzimy do Thorang Pedi (4450m npm). Większość ludzi stąd następnego dnia atakuje przełęcz. Jest bardzo wcześnie, koło 10.00, a my czujemy się dobrze. Więc decydujemy, że po godzinnym odpoczynku spróbujemy wejść do High Camp (4850m npm), ostatniego schroniska przed przełęczą. Jest ryzyko, że tak szybka zmiana wysokości nam to zaszkodzi, ale jeśli tak się stanie to wrócimy niżej. Dojście do High Camp zaoszczędzi nam przynajmniej godzinę marszu kolejnego dnia, który będzie długi i męczący.

Okazuje się, że ten krótki etap treku jest jak na razie najtrudniejszy. Odległość nie jest duża, ale jest stromo, a to bardzo męczy przy rozrzedzonym powietrzu. Kilkanaście wolnych kroków i przerwa. I tak w kółko. Na górze trochę boli głowa, ale nie jest to nic czego nie dałoby się wytrzymać. Dostajemy byle jaki pokój, w dodatku jak na razie najdroższy na trasie, ale że schronisko jest tylko jedno, a ludzi w nim sporo, nie ma za bardzo wyboru. Idziemy na punkt widokowy, z którego roztaczają się piękne krajobrazy. Po południu raczymy się herbatą z liści koki, której zostało nam trochę z Boliwii. Pijemy ją od kilku dni. W Ekwadorze, Peru i Boliwii pije się ją, aby zapobiec chorobie wysokościowej.

Następnego ranka pobudka o 4.30. Planujemy wyjść koło 5.30. Wiele osób wyszło już o 4.00, ale nam nie chce się iść po ciemku. Jemy śniadanie i ruszamy, gdy zaczyna świtać. Do przełęczy jakieś 3h marszu pod górkę. Jest bardzo zimno, ale że idziemy dosyć wolno to jakoś trudno się rozgrzać. Mijamy kilka osób i na długi czas przed nami ani za nami nie ma nikogo. Jest idealnie błękitne niebo. Żadnego wiatru. Żadnych zwierząt. Absolutna cisza. Niesamowite. Marsz jest męczący. Co kilkanaście kroków trzeba przystanąć, żeby złapać oddech.

W końcu widzimy kolorowe buddyjskie flagi, które oznaczają cel. Dotarliśmy na 5416m npm na przełęcz Thorung, kulminacyjnego punktu całego treku! Tak wysoko nas jeszcze nie było. Jest zimno, my zmęczeni, ale także radośni. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i po kilku minutach ruszamy dalej. Tym razem w dół, o czym napiszemy niedługo.

IMG_6750

Wokół Annapurny – pierwsze dni

Miejsce, w którym rozpoczyna się trasa trekingu wokół Annapurny leży jakieś 4h jazdy autobusem od Pokhary. Autobus, zwany turystycznym, zabiera po drodze tylu lokalsów ilu da się upchać do środka i kasuje ich za to połowę tego co płacą turyści. Taki urok Nepalu (i nie tylko) i niewiele da się z tym zrobić.
Do Besisahar, czyli na miejsce, docieramy po niecałych 5h, w tym przerwa na podrasowanie resorów rozpadającego się autobusu. Szybka rejestracja w pierwszym punkcie kontrolnym i sru na koniec wsi na autobus do Bhulbhule. Do przejechania jakieś 16km. Można by iść, ale nie za bardzo ma to sens, bo to w końcu 16km po zakurzonej drodze z w sumie żadnymi widokami. Droga między Besisahar i Bhulbhule na długo pozostanie nam w pamięci. Czegoś tak dziurawego, nierównego i wyboistego chyba wcześniej nie widzieliśmy. Autobus podskakiwał non stop, a my razem z nim. Na jednym z siedzeń usiadła kobieta z małą dziewczynką w chuście na plecach. Usiadła, ale nie zaprzątała sobie głowy faktem, że może mała, wciśnięta między plecy mamy i siedzenie, jest przy każdym podskoku autobusu, czyli stale, zgniatana.
W Bhulbhule wysiadka i w drogę. Do pierwszej wsi, Ngadi, dochodzimy w 50 minut. Jest koszmarnie gorąco, 30 stopni, albo i lepiej, i w tą niecałą godzinę wypijamy cały zapas wody. Zamiar mieliśmy taki, aby w Ngadi tylko chwilę odsapnąć i iść dalej do oddalonej o niecałe 2h wioski Bahundanda. Niestety nic z tego, bo niebo w ciągu kilku chwil robi się czarne od ciężkich, burzowych chmur, i chwilę potem zaczyna padać. Najpierw tylko kropi, ale z każdą chwilą deszcz jest coraz silniejszy. W pewnym momencie ulewa jest tak mocna, że ma się wrażenie, że woda spływa z nieba jednym wielkim strumieniem. Do tego zaczyna padać grad. Najpierw niewielki, ale w końcu z nieba zaczynają z siłą spadać na ziemię lodowe kulki o średnicy jakiś 2cm.
Zapada zmrok i mimo, że nie ma jeszcze 20.00, idziemy spać. Ulewa jest tak mocna, że deszcz padający na blaszany dach kompletnie zagłusza wszystko inne. Żeby usłyszeć się nawzajem trzeba krzyczeć.

