Zamiast życia w Madrycie będzie życie JAK w Madrycie (oby)

Miało być tak – wyjeżdżamy z Sydney i jedziemy osiedlić się w Hiszpanii dosyć okrężną drogą przez Azję i Amerykę Południową. Decyzja podjęta jakoś w połowie roku pańskiego 2007. Aż tu nagle przyszedł kryzys. Szlag trafił nie tylko gospodarkę Stanów i Wielkiej Brytanii, ale też naszej Hiszpanii. Miała być Walencja, albo Madryt, ale wyszło na to, że nic nie będzie. Bo jak bezrobocie wynosi 17% i Hiszpanie mają problem ze znalezieniem pracy, to co tam po nas? Ja wiem, że my jesteśmy pełni różnych talentów (hehe), ale mamy też w sobie trochę rozsądku. Ten rozsądek nam powiedział, że w tej sytuacji Hiszpania jest pomysłem co najmniej niewłaściwym. I tu trzeba było sobie odpowiedzieć na pytanie ‚co w takim razie robimy’.

Namawiano nas do zamieszkania w Polsce. Namawiano nas do zamieszkania w Wielkiej Brytanii. Tą drugą opcję przez chwilę nawet braliśmy pod uwagę. Jednak z bilans plusów i minusów wynikało, że to pomysł nie najlepszy. Polska też nas nie interesowała. Mamy swoje powody, o których nie będziemy pisać, bo pewnie wywołamy niepotrzebną i do niczego nie prowadzącą dyskusję’. Powiemy tylko, że jak człowiek spróbuje czegoś lepszego to niechętnie wraca do opcji poprzedniej. To coś lepsze to życie w Sydney, które było łatwe, przyjemne, bezproblemowe, bezstresowe i w dodatku dobrze płatne. Opcja poprzednia to życie w Polsce, która jak wiadomo nie jest rajem na ziemi, choć przez kilka dni po powrocie z Indii takie sprawiała wrażenie ;)

Myśleliśmy, myśleliśmy i wymyśliliśmy. Będzie jeszcze raz sprawdzona Australia! Daleko jak diabli, ale w naszym doświadczeniu to jedyny minus tego miejsca.

Pewnie niektórzy pomyślą, że nam kompletnie odbiło – bo wydawać by się mogło, że życie w Sydney jest już za nami. Nic tam nie mamy,  praca rzucona, mieszkanie wypowiedzone, meble sprzedane, auto sprzedane.  Trzeba by zaczynać o zera. Rzecz w tym, że my na tą chwilę nie posiadamy nic, nie licząc ubrań, laptopa i aparatu fotograficznego. Więc wszystko jedno gdzie zaczniemy, i tak będzie to zaczynanie od zera.  A Australia, z 5-procentowym bezrobociem, wyluzowanym społeczeństwem i generalnie ładną pogodą nadaje się do tego lepiej niż powiedzmy Londyn.

Niniejszym ogłaszamy więc, że 1 września rozpoczynamy nowy rozdział w życiu, który roboczo nazwaliśmy Sydney 2.0. Drugie podejście do Australii, które oby było tak udane jak pierwsze, albo jeszcze lepsze. Na jak długo tam zawitamy nie wiemy. Jesteśmy z natury elastyczni, więc się zobaczy :)

Sydney after the storm

Money, money, money…

Pytań o kasę dostaliśmy sporo. O to skąd ją wziąć, ale ostatnio głównie o to ile nas to wszystko kosztowało. Więc odpowiadamy.

Tytułem wstępu może warto wspomnieć, że nie należymy do ultra-budżetowców, którzy narzucają sobie kwoty typu $8 za dzień, liczą każdy grosz i rezygnują z czego się da w imię oszczędności. Bardzo daleko nam do takiego podejścia. Równocześnie daleko nam do rozrzutności, spania w trzech czy czterech gwiazdkach, wizyt w drogich knajpach i rozbijania się taksówkami. Plasujemy się gdzieś po środku. Chcemy, żeby nasz pokój miał czystą pościel i jesteśmy skłonni zapłacić za to $2 więcej niż kosztowałaby najtańsza nora w mieście. Lubimy zjeść, ale nie w lokalach turystycznych tylko tam gdzie lokalsi, choć niekoniecznie spędzamy godzinę szukając knajpy, gdzie masala dosa kosztuje 5 rupii mniej. Lubimy się przemieszczać do czego nie zawsze wykorzystujemy najtańsze opcje transportu, ale też bardzo rzadko wybieramy te najdroższe. Jeśli jakaś tzw. atrakcja turystyczna rzeczywiście nas interesuje to nie oglądamy jej zza płota, tylko grzecznie płacimy za wstęp. Jeśli nas nie interesuje tą ją olewamy, a nie zaliczamy, bo jest i wypadałoby.  Jak mamy ochotę na piwo albo na lody to tę ochotę zaspokajamy. Jeśli podoba nam się jakaś pamiątka to sobie ją kupujemy. Da się podróżować taniej niż my to zrobiliśmy, ale nie było naszym celem udowadnianie czegoś komuś, tylko dobra zabawa za rozsądną cenę. I w naszym odczuciu udało nam się to.

