Zhongdian aka Shangri-la

Nie wiem jak Wam, ale nam nazwa Shangri-la zawsze wydawała się magiczna. Niewielkie miasteczko przy tybetańskiej granicy to było wielkie marzenie. No i nie po raz pierwszy okazało się, że magiczna nazwa niczego nie gwarantuje. Bo miasto tak naprawdę nazywa się Zhongdian. Na pomysł dodania mu drugiej nazwy wpadł oczywiście chiński rząd, a wszystko po to, żeby przyciągnąć tam turystów. Chiński rząd promuje Shangri-la jako Tybet poza Tybetem i liczy na to, że turysta wybierze Shangri-la, do którego dojechać można łatwo i bez żadnych pozwoleń, zamiast jechać do Tybetu.

Zhongdian nie zrobiło na nas wielkiego wrażenie. Miasto wygląda tak, jakby jego budowę zkończono przedwczoraj. Nawet tzw. Stare Miasto nie jest stare, a tylko na takie stylizowane. Generalnie wygląda to wszystko dosyć sztucznie. Jedynym autentycznie wyglądającym elementem miasta są jego mieszkańcy – większość z nich to etnicznie tybetańczycy. Noszą świetne kolorowe, tradycyjne ciuchy i wyglądają zupełnie inaczej niż Chińczycy.

Miasteczko nas nie zachwyciło, więc wybraliśmy się położonego niedaleko wielkiego tybetańskiego klasztoru. Wsiedliśmy w autobus, który miał nas dowieźć pod same drzwi budowli, jednak kierowca kazał nam wysiąść przy jakimś wielkim budynku, ktrory za nic nie chciał wyglądać jak kilkuset letni klasztor. Wchodzimy do środka no i okazuje się, że to coś na kształ kasy biletowej. Idziemy więc kupić bilet, który według przewodnika miał kosztować 30Y, a tu się okazuje, że cena skoczyła do góry 3 razy! Potem dowiadujemy się od Włocha prowadzącego w centrum pizzerię z najlepszą pizzą jaką jedliśmy w Azji, że to zabieg mający na celu zniechęcenie jak największej liczby turystów do odwiedzenia klasztoru. Chiński rząd nie próżnuje…

IMG_6965

IMG_7016

IMG_7026

IMG_7035

IMG_7070

IMG_7092

Wąwóz Skaczącego Tygrysa

No i niestety to co podejrzewałam od dłuższego czasu okazało się być faktem. Jestem kompletnie bez formy. Przemek nieźle daje radę, ale ja ledwie zipię, gdy tylko trzeba wejść pod jakąś górkę. Te pół roku raczej intensywnego obijania dało się we znaki. Ostatni sport jaki uprawialiśmy to było wnoszenie plecaków na czwarte czy piąte piętra hoteli w Wietnamie (tam mają dosyć wysokie hotele i prawie zawsze bez wind). Poza tym sportu zero. Przemek przed wyjazdem był regularnym gościem na siłowni. Ja w tym samym czasie zazwyczaj zajmowałam się grzaniem miejsca na kanapie w domu. No i teraz to wychodzi.

Początek treku w Wąwozie Skaczącego Tygrysa nie był w sumie ciężki, ale co z tego. Mnie teraz nie trzeba dużo. Wystarczy kilka procent nachylenia terenu żebym miała po chwili małą zadyszkę. Przemek gnał przed siebie i co chwila zatrzymywał się, żeby na mnie czekać, a ja wlokłam się jakbym była w wieku co najmniej emerytalnym.