Następnego dnia wyruszamy o 7.00, żeby uniknąć słońca. Ta taktyka sprawdza się tylko do 10.00. Potem jest przeraźliwie gorąco. Zero cienia, zero wiatru. I do tego oczywiście po górkę. Widoki na razie niespecjalne, ale za to ludzie w mijanych wioskach (szczególnie dzieciaki) chętnie pozują do zdjęć.

Tego dnia dochodzimy do Chamche (1385m npm). Pożywiamy się lokalną formą pizzy robionej na chlebie chapati, na pizzy kapusta, marchewka, tuńczyk. Straszne dziwactwo, ale po kilkugodzinnym wysiłku smakuje wyśmienicie.

Zmieniami strategię i następnego dnia wychodzimy o 6.00. Mimo wczesnej pory jest ciepło i parno, ale przynajmniej nie ma jeszcze słońca. Pierwsze 2h to mozolna wspinaczka pod górę po kamiennych stopniach. Potem trafiamy na długą karawanę mułów i dobre 30min zabiera nam, żeby je wszystkie wyprzedzić na wąskiej ścieżce. A potem kończy się droga, a zaczyna ogromne obsuwisko ziemi i kamieni, które trzeba przejść. Obsuwiko musi tu być już trochę czsu, bo wydeptano przez nie ścieżkę. Miejscami trzeba się wspiąć na stromy głaz, ale dajemy radę przejść. Nocujemy w Danaqyu (2200m npm). Wieczorem znów chmury i deszcz.

Następnego ranka cudowna pogoda. Idealnie czyste niebo, w końcu widać pierwsze szczyty. Zaczynamy czuć, że jesteśmy w górach. Wyszliśmy bez śniadania, bo o 6.00 jakoś nie chce się jeść. Planujemy zjeść w następnej wiosce, ale nie przypada nam ona do gustu, więc idziemy i idziemy, aż dopiero po4h znajdujemy jako takie miejsce na posiłek w Chame. Chame to ciekawe miejsce. 2710m npm, daleko od najbliżej drogi dojazdowej, ale są dwie kafejki internetowe, nie ma bankomatu, ale za to można w kilku sklepach z artykułami różnymi (od mydła poprzez skarpety i makaron, a na żarówkach i podrabianych North Face skończywszy) wyciąnąć kasę z karty kredytowej.

Dziś na szczęście nie jest już tak gorąco i idzie się o wiele lepiej. W pewnym momencie robi się dosyć zimno i na jakieś 30min przed dotarciem do dzisiejszego celu – Pisang (3250m npm) – zaczyna lać deszcz. Pada niedługo, ale po deszczu jest tak koszmarnie zimno, że cały wieczór spędzamy przy kominku w jadalni. Do łóżka jak zwykle z kurami, czyli o zmroku. Pokoje są oddzielone ściankami z desek, więc słychać każde pierdnięcie i kaszlnięcie u sąsiadów. Średnio to komfortowe, ale pokój mamy za darmo (za obietnicę stołowania się w owym przybytku), więc nie ma co narzekać.

Rano strasznie zimno. W ruch idą rękawiczki, czapka, wiatrówka. Widok z guesthousu piękny. Kawałek za wioską widać szczyt Annapurny Południowej. Dziś już w 100% czujemy, że jesteśmy w Himalajach.

W pewnym momencie dochodzimy do miejsce z którego roztacza się widok na przepiękną dolinę. Cudo. Trzeba przez nią przejść, żeby dojść do Manang, ostatniej prawdziwej wioski przed punktem kulimacyjnym treku, czyli przed przejściem przez przełęcz Thorung Pass. Ale o tym w następnym odcinku.