Ale do rzeczy.

Średnie dzienne wydatki na jedną osobę w każdym kraju był jak poniżej. Pomijamy kraje tranzytowe, czyli Malezję, Ukrainę, Czechy, Niemcy, UK, Emiraty, Grecję oraz Polskę, gdzie po drodze dwa razy zawitaliśmy. Kwoty podajemy w lokalnej walucie oraz w dolarach amerykańskich (według aktualnego kursu). Kwoty zawierają wszystkie wydatki poza przelotami, a więc przejazdy, noclegi, jedzenie, wstępy, nurkowanie i inne przyjemności, wysyłki paczek do Polski, pamiątki, których w niektórych krajach kupiliśmy całkiem sporo itp itd.

Nowa Zelandia – NZ$130 / $95
Filipiny – 1500 pesos / $33
Tajlandia – 1000 bathów / $31
Birma – $19
Laos – 130tys kipów / $21
Kambodża – $21
Wietnam – 420tyś dongów / $22
Chiny – 200 juanów / $30
Mongolia – 41tyś tugrików / $30
Rosja – 1400 rubli / $46
Ekwador kontynentalny – $27
Galapagos – $63
Peru – 85 soli / $28
Boliwia – 150 bolivianos / $20
Argentyna – 107 pesos / $41
Brazylia – 115 reali / $65
Chile i Wyspa Wielkanocna- 21tys pesos / $43
Nepal – 1250 rupii / $16
Indie (poza Ladakhiem) -720 rupii / $15
Ladakh – 1000 rupii / $21

To w sumie daje kwotę prawie US$15000 na osobę – średnio US$830 na miesiąc. Liczba może wydawać się duża, ale mnożąc te średnie miesięczne  koszty razy dwa dalej mamy kwotę niższą niż to co w Sydney płaciliśmy co miesiąc za sam wynajem mieszkania i opłaty stałe (nie licząc jedzenia). Przeloty kosztowały nas dodatkowo po prawie US$4600 na osobę. Wiemy – to dużo. Bilet RTW (round the world) byłby sporo tańszy, ale by nas ograniczał, bo jest ważny tylko rok. Część biletów była kupowana niedługo przed wlotem, co podnosiło ich ceny. Dodam też, że nie należymy do magików, którzy potrafią znajdować niesamowicie tanie loty, więc pewnie kilka razy można było polecieć taniej. W tych $4600 znalazło się w sumie 20 biletów lotniczych, kilka w dwie strony, większość w jedną. Szczegóły tras w tym dokumencie.

I jeszcze krótko o tym jak radziliśmy sobie z przechowywaniem pieniędzy i dostępem do nich:
– mamy dwa bieżące konta rozliczeniowe w dwóch różnych bankach. Z jednego mamy kartę z sieci Visa, z drugiego z sieci Maestro, więc jak bankomat nie obsługuje kart jednej z sieci to mamy pod ręką drugą,
– na tych bieżących kontach nigdy nie ma więcej niż kilkaset $. To na wypadek, gdyby karty nam ukradziono,
– kasę na podróż przechowujemy na koncie-lokacie, bez opłat. Jest wyżej oprocentowana niż zwykłe konto. Do tego konta nie mamy żadnej karty bankomatowej. Raz na jakiś czas przelewamy jakąś tam kwotę z lokaty na konta bieżące.
Kartami się dzielimy, więc nigdy nie są obie w rękach jednej osoby. Trzymamy je w płaskiej torebce, którą się nosi pod spodniami (zupełnie niewidoczna).

No to teraz wszystko wiadomo :)

Ranking subiektywny – część 2

Że czytelnicy zaproponowali kilka dodatkowych kategorii, i że nam kilka nowych pomysłów się w międzyczasie wymyśliło, tak więc mamy drugą część rankingu subiektywnego.

Najmniej ciekawy kraj

Nie zachwyciły nas Laos i Ekwador (poza Galapagos). Przy sąsiadach wypadły blado. Nie widzieliśmy w tych krajach wszystkiego co mają do zaoferowania, ale to co widzieliśmy zrobiło na nas małe wrażenie.