Początkowo widokowo było dosyć przeciętny, ale im bardziej oddalaliśmy się o cywilizacji tym było lepiej. Tylko, że prawie cały czas pod górkę. I tak miało być podobno przez cały pierwszy dzień. Już na samym początku dołączył do nas lokals z koniem licząc na to, że w końcu padnę na pysk i wynajmę zwierza. Ja jednak twardo się trzymałam i szłam przed siebie. Po godzinie marszu wpadłam w rytm i już nie szło się tak ciężko. Widoki zaczęły się robić bardzo przyjemne, wokół cisza i spokój, ludzi tyle co nic. W oddali co jakiś czas zza chmur wyłaniały się pokryte resztkami śniegu szczyty dwóch pięciotysięczników.

Do guesthousu, w którym planowaliśmy spędzić noc, dotarliśmy po 4 i pół godzinach. To dokładnie tyle ile podają przewodniki i mapy, więc w zasadzie można przyjąć, że ta moja forma nie jest aż taka najgorsza, skoro zmieściłam się w standardzie. No albo standardy są pod emerytów… Albo pod chińskich turystów…

Przespaliśmy się i z samego rana ruszyliśmy dalej. Tym razem trasa była płaska, albo dosyć stromo schodziła w dół. I już człowiek nie wie czy woli się wspinać czy złazić. Bo na dobrą sprawę to schodzenie jest o wiele bardziej niewygodne niż wchodzenie, a już na pewno o wiele bardziej niebezpieczne. Ale przynajmniej zadyszki nie ma.

Pięciotysięczniki pojawiały się coraz rzadziej, bo i chmur było więcej niż dzień wcześniej. Na szczęście mieliśmy za kilka dni zobaczyć tak wysokie góry jeszcze kilka razy. Do końca trasy doszliśmy w jakieś cztery godziny. No i pojawił się problem powrotu do miasteczka. W miejscu, gdzie oddaliśmy na przechowanie bagaże powiedziano nam, żeby łapać na stopa przejeżdżające samochody. Rada może i dobra, pod warunkiem, że jakieś pojazdy rzeczywiście przejeżdżają. A tu nic. Kopletne zero. Pierwszy samochód pojawił się po jakiś 20 minutach, ale przyjechał nie z tego kierunku, o któy nam chodziło. Więc szliśmy sobie krok za krokiem, aż w końcu na horyzoncie pojazwił się autobus. W drodze powrotnej do miasteczka minęliśmy przynajmniej ze 30 autokarów pełnych chińczyków – ich sposób na oglądanie wąwozu to autokar z klimą, podziwianie widoków przez okno, 20 minu przerwy na sesje zdjęciową. Made in China.

IMG_6778

IMG_6855

IMG_6857

IMG_6906

IMG_6914

Pół roku

W sumie trudno powiedzieć, czy te pół roku w poróży minęło nam szybko czy wolno. Nowa Zelandia – pierwszy kraj na naszej trasie – wydaje się być bardzo odległa, ale równocześnie wiemy, że jeśli wszystko pójdzie według jakiegoś tam ogólnie zarysowanego planu, to za jakieś osiem miesięcy będzie po wszystkim (chyba, że nastąpi cudowne rozmnożenie funduszy). Nawet nie chcemy o tym myśleć.

W międzyczasie cieszymy się każdą chwilą wolności. A czujemy się naprawdę wolni. Wszystko możemy, a nic nie musimy. Ta podróż to chyba najlepsza rzecz jaka nam się w życiu przytrafiła. Człowiek uczy się w te kilka miesięcy więcej o świecie niż przez 12 lat lekcji geografii w szkole podstawowej i średniej. Dociera do nas, że świat jest tak niesamowicie różnorodny, że trudno to ogarnąć. Uczymy się cierpliwości i szacunku dla innych. Okazuje się, że nasz sposób na codzienne zmaganie się z rzeczywistością nie jest jedynym słusznym. Żadna książka, interent, atlas tego nie zastąpią. Najlepsza lakcja życia.

O tym, że Ziemia to piękna planeta wiedzieliśmy zawsze, a teraz możemy zobaczyć to na własne oczy. Różnorodność krajobrazów powala na kolana. Człowiek nigdy nie czuje się nasycony i chce jeszcze więcej.

Chyba już nigdy nie będzie tak jak wcześniej. Podróż i poznawanie przez nią świata to najlepsza rzecz jaką człowiek może zrobić ze swoim (wolnym) czasem i z pieniędzmi.

Nie żałujemy, że sprzedaliśmy wszystko i pożegnaliśmy na jakiś czas tzw. karierę. Wręcz przeciwnie. Będziemy sobie wdzięczni do końca życia, że wytrwaliśmy w decyzji i wyjechaliśmy.

Jest dobrze. Bardzo dobrze.

Lijiang

Nie wiem kiedy ostatni raz widzieliśmy takie zagęszczenie turystów. Pewnie nie było ich aż tak strasznie dużo w sensie liczebnym, ale że stare miasto w Lijiang jest nie za duże, a jego uliczki bardzo wąskie, to miało się wrażenie jakby się szło od praskiego rynku w stronę mostu Karola. Ci co byli w Pradze wiedzą o co chodzi. Samo miasteczko zachwyca. Wszystko wygląda jakby żywcem wyjęte z planu jakiegoś filmu. Snuliśmy się tymi wąskimi uliczkami przez kilka dni pełni zachwytu.

Znaleźliśmy fajny chiński hotelik zaraz przy ryneczku. Klimatyczny pokój, utargowana niezła cena, do tego ta centralna lokalizacja – wydawało się, że trafiliśmy w dziesiątkę. Szczęście trwało gdzieś do godziny 19.00. Wtedy to, jak na zawołanie, we wszystkich okolicznych knajpach włączono na cały regulator sprzęt grający, na mini-sceny wskoczyli pseudo atyści o bardzo wątpliwych umiejętnościach wokalnych, a chińscy turyści ruszyli w tan. I tak do północy. Co wieczór.

Słówko o turystach w Chinach. Ma się wrażenie, że 99.9% z nich to Chińczycy. Blade twarze spotyka się w tłumie bardzo rzadko. Bardzo nas zaskoczyła ta liczba lokalnych turystów. To w sumie dobrze, że Chińczycy tak gromnie podróżują po swoim kraju. Niestety prawie zawsze podróżują w grupach. Niestety, bo przez to trzeba się co chwilę przedzierać przez ich skupiska. Od razu widać kto jest w jakiej grupie, bo zazwyczaj grupa taka ma przypisane jakieś śmieszne czapki z daszkiem, albo plakietki, które wszyscy jej członkowie karnie noszą. A z przodu przewodnik z chorągiewką, i prawie zawsze z megafotem. Cyrk na kółkach. Grupa zatrzymuje się dosłownie na każdym kroku na kolejną sesję zdjęciową. Trwa to wszystko wieki. Każdy robi sobie zdjęcie z każdym, na tle dosłownie wszystkiego. Oczywiście gest „ok” albo „victory” obowiązkowy przy zdjęciu.

IMG_6656

IMG_6658

IMG_6670

IMG_6717

IMG_6720

IMG_6731

IMG_6756

Dali

Z Yuanyang do pojechaliśmy do Kunming, gdzie staliśmy się świadkami chińskiego cudu. Otóż udało nam się to, o czym przewodniki piszą, że jest niemożliwe. A mianowicie kupiliśmy bilety na pociąg, na twardą kuszetkę, na odjazd za raptem 4 godziny. Później okazało się, że to było wydarzenie jednorazowe.

Stare Dali to prawie dokładnie takie Chiny o jakich marzyliśmy. Jedyne co trochę psuło klimat były tłumy chińskich turystów. Niskie, stare chińskie domki z charakterystycznymi dachami. Przed budynkami chińskie czerwone latarnie (bez skojarzeń proszę!). Kryte kamieniami wąskie drogi, a wzdłuż nich sklepiki wszelkiej maści. Pięknie.