Najpiękniejsze zachody słońca

Tak się utarło, że jak zachód słońca to i plaża. Ale my najpiękniejsze zachody słońca widzieliśmy nad Bajkałem w Rosji.

Najwygodniej podróżowało się po…

…Argentynie. Odległości ogromne, ale tam autokary występują tylko w wersji wypas oraz mega-wypas. Czyściutko, wygodnie, dużo miejsca, posiłki w cenie biletu, kierowcy pod krawatem i te klimaty.

Najgorsza droga

Chyba ta z Leh do Manali w Indiach. Nieopisanie dziurawa, kręta, stroma i miejscami przerażająco wąska. Do tego cztery przełęcze (nawet ponad 5000 m npm) i sporo wielkich, wolnych ciężarówek do wyprzedzenia. Przejechanie 470km przy dobrych wiatrach i umiejętnym kierowcy zajmuje około 20 godzin.  Autobusem jakieś 10h więcej.

Najbardziej niewygodny środek transportu

Trudno wybrać zwycięzcę, ale w czołówce musi się znaleźć koszmarnie przeładowana łódź z niskimi i strasznie twardymi ławkami, którą płynęliśmy z Siem Reap do Battambang w Kambodży. Państwowe autobusy na niektórych trasach w Indiach, którymi nieraz jeździliśmy w temperaturach pomiędzy 45 a 50 stopni też trudno będzie zapomnieć.

Najbardziej traumatyczna ubikacja

O jedną konkretną będzie ciężko, ale możemy w ramach uogólnienia napisać, że nie ma według nas gorszych ubikacji niż publiczne ubikacje na chińskiej prowincji. Chodzi głównie o przybytki na dworcach autobusowych w małych dziurach i te przy drogach. Nigdy nie sprzątane i kompletnie odcięte od dopływu wody. Mogłabym napisać „możecie sobie to wyobrazić”, ale ręczę, że nie możecie sobie tego wyobrazić ;)

Najlepsze zakupy

To zależy. Nie jesteśmy fanami zakupów, więc doświadczenie w tej kwestii mamy niewielkie, ale wydaje nam się, że tanie, markowe ciuchy najlepiej kupować w Indiach – taniocha. Jeśli chodzi o wybór to z tego co widzieliśmy wygrywa Dubai.

Ulubione gadżety podróżnicze

Trzy rzeczy. Po pierwsze, grzałka elektryczna. Oczywistą oczywistością jest to, że dzięki niej można się napić herbaty i/lub kawy bez wychodzenia z hostelu. Mniej oczywiste jest to, że grzałką można ugotować jajka na twardo, albo podgrzać parówki. Sprawdzone :) Po drugie, mała składana parasolka. Rasowy backpacker powinien mieć na stanie kurtkę przeciwdeszczową, ale jak pada w takim powiedzmy Bangkoku, to kurtka przeciwdeszczowa jest ostatnią rzeczą jaką człowiek ma ochotę na siebie ubrać. Po trzecie, tzw. bandana, czyli niewielka kwadratowa chustka. Mała, można wyprać pod prysznicem, schnie chwilę, a może służyć za tysiąc rzeczy. Nam najczęściej przydawała się jako chustka do wycierania potu z twarzy (to w tropikach), chustka do nosa (to w nie-tropikach), maska na twarz (chroniąca od kurzu albo smrodu) albo przeciwsłoneczna ochrona na głowę.

Zupełnie zbędne w podróży

Większość jest zbędna, choć nie łatwo z pewnych rzeczy zrezygnować. W naszym przypadku praktycznie kompletnie zbędny okazał się telefon komórkowy. Przez całą podróż wysłaliśmy może ze 30 sms-ów. Do komunikacji używaliśmy Skypa.

Zbędna jest też zbyt duża ilość ubrań. W kółko chodziliśmy w dwóch czy trzech na okrągło pranych koszulkach i dwóch parach spodni/spodenek. Przydatność takich gratów jak śpiwór, ciepła kurtka czy buty trekingowe zależy od tego gdzie się jedzie i co ma się zamiar tam robić. W naszym przypadku te rzeczy przydały się bardzo w Ameryce Południowej, a w Azji były zbędnym ciężarem.

Najtaniej podróżowało się po…

…Indiach. $15 dziennie (na osobę) zaspokajało wszystkie nasze potrzeby, i to jeszcze z nawiązką.

Najdrożej podróżowało się po…

…Nowej Zelandii. Zaraz potem są Chile, Argentyna i Brazylia. Ale bez względu na koszty, nie żałujemy ani jednego dolara wydanego w tych miejscach.