Postanowiliśmy olać hostele dla backpackerów i ulokowaliśmy się w małym hoteliku prowadzonym przez chińską rodzinę. Hotelik – bardzo ok. Znajomość angielskiego przez obsługę – bardzo nie ok. W zasadzie zero. Nasz chiński ogranicza się do ni hao (witam, dzień dobry), xie xie (dziękuję) i wo bu cy tao (nie rozumiem). Zainwestowaliśmy więc w rozmówki, bo wyglądało nam to, że bez nich w tym kraju będzie ciężko. Pokazujemy właścicielowi hotelu w słowniczku dołączonym do rozmówek słowo „ręcznik” (żeby nam dali do pokoju), a on zaczyna coś nam tłumaczyć, po mandaryńsku oczywiście. Można wo bu cy tao w kółko powtarzać, a chińczycy i tak cały czas po swojemu.

Tak samo jest jak się o coś człowiek pyta na ulicy. Na przykład idziemy szukać pralni. Pokazujemy w słowniczku słowo pralnia, a pytana osoba zaczyna nawijać. Przy użyciu rąk sugerujemy, żeby nam kierunek wskazać, a nie o nim tylko mówić, ale jakoś nie trafia.

Tak więc mamy mocne postanowienie, że przed następną wizytą w Chinach (a na pewno będzie następna, bo tyle tu do zobaczenia), weźmiemy kilka lekcji mandaryńskiego. Tak, żeby się nauczyć prostych pytań, liczebników itp. Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyśleliśmy.

IMG_6549

IMG_6576

IMG_6496

IMG_6588

IMG_6602

IMG_6622

IMG_6626

Toaleta bardzo publiczna

W życiu zdarzają się chwile lepsze i chwile gorsze, i ta sama zasada ma odniesienie do podróży. Nam póki co udawało się unikać tych gorszych, ale od czasu przyjazdu do Chin staje się to coraz trudniejsze. Na dobrą sprawę określenie „gorsze chwile” nie do końca się sprawdza. Chyba bardziej na miejscu będzie określenie „trauma”. Traume zapewniają nam chińskie toalety publiczne, szczególnie te na dworcach autobusowych i przy drogach. Problem wcale nie polega na tym, że toalety są na tzw. narciarza. Do narciarza jesteśmy już zupełnie przyzwyczajeni. Ba, po prawie sześciu miesiącach pobytu w Azji nauczyliśmy się nawet doceniać zalety narciarza i na chwilę obecną narciarza preferujemy. Tu problem polega na czymś innym. Po pierwsze jest kwestia – nazwijmy to – prywatności. No bo w typowej chińskiej toalecie kabiny nie mają drzwi. Po prostu w podłodze zrobione jest swego rodzaju korytko na długość pomieszczenia, a pomnieszczenie podzielone jest na kilka części ścianką o wysokości nie więcej niż metr. Tak więc wchodząc do toalety wita nas widok gołych tyłków. Chińczycy są do tych warunków przyzwyczajeni i nie mają żadnych zahamowań. Po prostu wchodzą, ściągają co mają i robią co muszą. Jednak gdy w chińskiej toalecie nagle pojawia się  blady tyłek, to ten blady tyłek bardzo się wyróżnia na tle żółtych tyłków i przez to wzbudza spore zainteresowanie. A za tym idzie obserwacja. Przypominam, że drzwi brak. I jak tu się do jasnej anielki za przeproszeniem wypróżnić?

Brak drzwi trudno zrozumieć. Być może to kwestia oszczędności, choć chyba nie, bo skoro Chińczyków stać było na organizację najdroższej olimpiady w historii to raczej kwestia montowania drzwi w toaletach nie powinna narazić budżetu państwa na problemy. Więc może chodzi o kontrolę? W końcu w Chinach uwielbiają wszystko kontrolować. Może uważają, że odrobina prywatności w toalecie zaszkodziła by ogólnonarodowej dyscyplinie? Kto wie.