Najlepszy stosunek ceny do jakości

Bez dwóch zdań Wietnam. Dla przykładu normą były pokoje z klimą, kablówką, lodówką, wi-fi i oczywiście łazienką za $8-9 za dwójkę. Nawet w bardzo tanich Indiach się to nie zdarzało.

Najpiękniejsze miejsce zbudowane ręką ludzką

Bagan w Birmie. Takie miejsce nie może nie zrobić ogromnego wrażenia.

Bagan

Najfajniejsza wyspa

Nie możemy wybierać z wielkiej puli, bo wcale tych wysp wiele nie zaliczyliśmy. Jeśli założyć, że Nowa Zelandia to wyspa, to w tej kategorii wygra chyba Nowa Zelandia. Jeśli Nową Zelandię pominiemy, to na samym szczycie będą wyspy Galapagos w Ekwadorze i Ko Phan Nga w Tajlandia. Ta druga nadaje się idealnie do nicnierobienia przez kilka dni.

Najpiękniejsza plaża

Playa Tortuga, Wyspa  Santa Cruz, Galapagos – mimo, że z racji zawsze wzburzonej wody zasadniczo nie nadawała się do moczenia w oceanie. Do opalania ewentualnie.

Ranking subiektywny

Jak to mówią – wszystko co dobre szybko się kończy. U nas też się skończyło, choć nie aż tak szybko, bo po 569 dniach. No i mamy nadzieję, że to nie ostatnia dobra rzecz jaka nas w życiu spotkała. W każdym razie nadszedł dzień powrotu no i jesteśmy. Przyszedł więc czas na podsumowanie. Na początek ranking.

Ulubiony kraj

Tu jest między nami pełna zgodność. Jedyna i przecudowna Argentyna. Urzekło nas przede wszystkim piękno tego kraju, ale także wspaniali ludzie. Jak dla nas Argentyna to numer 1.

Ulubione duże miasto

Trudna decyzja, ale chyba Buenos Aires. Bardzo europejskie, ale jednocześnie egzotyczne miasto. Dużo charakteru.  A zaraz za Buenos Aires musi być Bangkok. Mimo zgiełku, korków i smogu to nasza ulubiona azjatycka stolica.

Ulubiona mała miejscowość

Wypadło na dwa miejsca – Hoi An w Wietnamie i Akaroa w Nowej Zelandii. Po tym pierwszym można łazić godzinami i się nie nudzić. W tym drugim zamieszkamy na emeryturze :)

Najbrzydsze miasto

Kandydatów jest kilku. Dla mnie wygrywa Juliaca w Peru. W mieście co prawda ani razu się nie zatrzymaliśmy, że przejeżdżaliśmy przez nie aż 5 razy na trasach pomiędzy Arequipą, Cuzco i Puno. Straszne brzydactwo. Przemek ma innego kandydata – Haridwar w Indiach.

Moglibyśmy mieszkać w…

…w Argentynie i/lub Nowej Zelandii na całe życie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Inaczej oczywiście wszystko wygląda z perspektywy odwiedzającego, a inaczej z perspektywy mieszkańca danego miejsca, ale tym dwóm miejscom bylibyśmy w przyszłości gotowi dać szansę. Bez problemu moglibyśmy też trochę pomieszkać – z rok lub dwa – w Tajlandii czy Malezji.

Najlepsze jedzenie

Jeśli mowa o najlepszej kuchni w ogóle, to jesteśmy w 100% zgodni, że wygrywa Tajlandia. Tam wszystko czego się człowiek dotknie jest pyszne, albo przynajmniej dobre. Ja bardzo wysoko stawiam także kuchnie Indii. Przemek ma na jej temat inne zdanie. Schudł w Indiach 14kg, więc pewnie się domyślacie jakie to zdanie ;)

Ale z wielu innych miejsc mamy wspaniałe wspomnienia kulinarne – argentyńskie steki i parilla, owoce morza na wyspie Chiloe w Chile, wędzone ryby nad Bajkałem, najlepsze na świecie pierogi ruskie na Ukrainie, ceviche w Peru, świeżo złowione krewetki w Kambodży, przepyszna zupa boh w Wietnamie… Dużo tego jest i dopiero teraz do nas dotarło, że prawie w ogóle nie pisaliśmy na blogu o jedzeniu, co jest dziwne, bo my generalnie żyjemy od posiłku do posiłku. No dobra – ja tak żyję ;)

Najgorsze jedzenie

Chyba Chiny. Chińska kuchnia niby taka dobra, ale nam zupełnie nie spasowała. Bardzo lubiliśmy chińskie knajpki mieszkając w Australii, ale w Chinach to wszystko jakoś inaczej smakuje…

Trzeba też wspomnieć o mega nudnym i niesmacznym jedzeniu w Mongolii, które w zasadzie ograniczało się (poza Ułan Bator) do makaronu, ryżu i śmierdzącej baraniny.