Jest jeszcze jedna sprawa. Gdyby chodziło tylko o brak drzwi to trauma byłaby pewnie jednorazowa. A ona jednak się powtarza za sprawą tzw. higieny. Słowo toaleta zawsze kojarzyło mi się z czystością, więc używanie go w kontekście chińskim jest trochę przesadzone. Tu użyć można tylko słowa kibel, albo jeszcze mniej eleganckiego na s….. No bo toalety są najnormalniej w świecie zasrane. Większość wygląda jakby szmaty, miotły i wody nie widziały od czasów Mao Tse- Tunga. Tą teorię udowadnia intensywna woń, którą nazwać można tylko smrodem. Więc wizyty swoje w tych dobytkach staramy się ograniczać do minimum, a gdy już nie da się ich ominąć to w ruch idą maski na twarz, których używamy jeżdżąc na motorze (żeby nam się kurz nie sypał do buzi). A zasada numer jeden brzmi: nigdy nie patrzy w dół, bo wtedy nawet maska może ci nie pomóc.

IMG_7461

Yuanyang

Szlag człowieka czasem trafia. No bo planuje się coś, ba – ma się jakieś tam marzenie, a potem się okazuje, że nici z niego. Tak było z tarasami ryżowymi w Yuanyang, na południu chińskiej prowincji Yunnan. Tłukliśmy się tam spod granicy z Wietnamem nie aż tak długo – raptem 7 godzin, ale co z tego skoro za kierowcę autobusu mieliśmy idiotę, który po koszmarnie dziurawej i wąskiej drodze mknął jakby to była niemiecka autostrada. Trochę się uspokoił po tym, jak uderzając w autobus  przed nami rozbił przednią szybę (nikomu nic się nie stało, bo akurat był korek i jechaliśmy bardzo wolno).
Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem i od razu popełniliśmy błąd taktyczny – oglądanie tarasów odłożyliśmny na następny dzień. A następnego dnia obudziliśmy się z głową w chmurach. Dosłownie. Było bialutko. Widoczność nie większa niż 20m. Co się na moment rozjaśniało to za chwilę przychodziła kolejna chmura. I tak cały dzień. Z tarasów ryżowych nici. Może następnym razem.

IMG_6473

IMG_6449

Napisali o nas

Napisali o nas w dzienniku Rzeczpospolita. Wiedzieliśmy, że sława w końcu kiedyś nadejdzie hehe :)

Wietnam – informacje praktyczne

Wiza

Nie ma możliwości uzyskania wizy na granicy. My ubiegaliśmy się o wizę w ambasadzie w Phnom Penh. Wiza była gotowa tego samego dnia. Kosztowała $35.

Pieniądze i koszty

Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły $46 za dwie osoby, w tym wypasiona wycieczka do Halong Bay. Przy czym zaznaczyć trzeba, że Wietnam oferuje świetny stosunek ceny do jakości. Nigdzie w Azji Płd-Wsch. nie podróżowaliśmy w takim komforcie za niezłą cenę. Normą są pokoje za $10 z klimatyzacją, łązienką z ciepłą wodą, tv z kablówką i bezprzewodowym internetem (lub bezpłatnym netem w recepcji). W Tajlandii za taki pokój trzebaby zapłacić jakieś $20.
Transport autobusowy kosztuje około $1 za godzinę jazdy.

Walutą obowiązującą w Wietnamie jest dong. $1 = oficjalnie 17800 dongów.
Ceny hoteli, wycieczek i transportu „turystycznego” podawane są zawsze w dolarach. Płacić można w dolarach lub dongach. W różnych miejscach stosowano przelicznik od 17700 do 18000 za $1.
Wszędzie indziej obowiązują ceny w dongach.

Bankomaty są powszechne. Poza Hanoi i Sajgonem większość bankomatów wypłaca maksymalnie 2 miliony dongów. Bankomat ANZ w Hanoi zaraz przy jeziorze wypłaca do 20 milionów dongów w jednej tranzakcji.