Najpiękniejszy krajobraz

Strasznie trudna decyzja. Na pewno Salar de Uyuni i Altiplano w Boliwii muszą być bardzo wysoko. Górskie widoki w Nepalu chyba muszą być następne. No i Bajkał.

Największy szok kulturowy

Tu znowu nie ma między nami zgody. Przemek mówi, że zdecydowanie Indie. Ja mówię, że zdecydowanie Chiny.

Najbardziej ekscytujące przeżycie

Chyba pływanie z rekinami wielorybimi na Filipinach. O ponad 10-metrowych rybach na wyciągnięcie ręki trudno zapomnieć.

Najbardziej stresujące przeżycie

Wiadomo – trzęsienie ziemi w Chile. W epicentrum trzęsienie miało 8.8 stopni w skali Richtera i było trzecim najsilniejszym zarejestrowanym trzęsieniem ziemi w historii. My byliśmy jakieś 200km od epicentrum, więc było ‚tylko’ 7.4 stopni. Przerażające i nikomu tego nie życzymy.

Najbardziej nietypowy środek transportu

Bambusowy pociąg w Battambang w Kambodży.

Najlepszy hostel

Footsteps Hostel w Santiago de Chile. W wyniku trzęsienia ziemi utknęliśmy w nim na tydzień i świetnie się bawiliśmy. Wspaniali ludzie na recepcji, świetni współlokatorzy, świetne imprezy z piscolą w roli głównej ;)

Najfajniejsi ludzie

Birma. Otwarci, życzliwi, ciekawi ale nie nachalni, zawsze uśmiechnięci.

Najpiękniejsi ludzi

Filipiny. Nigdzie nie widzieliśmy tyle pięknych twarzy.

Największy niedosyt pozostał po…

Argentyna, Chile, Brazylia, Chiny. Ogromne kraje (może poza Chile), po których można by podróżować miesiącami. W Argentynie i Chile spędziliśmy w sumie 9 tygodni, ale jeśli ktoś myśli, że to dużo to się myli. Koniecznie chcemy tam wrócić. Brazylię tylko liznęliśmy (raptem 10 dni), bo tym razem nie było nas na nią stać, ale kraj jest niesamowity i na pewno spróbujemy go kiedyś lepiej poznać. A Chiny to Chiny – kraj-zagadka, z racji kompletnie unikalnej kultury. Setki pięknych miejsc. Na pewno nie była to nasz ostatnia podróż do Państwa Środka.

Najbardziej fotogeniczny kraj

Bezsprzecznie Indie. W żadnym innym kraju nie było tak, żeby ludzie prosili żeby im zrobić zdjęcie i jeszcze za to dziękowali. I to się działo na każdym kroku. Do tego te kolorowe sari, barwne ceremonie, piękne krajobrazy, różnorodność kulturowa.

Najlepsze nurkowanie i snorkeling

Od nurkowania jest u nas Przemek i Przemek mówi, że w tej kategorii wygrywa Balicasang na Filipinach. Zaraz potem są wyspy Galapagos. W kategorii ‚snorkeling’ typujemy okolice El Nido na Filipinach.

Najlepszy treking

Co za pytanie. Wiadomo, że trasa wokół Annapurny to było to.

Tyle nam przychodzi w tej chwili do głowy. Jeśli ktoś ma pomysł na inną kategorię, albo jest ciekawy innych naszych preferencji w tej podróży to prosimy zostawić komentarz – odpowiemy.

W następnych odcinkach będą odpowiedzi na najczęściej zadawane przez czytelników pytania o praktyczną stronę podróży. A potem odpowiedź na pytanie ‚ I co dalej?’

Na koniec Ateny

Nasz lot z Delhi – przez Zjednoczone Emiraty Arabskie – miał swój koniec w Atenach. Trochę nietypowo, ale tak wyszło. Że jak powszechnie wiadomo Grecja ledwo przędzie, to postanowiliśmy zatrzymać się w jej stolicy i wydać kilka euro, co by wesprzeć lokalną gospodarkę. Znaleźliśmy w necie mega ofertę hotelu za jakieś śmieszne jak na Grecję pieniądze, więc z niej skorzystaliśmy i postanowiliśmy zostać w Atenach na jeden dzień.

Plan pobytu nie był zbyt ambitny i według założeń miał się ograniczyć do czterech punktów: 1. kupić oliwki, 2. zjeść kebaba, 3. zjeść sałatkę grecką z dużą ilością fety, 4. zobaczyć Akropol. W zasadzie trzy pierwsze punkty można by zrealizować choćby w Suwałkach, ale Akropol jest tylko w Atenach, więc kebab był niejako przy okazji.

Pierwsze na liście były oliwki. W celu ich zakupu poszliśmy na główne targowisko w Atenach. Targ przecudny. Tony mięsa wszelkiej maści, tony owoców morza, no i tony oliwek. Zielone, czarne, z pestką, bez, z chili, bez chili. Wszystkie świeżutkie, pięknie błyszczące i za jedyne 3 euro za kilo.

Potem miał być kebab z sałatką grecką, ale szukając knajpki, która by nam odpowiadała dotarliśmy pod budynek greckiego parlamentu, gdzie z zaciekawieniem obejrzeliśmy odgrywane co pół godziny przedstawienie pod tytułem Zmiana warty przez kilku kolesi w rajtuzach i z wielkimi pomponami przy butach, którzy śmiesznie machają nogami i chwalą się wyglądem podeszew swojego obuwia. Spektakl przezabawny i wszystkim go polecamy.

Spod parlamentu było już rzut beretem do świątyni Zeusa, a w zasadzie tego co z niej zostało. Chwilę się tam pokręciliśmy i poszliśmy w kierunku Akropolu. Trzeba się było trochę spocić, żeby wejść na wzgórze. Nie żeby było jakoś wysoko, ale jednak pod górkę. Na szczycie o wiele mniej turystów niż się spodziewaliśmy, co miło nas zaskoczyło. A w budynku Panteonu wielki żuraw, a wokół las rusztowań. Jak tego żurawia wsadzono do środka nie mamy pojęcia, pewnie na części. Widok ze wzgórza przecudny. Ateny podobały nam się już na poziomie morza, ale z góry zrobiły na nas jeszcze większe wrażenie. Mogą sobie ludzie mówić, że Ateny są nudne, brzydkie i brudne, ale tak chyba było dawno. Teraz jest czysto, kolorowo i z charakterem. Dla nas bomba. Choć nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że dopiero co przyjechaliśmy z zasyfionego, rozkopanego i przeludnionego Delhi.

Pokręciliśmy się jeszcze trochę po centrum Aten i zdecydowaliśmy, że czas w końcu na tego kebaba. Znaleźliśmy miły lokal, gdzie zjedliśmy ogromną michę sałatki greckiej z pyszną fetą i dwa wielkie kebaby. Co to dużo mówić – było miło.

Mówcie co chcecie, ale Ateny są super, i tak nam się spodobało, że zamarzyły nam się wakacje w starej, dobrej, zużytej Grecji. Najlepiej na jakiejś wyspie, której nie odkryła jeszcze europejska brać turystyczna. Jeśli taka wyspa oczywiście jeszcze się ostała.

Dubai? Nuuuudaaaa!

Pozmieniali nam godziny lotów i nagle okazało się, że zamiast dwóch godzin na przesiadkę w Emiratach, mamy tych godzin dwanaście. I to akurat od samego rana do późnego popołudnia. Nie lądowaliśmy w Dubaju tylko w Sharjah, ale to wieś obok, więc pomyśleliśmy, że skoro mamy tyle czasu to zamiast snuć się po lotnisku to pojedziemy do Dubaju. Obywatele Czcigodnej Rzeczpospolitej potrzebują w tym celu wizy tranzytowej, którą za ‚symboliczne’ 130zł można dostać na lotnisku. Ale że my jesteśmy obywatelami świata i mamy po dwa paszporty w kieszeni to skorzystaliśmy z faktu, że nasze drugie ojczyzny załatwiły ruch bezwizowy z Emiratami. I wyszliśmy na miasto za darmo.

Autobus i metro dowiozły nas do centrum. Wysiedliśmy ze stacji, a tu stoi wielkie centrum handlowe. Że Dubaj słynie z jednych z najlepszych ponoć zakupów na świecie to weszliśmy pozwiedzać owy przybytek, żeby się zorientować czy warto będzie się tu wybrać jak już w końcu wygramy w totolotka i będziemy mieli wolne $10tys na ciuchy. Gmach przeogromny, sklepów setki, a wśród nich Carrefour. Nie żeby Carrefour normalnie jakoś nas podniecał, ale my nie widzieliśmy ani jednego supermarketu od trzech miesięcy. A ten dubajski Carrefour to był chyba najlepiej na świecie zaopatrzony supermarket. Wyobraźcie sobie jak musiał wyglądać typowy Polak w roku 1985, gdyby przeniósł się nagle do supermarketu w zachodnich Niemczech? Bardzo staraliśmy się opanować podniecenie, ale prawdopodobnie zachowywaliśmy się jak taki właśnie Polak. Chodziliśmy między półkami przyglądając się produktom jakbyśmy je widzieli pierwszy raz w życiu. A było na co patrzeć po trzech miesiącach indyjsko-nepalskiej diety. Zaopatrzyliśmy się w to co najbardziej za nami ostatnio chodziło i co nie wymagało dostępu do kuchni, czyli pudełko sushi (bo jak można żyć bez sushi), bułki, ser i jogurt. Usiedliśmy sobie grzecznie na ławeczce w tej świątyni zakupów i zjedliśmy wszystko w moment.