Przykładowe ceny:
9kg paczka do Polski (drogą morską) – 412tys
bagietka sucha – 2tys
bagietka-kanapka – od 8tys
piwo – 8-10tys w sklepie, w knajpie 10-14tys
woda 1,5l – 5-7tys
cały ananas – 6tys
puszka Coli – 6-7tys
internet – 1,5 – 6tys (w zależności od miejsca)

Transport

Bardzo sprawny i niedrogi. Najtaniej lokalnymi autobusami, ale te często są przeładowane i dosyć wolne.
Najbardziej popularna opcja to zakup tzw. Open Ticket na daną trasę, zazwyczaj między Hanoi i Sajgonem z postojem w popularnych miejscach typu Nha Trang, Hoi An czy Hue. Bilet taki kosztował od $38 do $45 w zależności od firmy transportowej. My nie kupiliśmy Open Ticket tylko kupowaliśmy bilety na każdy odcinek osobno i przejechanie trasy Sajgon – Nha Trang – Hoi An – Hue – Saigon kosztowało nas w sumie $34. Na dłuższych trasach jeżdżą nocne autobusy sypialne, więc można w ten sposób zaoszczędzić trochę czasu.

Pociągi są droższe niż autobusy, ale wygodniejsze, szczególnie na nocne trasy. Bilety zdecydowanie trzeba kupować bezpośrednio na stacji kolejowej. Agencje turystyczne biorą sporą prowizję za pośrednictwo.

Ceny i czasy przejazdów :
Ha Tien – Cau Doc – autobus lokalny, 40tys dongów, 4h
Sajgon – Nha Trang, autobus turystyczny sypialny – $7, 9h
Nha Trang – Hoi An, autobus turystyczny sypialny – $10, 11h
Hoi An – Hue, autobus turystyczny – $3, 3h
Hue – Hanoi, autobus turystyczny sypialny – $13, 15h
Hanoi – Lao Cai (Sapa), pociąg, hard sleeper – 243tys dongów (około $13). W agencjach ten sam bilet sprzedawano za $19 i więcej. Soft sleeper na stacji – 300tys, w agencjach – $30.

Delta Mekongu
Wiele firm oferuje wycieczki do Delty Mekongu. My zaczęliśmy naszą wycieczkę od Cau Doc, ale jeśli ktoś zaczyna podróż po Wietnamie w Sajgonie to tam też jest kupa firm robiących takie wycieczki. Delta jest daleko od Sajgonu więc nie ma sensu jechać na wycieczkę jednodniową.
Ceny wycieczek wynosiły mniej więcej $16 za jednodniową, $26 za dwódniową, $36 za trzydniową. Cena obejmowałą transport, wstępy, przewodnika, nocleg i śniadania.

Sajgon
Najwięcej tanich hoteli znajduje się przy ulicy D Bui Vien i w jej okolicy. To taka sajgońska Kao San Road. Praktycznie każdy budynek to hotel, restauracja lub agencja turystyczna.
Zatrzymaliśmy się w hotelu Phan Lam. Dwójka z klimą, łązienką z ciepłą wodą, kablówką, lodówką i wifi kosztowała $13.
War Remnans Museum (bardzo ciekawe choć trochę propagandowe) – 15tys dongów
Jednodniowa wycieczka do kanałów Cu Chi i świątyni Cao Dai kosztowała od $6 do $8 w zależności od agencji. Do tego trzeba dodać 80tys dongów na wstęp do Cu Chi.