Mimo, że na tym etapie jeszcze nic w Dubaju nie widzieliśmy to już uznaliśmy tę wizytę za udaną i w sumie bez wyrzutów sumienia mogliśmy wracać na lotnisko. Doszliśmy jednak do wniosku, że coś może jednak wypadałoby zobaczyć. Najlepiej Burj Al Arab, czyli jeden z kilku tylko siedmiogwiazdkowych hoteli na świecie i symbol Dubaju. Udaliśmy się więc z centrum handlowego w kierunku stacji metra. W czasie naszej wizyty w świątyni konsumpcjonizmu temperatura na zewnątrz osiągnęła jakieś 250 stopni. Buchnęło nam w twarz jak z rozgrzanego piekarnika. Metro na szczęście klimatyzowane. I to jak. Chłodniej o jakieś 20 stopni. Więc na dworze człowiek ledwo żyje, bo tak gorąco, a w metrze i we wszystkich innych klimatyzowanych pomieszczeniach dostaje gęsiej skórki.

Burj Al Arab niby w Dubaju, a w zasadzie poza nim. Dojazd metrem zabiera dobre pół godziny. Akurat ta linia metra jedzie nad ziemią, więc przy okazji mogliśmy pooglądać co i jak. No i musimy przyznać, że nuda. Jeden wysoki biurowiec obok drugiego, wielkie apartamentowce. Dziesiątki kolejnych budynków w budowie. Ulice od linijki. Miasto na pustyni, więc zieleni prawie żadnej i wygląda to wszystko nijak.

Ale wracając do Burj Al Arab. Przesiedliśmy się w lodówki do piekarnika, czyli z metra na ulicę. Odległość do hotelu wyglądała na jakieś 1km. Czyli z buta, bo na taryfę szkoda nam pieniędzy. Szybko okazało się, że decyzja była błędna, bo z upału można było zemdleć. Na ratunek przyszedł nam na szczęście niezwykły dubajski wynalazek, czyli klimatyzowany przystanek autobusowy. Niezły czad co? Szklana budka ze stałą temperaturą 20 stopni w środku. To tak jakby w Polsce budowano ogrzewane przystanki, bo w końcu zima zimna. Z punktu widzenia ekologii klimatyzowany przystanek autobusowy to jest co najmniej przegięcie, bo jak wiadomo klima pożera kupę prądu, ale dla nas był owy wynalazek zbawienny. Doczołgaliśmy się w końcu pod hotel. Sekurity jak pod amerykańską ambasadą w Bagdadzie. Wejść do środka owszem można, ale trzeba w tym celu wykupić wejście do hotelowego baru, które kosztuje jedyne $60 od głowy. Z wiadomych względów oferta nas nie interesowała, więc poszliśmy oglądać hotel od strony niedalekiej plaży. Wyglądało to mniej więcej tak jak na zdjęciu poniżej. Na żywo nic specjalnego. To jedno z tych miejsc, które w tv i na fotach prezentuje się znacznie lepiej niż na żywo.

Wróciliśmy ledwo żywi do centrum z planem, żeby coś w owym centrum zobaczyć. Nie żeby bardzo nam zależało do dokładnym zwiedzaniu miasta, bo ani nam się jakoś Dubaj nie spodobał, ani nie mieliśmy siły. Doszliśmy jednak do wniosku, że skoro już się tu pofatygowaliśmy i wydaliśmy kasę na dojazd to może coś jednak zobaczmy. Poszliśmy więc na targ, który z nazwy miał być targiem przypraw. I przyprawy były, ale więcej było tandetnych pamiątek made in China. Rozczarowani zdecydowaliśmy, że chyba jednak sobie już ten Dubaj darujemy. I wróciliśmy na lotnisko. Kilka godzin później wylądowaliśmy w stolicy europejskiego kraju, który od pewno czasu ma na starym kontynencie opinię oszusta i kanciarza, bo uprawiał kreatywną księgowość, a teraz trzeba im pożyczać kasę, której pewnie i tak nie odda. Relacja lada dzień.

A na deser Delhi

Wyszło na to, że ostatnie pięć dni w Indiach mieliśmy spędzić w Delhi. To zdecydowanie za długo na taki moloch jak indyjska stolica, ale ani nie miliśmy pomysłu gdzie by tu indziej pojechać, ani nam się za bardzo nie chciało wysilać. Więc wylądowaliśmy na Paharganj, czyli na delhijskiej dzielnicy backpackerskiej. Nie będę pisać, że to lokalny odpowiednik Kao San Road w Bangkoku, bo to by była obraza w stosunku do Kao San Road. Nie żeby Kao San Road to była jakaś rewelacja, ale przynajmniej nie wygląda tak:

Bo tak moi drodzy wygląda główna ulica dzielnicy, w której zatrzymują się chyba wszyscy budżetowcy odwiedzający Delhi, a jest ich sporo. Niby jest wymówka, że Delhi przygotowuje się do Commonwealth Games (to taka jakby olimpiada dla byłych brytyjskich kolonii), więc trwają remonty, ale jak byłam w Delhi w 2004 roku to Paharganj wyglądało w zasadzie tak samo. Może tylko gruzu było ciut mniej.

Commonwealth Games zaczynają się na samym początku października, ale stan robót w niektórych miejscach jest taki jakby jeszcze przez conajmniej rok nic nie miało się wydarzyć. I najciekawsze jest to, że bez względu na to o jakiej porze dnia się obok tych robót przechodzi to dwóch pracuje, a piętnastu odpoczywa. Dominuje rękodzieło. Ewentualnie trafi się kolo z kilofem albo młotem, ale bardziej wyrafinowane urządzenia budowlane widzi się raz na ruski rok. Co ciekawe, sporą grupę pracowników remontowych stanowią kobiety, które nawet na tę okazję nie zmieniają sari na strój roboczy. W każdym razie rozkopane jest dokładnie, a postępu nie widać.

Przez trzy pierwsze dni pobytu w Delhi trwaliśmy nadal w stanie potocznie zwanym qrwicą indysjką, o którym pisaliśmy w poprzednim poście. Punktem kulminacyjnym była próba przejechania pewnego odcinka lokalnym metrem. Chyba w innej części miasta musiał się tego dnia odbywać mecz krykieta albo może kręcili jakiś bollywoodzki hicior, bo połowa populacji Delhi stawiła się na tym samym peronie co my. Ja rozumiem, że ludziom zależy żeby się dostać do pociągu, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby rozumieć logikę pod tytułem ‚niech najpierw ludzie sobie wysiądą, bo wtedy łatwiej będzie mi wejść, bo w środku zrobi się miejsce.’ Ale nie w Indiach. Tu nie marnuje się energii na logiczne myślenie, bo trzeba ową energię zachować na walkę. Walka rozgrywała się oczywiście pomiędzy wysiadającymi i wsiadającymi. I była to najbardziej zacięta walka o miejsce jaką widzieliśmy kiedykolwiek. Udało nam się wsiąść dopiero do trzeciego kolejnego pociągu, a w zasadzie wniósł nas tłum. Nie mogliśmy się powstrzymać i musieliśmy się wydrzeć na kilku zapaleńców, którzy w ferworze walki zaaplikowali nam łokcie w bok i prawie mnie wywróćili. Potem trzeba było wysiąść, co okazało się być o wiele trudniejszym zadaniem, bo nawet jak się wsiadającemu kolesiowi patrzyło prosto w oczy i mówiło głośno Let me go out first to on jeszcze bardziej parł do przodu. Na miejsce dojechaliśmy spoceni, z podniesionym ciśnieniem i jeszcze bardziej wkurzeni na Indie. Po takich doświadczeniach baliśmy się kolejnych wizyt w metrze, ale albo skończył się krykiet, albo skończyli kręcić hiciora, bo w kolejnych podejściach były już umiarkowane ilości ludzi, co nie znaczy że się nie pchali. A i złość nam trochę przeszła i ostatnie dwa dni byliśmy już prawie kompletnie ślepi na wszystko.

Nie zwiedzaliśmy jakoś zbyt intensywnie, bo nam się nie chciało, a i klimat nie sprzyjał – temperatura oscylowała w granicach 42 do 45 stopni. Skupiliśmy się więc na zakupach, bo garderoba nasza domagała się odświeżenia, a w Delhi można się obkupić za grosze, co wszystkim serdecznie polecamy.

I tak oto nadszedł nasz ostatni dzień w Indiach. Ale zanim nasza podróż miała skończyć się na dobre – bo niestety konieć w końcu nadszedł – mieliśmy odwiedzić jeszcze dwa miejsca. Już nie w Indiach. Ale o tym w następnych odcinkach.