Nha Trang
Wypróbowaliśmy dwa hotele – polecony nam Nice Hotel, z pokojami od $15. Po jednej nocy przenieśliśmy się do Mai Huy Hotel (bo wieki się czekało, aż zacznie lecieć ciepła woda, a internet który miał działać w pokoju nie działał), na tej samej uliczce. Dwójka z łazienką, tv, lodówką, wi fi kosztowała $8 (z wiatrakiem) i $10 (z klimą). Polecamy.
W ciągu dnia polecamy wizytę w Luisiana Brewhouse. To restauracja przy samej plaży, dodatkowo z basenem (kawałek dalej za Sailing Club, trzeba iść dalej w prawo zakładając, że patrzy się w kierunku morza). Za 25tys można wypożyczyć na cały dzień leżak i korzystać z basenu. Nie trzeba nic zamawiać. Jedzenie jest droższe niż na mieście, ale przepyszne. Polecamy seafood hot pot.

Hoi An
Thien Trung Hotel. 10 minut piechotą od starówki. Pokoje dwójki za $10 i $12. Internet za darmo w recepcji.
Najlepsze jedzenie zdecydowanie na małym targowisku na skrzyżowaniu D Bach Dang i D Hoang Van Thu. Szczególnie polecamy lokalną specjalność – fried wonton.
Sprawdzony i polecany krawiec pod adresem 50 Le Loi. Uszycie koszuli kosztuje od $10 do $15, spodni od $15 do $30, garnituru od $50 do $110. Ceny zależą od materiału.
Plaża jest 4km od miasta. Bardzo długa i szeroka. W 20minut można dojechać na rowerze (wynajem roweru 15tys, motoru $5). Za 20tys można wypożyczyć na cały dzień leżak.

Hue
Phong Nha Hotel. $10 za dwójkę (łązienka, klima, lodówka, tv, wifi).
Wynajęcie roweru kosztuje $1.
Wstęp na teren „starego miasta” – 55tys

Hanoi
Stolica jest wyraźnie droższa od reszty kraju.
Spaliśmy w Old Street Hotel przy 23 Pho Ma May w północnej części starego miasta. Pokoje od $15.
Wejście do mauzoleum Ho Chi Minh tylko do godziny 11.
Wejście do Świątyni Literatury – 10tys
Dojazd taxi na stacje kolejową – 36tys (z licznikiem)

Zatoka Halong
Wycieczke kupiliśmy w Sinh Cafe. Trzeba uważać, bo w Hanoi jest kilkadziesiąt firm podających się za Sinh Cafe (to logo widać na każdym kroku). Prawdziwa Sinh Cafe jest na 52 Pho Hang Bac. Wycieczka była dwudniowa, kosztowała $53 za osobę. Statek nazywał się Marguerite Junk. W tym transport fo Ha Long City, jedzenie, wstępny, kajakowanie, nocleg na łodzi. Polecamy.
Jest sporo firm oferujących dużo tańsze wycieczki (np. 3 dni za $37), ale widząc na wodzie łodzie na jakich się pływa na takiej wycieczce od razu się wie, że warto było zapłacić więcej.

Sapa
Nocne pociągi z Hanoi do Lao Cai odjeżdżają o 20.30 (w Lao Cai o 4.30) oraz od 21.50 (w Lao Cai o 6.00). Bilet najlepiej kupować na stancji, agencje w Hanoi biorą ogromną prowizję (patrz sekcja Transport).
Pod dworcem w Lao Cai czekają minibusy, które zabierają do Sapa za 30tys za osobę. Jedzie się około godzinę.
Zatrzymaliśmy się w Queen Hotel. Pokoje z łązienką od $5 ( najtaniej w Wietnamie).
Trekking z przewodnikiem po okolicznych wioskach – $12 za osobę, w tym lancz
Wycieczka na niedzielny targ w Bac Ha – $10

Lao Cai
Jeśli przekracza się granice z chinami najlepiej zatrzymać się w jednym z hoteli zaraz przy granicy. My spaliśmy w Hong Hiep Guesthouse. Pokój za 150tys. 3 min piechotą od granicy.

Niedzielny targ w Bac Ha

01

02

03

05

06

07

08

09

10